Książka i film
co lepsze?


Tak się składa, że w dzisiejszych czasach nikt nikogo nie słucha. Być może mnie ktoś posłucha, dlatego staram się przedstawiać sprawę w miarę jasno. Może to standard, ale ci co czytają książki są dobrzy. Oczywiście ci, którzy tego nie robią są bee. No tak a tacy, co oglądają ciągle filmy? Nimi zajmiemy się teraz. :).

No tak, ktoś musi powiedzieć, że "najlepszy" film nie istnieje. Owszem istnieje, ale wyłącznie dobry. Nie napisałem "tylko", ponieważ film prawdopodobnie nie będzie już lepszy. Przynajmniej za naszego życia. Kto wie, może kiedyś ktoś powie "ten kurde Splatch wiedział to już wtedy" :). Oczywiście teraz ktoś powie "co on do licha pier... tego mówi" :). Jeśli nie zgadzasz się ze mną zapraszam do polemiki, jednak ta dopiero po przeczytaniu do końca niniejszego artykułu...

No dobra. Powiedziałem, że idealny, najlepszy film nie istnieje. Teraz wypada to udowodnić. Udowodnię to nie jednym dowodem, a na tyle aby każda ze stron była przekonana.

Pierwszą sprawą, jaka nasuwa się na myśl jest grono odbiorców. Wiecie, że teraz są takie znaczki z kółkami i trójkątami. Była taka afera, w której jedna stacja twierdziła, że ma być trójkąt, a druga iż kwadrat jest najbardziej odpowiedni. Z książką taka sytuacja nie ma miejsca. A dlaczego? Ponieważ książkę każdy interpretuje według siebie. I tak już od setek lat, jeżeli nie od wieków. Wiecie jaka jest tutaj różnica pomiędzy filmem a książką? Film narzuca nam wszystko z góry. Mamy jasno wytyczoną drogę. Ten jest ładny, a ten zły. Ten zabije ten uratuje w taki sposób. I proste, jest tak, bo widział to jeden człowiek. Czytając masz pewność, iż to co się stało jest tylko i wyłącznie twoim obrazem, nie narzuconym z góry. Prawdą jest iż autor często pisze np.: "jego ogorzała twarz wyrażała niepokój. Ciemne oczy biły piorunami, brwi napinały skórę na czole. Wszystkie mięśnie czekały na tę jedną chwilę. W tej pozycji trwał około ..." No właśnie. Nie jest dokładnie opisany każdy fragment garderoby, buty czy spodnie. Oczywiście zdarza się, że autor dokładnie przedstawia kreowanego bohatera, jednak zawsze możemy do niego coś dodać. Nie ma gotowego schematu, do którego my wstawiamy tylko stojące uszy! To jest największy plus książek. Niezależnie od tytułu zawsze masz swobodę wyobraźni. Nie to co w filmie. Zobaczysz bohatera i takim już zostaje do końca.

Jestem pewien - doszedłem do wniosku, że filmy nigdy nie pozostawiają trwałego znaku w pamięci. Pomimo kilkukrotnego obejrzenia filmu zawsze jest on taki sam. Po kilkukrotnym przeczytaniu książki wciąż możesz być zaskoczony. Jednakże jest bardo mało filmów, które pozostawiają po sobie pustkę. Taką pustkę, która zmusza do myślenia. Z książkami jest inaczej. Każda z nich to nowy znak w naszym zeszycie - życiu. Niektóre zapełniają linijki, inne są przecinkami bądź kropkami. Są też takie, które przepełniają strony, cały zeszyt, życie. Nie ma takiego filmu, który dawałby jakiś sensowny morał. Owszem, zawsze pozostaje nadzieja. Słabszy pokona silniejszego, złamie mu nos, etc. etc. jednak co to daje? Nic! Kiedy książka przedstawia "coś", choćby to samo co film robi to inaczej. Tutaj wniosek - nie ma idealnej ekranizacji. Tego nie będę udowadniał. Po prostu - nie.

Długo zadawałem sobie pytanie "dlaczego kiedyś, kiedy byłem młody byłem zakochany w filmach?". Wiecie dlaczego? Filmy są proste. Nie wymagają od odbiorcy nic prócz otwartych oczu i czystych uszu. :). Dlatego film ma takie szerokie grono odbiorców. Po prostu - jest łatwy do zinterpretowania. Z książką jest oczywiście inaczej. Kiedy podaje się powieść widzowi jakiejś stacji często odrzuca ją. Nie chce mu się czytać. A wiecie dlaczego? Prawdopodobnie obawia się iż nie zrozumie sensu płynącego ze "sterty papieru". Wielu ludzi obawia się tego. Bardziej bądź mniej świadomie boi się, że nie zrozumie tego co czyta. Zresztą czytanie wymaga poniekąd myślenia. A film? Jest bo jest. Siedzisz sobie i patrzysz. Ot, tyle wiesz ile masz otwartych oczu. Kiedy czytasz czasami jest tak - dopiero po zamknięciu oczu widzisz to, co przeczytałeś.

Poruszyłem temat myślenia przy czytaniu. Zawsze myślisz, kiedy czytasz. Kiedy oglądasz film bardzo rzadko. Ten powód jest chyba najbardziej rzeczowy. Tak mi się wydaje. Jednak jeżeli to jest jeszcze mało, aby udowodnić wyższość książki mogę jeszcze dorzucić kilka zdań.

Chodzi o to czy film jest niepowtarzalny? Jest z pewnością powtarzalny. Czy nie tego nie wiem, ponieważ nie jestem krytykiem. Jest za to pewne, że kiedy dwóch reżyserów zaczyna tworzyć film na podstawie tego samego scenariusza (czy czegoś takiego, co jest jakby fundamentem do powstania filmu) wychodzi to samo. Prawie zawsze mamy do czynienia z tym samym. Z książką jest inaczej. Gdyby dwóch autorów miało napisać o tym samym wyjdzie każdemu to inaczej. Nie można powtórzyć sukcesu "Władcy pierścieni", nie da się go skopiować. A film z pewnością tak. Wstawiamy innych aktorów i jest to samo jednak odgrzane. No cóż, każdy widz widzi, jednak nie każdy dostrzega monotonię. Oglądając filmy jeden po drugim zauważamy schematy. Słabszy, silniejszy, pociesza, bije. Schemat. Tym określeniem można nazwać kinematografię. Kiedy trafi się wspaniały film zaraz powstają jego "klony" z inną muzyką, przeinaczonymi dialogami i postaciami. Gdy ktoś chce sklonować książkę podstawiając swoje wzory do powstałych już wyjdzie mu głupi utwór bez sensu. Jednak co o tym może wiedzieć widz zapatrzony w szklany kineskop - pułapkę dla oczu, więzienie dla umysłu widz? Przykład. Ten sam film, dwóch widzów. Oglądają i co wychodzi? To samo widzieli, słyszeli i mogą opowiedzieć (no czasami :). Z drugiej strony stawiam dwóch czytelników. Każdy przeczyta tę samą książkę. To co oboje stworzyli jest niepowtarzalne. A dlaczego? Dlatego, że człowiek jest niepowtarzalny i nic co tworzy dwóch ludzi nie będzie takie same, oprócz filmu. On nie uczy tworzenia, narzuca wzór. Proste.

Powiedziałem to co miałem, zdaje się jednak iż nie wszystkich przekonałem. Film wyczerpał już swoją studnię, okazało się, że ma dno. Książka moim zdaniem nie! Wręcz przeciwnie! Z czasem studnia ta pogłębia się, pomimo niechęci widzów. Tak długo jak ludzie będą czytali książki można wierzyć, że jest jakiś sensowny powód do istnienia ziemi. Uważam iż życie dla filmu nie ma sensu. Mam oglądać to co inni stworzyli? Nie! Wolę poczytać sobie i stworzyć przy pomocy papieru swoją wizję.

Czas, przyjrzyj się temu. Gdy oglądasz film raz dwa i koniec. Dwie - trzy godziny i koniec. Kropka, the end. Koniec filmu, nic nie pozostaje. Nic! Kiedy czytasz czas płynie powoli w rytm akcji. Jak bije "serce książki" tak płynie czas. Przez dwie godziny czytania przeżyjesz więcej niż podczas oglądania przez dwadzieścia godzin filmów. Jestem tego pewien. Choćby był to najgłębszy dramat zaraz, po dziesięciu minutach zmywa się. Gdyby to była książka wstrząsnęłaby tobą jak dwieście tysięcy woltów.

Jest niewątpliwe, książka jest o wiele bardziej wartościowa niż film. Oczywiście nie twierdzę, że ludzie oglądający filmy są tępi! Nie oni są tylko zapatrzeni w ekran, nic poza tym. Są uwięzieni poprzez wzrok przy tym co widzą. Jak trudno oderwać się od "dobrego" filmu wiem. Jak oderwać się od "dobrej" książki także wiem. Pewnie stwierdzam, książka jest górą nie do zdobycia dla filmu!

Tym miłym akcentem pragnę zakończyć mój wykład na temat "książki i filmu". Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza zapraszam gorąco do polemiki. Nie mam nic przeciwko wyzywaniu mnie w odpowiedziach. Starając się obrazić mnie depczesz swój honor brudnymi butami. Chyba masz jeszcze troszeczkę tego materiału? Sumienia?

splatch@wp.pl

Splatch

{Splatch poprosił mnie, żebym się dopisał do jego tekstu. Uczynię to tym chętniej, że się z nim nie zgadzam :). Owszem: uważam, że dobra książka jest lepsza od dobrego filmu, ale niemniej sądzę, że zdanie Splatcha o kinematografii jest błędne i krzywdzące. Po przeczytaniu jego artykułu narzuca się spostrzeżenie, że jedyny jego kontakt z filmem ogranicza się do Polsatu i prezentowanych tam "rewelacji". Na szczęście istnieje kino dobre, kino z aspiracjami, kino będące sztuką, a nie tylko rozrywką. Dla mnie genialne są na przykład "Trzy kolory" Kieślowskiego, które wymagają myślenia, wyobraźni i odczytywania znaczeń poszczególnych zdarzeń, co często jest nawet trudniejsze niż w książce, bo musimy czynić to jedynie na podstawie dialogów bohaterów i obrazów, podczas gdy pisarze często to jednoznacznie komentują. Takie filmy - wbrew temu, co mówił Splatch - pozostają na długo w pamięci, wywierając wpływ na światopogląd. Są one oczywiście mniej popularne wśród szerokiej publiczności, zadowalającej się filmami o "bandzie madafakersów z L.A., z którymi walczy nieprzekupny gliniarz karateka", ale w świecie literatury przecież również istnieją Harlequiny czy mierne kryminały, które - nie da się zaprzeczyć - są pisane według schematów. Uważam, że filmu z książką porównywać się w splatchowski sposób nie powinno, bo są to odmienne dziedziny sztuki, posługujące się innymi środkami wyrazu i jako takie nie mogą być stawiane na jednej półce. Ale wszystko w końcu i tak sprowadza się do sprawy indywidualnych upodobań. Jeśli chcecie dorzucić coś od siebie na ten temat: amksiazki@go2.pl - Phnom Penh}