Hej, dzieciaki! Jak widzicie, z łaski Phnom Penha pojawiają się w "Książkach" moje wytwory, więc jeśli macie do nich jakieś uwagi, piszcie na adres militarypolice@wp.pl. Na rozgrzewkę - zagadka: Richard Bachman to Stephen King. Nie jest to prawdziwe nazwisko Króla, a jedynie pseudonim, pod jakim napisał on kilka powieści oraz opowiadań. Jego (pseudonimu) sprawa jest jednak dość ciekawa; otóż zdarzyło się, że krytycy literaccy chwalili Bachmana, krytykując porównywanego z nim Kinga. Jak więc widać, czasem skrywane alter ego może mieć lepszy charakter, niż prezentowane szerokiej publiczności "ja". Wspominam o tym wszystkim nie bez powodu - wszak mam zamiar zrecenzować powieść Richarda (czyli Stephena), wydaną właśnie pod bachmanowskim szyldem. A imię jej... CHUDSZY William Halleck to dobrze prosperujący prawnik. Ma żonę, dziecko, miesięczne zarobki pozwalające na wykarmienie w Polsce jednego człowieka przez rok, a mimo to nie jest do końca szczęśliwy. Powód? "Jest monstrualnie gruby" - jak mawiają rzymscy legioniści o Obeliksie. Tak, tak, oponka wokół pasa to prawdziwe przekleństwo dla rodowego Amerykanina w czasach sprzed Slim Fastu i rozmaitych maszynek "ćwiczących, kiedy Ty siedzisz". Należy w tym momencie wspomnieć, że niegodne jest prawdziwemu zjadaczowi hamburgerów ruszenie zadka z kanapy i przebiegnięcie z trzy razy dookoła domu. Stare przysłowie pszczół mówi: mądry Amerykanin po szkodzie - i sprawdza się ono w stu procentach. Kłopot Billy'ego wkrótce zniknie, i to dosłownie... ale czy to taka radosna nowina? Podczas samochodowej podróży z żoną Halleck nie mógł wystarczająco skupić się na prowadzeniu wozu. Przyczyną owej dekoncentracji był fakt, że żona leżała na jego kolanach i ... ... wiecie... ... ... Wracając do sprawy - William w chwili najwyższego rozproszenia uwagi nawet nie patrzył na jezdnię, czego nieprzyjemnym skutkiem było potrącenie cyganki, która to biedaczka nie miała szans na przeżycie pod kołami rasowo amerykańskiego wozu (powszechnie wiadomo, że jak coś pochodzi z USA, to wystarczy użyć tego raz, a dobrze). Rozwścieczony ojciec ofiary pozwał naszego bohatera do sądu, ale ten z konfrontacji z prawem wyszedł bez szwanku, a nawet bez znacznego upływu gotówki. Wobec tego ciemnoskóry - jak to każdy Rom w setkach podobnych przypadków - rzuca na Billy'ego klątwę, jakże tradycyjną i nieoryginalną. Halleck zaczyna... chudnąć! Doprawdy straszna to kara za przewinienie, aczkolwiek nasz tłuścioszek wpierw cieszy się z takiego stanu rzeczy. Do czasu... To tyle, jeśli chodzi o fabułę. Nie chcę zdradzać więcej, ale dodam, że obfituje ona w kilka makabrycznych scen, jakże uwielbianych przez miłośników krrrwawych befsztyków i wszelkiej maści ociekających juchą produktów, tudzież gier czy filmów z chlubnego gatunku gore. Tak, opisywana księga może w kilku rozdziałach odrzucić poniektóre kobiecinki czy co delikatniejszych chłopców. Ja jednak, jako sumienny recenzent najwspanialszego kącika wśród wszystkich kącików, zdobyłem się na odwagę i, w towarzystwie papierowych toreb i otwartej muszli klozetowej, zagłębiłem się w lekturze. A tam - same dziwy! Znajdzie się człowiek z twarzą o konsystencji pizzy; pojedyncza odcięta kończyna; nos przeżarty chorobą i wyglądający na miękki niczym dojrzała śliwka itp.itd... standardowy zestaw nr 8. Coś podobnego można było zobaczyć w świetnym filmie "Martwica mózgu", jednak w nieco większych ilościach. Tak czy siak - zarówno powieść, jak i wspomniany film są godne polecenia smakoszom surowej wołowinki. Cóż, może jednak nieco przesadziłem w poprzednim akapicie. Po prawdzie, jak na powieść Króla, przemocy jest mało. Bardzo mało. Za mało. Jednak nie wpływa to na przyjemność wynikającą z czytania, co w przypadku Stefana raczej nie dziwi, gdyż moim zdaniem mógłby on napisać romans, a i tak jego odbiór byłby jak najbardziej przyjemny. W zupełności ilość "explicit contentów" jest rekompensowana przez ich jakość. Z chęcią bym coś zacytował, ale obawiam się ingerencji duszka cenzury czuwającego nad jakością publikowanych wynurzeń. Ech, jak tylko mowa o rezaniu niewiniątek, przypominają się wspaniałe dzieła Guya N. Smitha, na ten przykład "Kraby", które to były luźnym zlepkiem na przemian umieszczonych scen erotyki i przemocy... Nic takiego jednak w "Chudszym" nie znajdziesz, Czytelniku, jedynie wciąż ta gupia inteleginetna rozrywka (w miarę - jeśli ktoś chce naprawdę inteligentnej jatki, to polecam grę karcianą "kuku". Najlepiej na kary cielesne. Nawet nie wiecie, jak to może niszczyć znajomości...). Echm, o czym to ja...? A tak. Wybacz, odbiorco tego tekstu, ale ma psychika nieco uległa zwichnięciu po lekturze kilku powiastek Smitha. Nie wiedzieć czemu, jeśli coś krytykuję, zawsze muszę to przyrównać do ww. pana. Chyba dlatego, że przy nim wszystko wydaje się cudowne... Wracając do tematu, w bachmanowskiej książce zawarto to, czego można po Stefanie oczekiwać - napięcie, fabuła, jak i świetna budowa zdań, akapitów, a w porywach nawet całych rozdziałów. Co do całości jednak można mieć pewne zastrzeżenia. Głównym jest to, iż mimo swej mocy przyciągania, "Chudszy" wypada blado na tle kingowskich arcydzieł: "Lśnienia", "Miasteczka Salem" czy "Smętarza dla zwierzaków". Czegoś tu zabrakło, jednak jest to rzecz tak ulotna, że nie do określenia. Nie ulega wątpliwości, że ten element powinien być; w końcu szlachectwo zobowiązuje. Swoją drogą, nie rozumiem amerykańskich krytyków, którzy wychwalali omawianą powieść pod niebiosa, ganiąc jednocześnie np. takie "Lśnienie"... Toż to czysta herezja! Ale o samej "Jasności" (która to jest niczym innym, jak innym tłumaczeniem "Shinning") wypowiem się kiedy indziej, np. przy okazji Dnia Rzeźnika czy Narodowego Zjazdu Psychicznie Innych. Już sobie ostrzę ząbki na nadchodzące święta, heee, heeee.... Podsumowując, fani horrorów na "Chudszym" raczej się nie zawiodą, acz po kimś formatu Kinga mogli oczekiwać więcej. Mimo tego, jest to lepsza pozycja na rynku książkowym, którą wolałbym nabyć bardziej niż pięćdziesiąt części cyklu "Conan Barbarzyńca" (czy ile ich tam się namnożyło). Hail to the King! militaryautor: Stephen King (alias Richard Bachman) wydawnictwo: Zysk i s-ka, rok 1997 tłumaczenie: Robert Lipski cena: 19 zł 50 gr
|
|