Czekanie, pocenie z wysiłku, nerwowe siedzenie i nieustanne parcie na dolne części ciała są objawami przypadłości znanej każdemu człowiekowi. Brak rozluźnienia, spięcie i niemożność wyrzucenia z siebie pewnej porcji... energii... także się do omawianego procesu zaliczają. Niektóre osoby dzięki temu zaczynają coś czytać, inne podczas tej długiej sesji patrzą na papier z zamiarem szybkiego jego wykorzystania, ale w inny sposób. Na przykład popuszczają zrobione z powyższego surowca latawce. Tak, tak, do dziwnych rzeczy ludzie zaczynają wyprawiać podczas ostatnich dni szkoły. Oczekiwanie jest już nie do zniesienia, mimo tego, że wolność jest tak blisko. Nogi aż świerzbią, chcąc pobiegać po boisku czy pochodzić po górach.

Dla wielu przerwa od szkoły oznacza również przerwę od książek, niestety. Nastolatki nie chcą wracać myślami do szkoły, z którą przecież literki nieodmiennie się kojarzą. Takie osobniki nie przekonały się do literatury, a to wszystko przez kiepską fabułę znanej wszystkim powieści "Zbiór zadań z matematyki". Płytkie postaci, sztampowa oś akcji, nieciekawe miejsca i brak wątków pobocznych składają się bowiem na najnudniejsze przygody znane ludzkości. Bo co ciekawego jest w panu A, który podróżuje z miasta B pociągiem z prędkością 90km/h? Ano, nic. Ale, przy odrobinie wyobraźni, pan Anatol jedzie z Brzezinki na spotkanie z zaginioną żoną. Tyle, że nie zmienia to faktu, że musimy obliczyć czas jego przybycia do ukochanej.

Lepsza sytuacja niż powyższa jest w książkach do języka polskiego, ale tam osoby niewprawne w czytaniu zagubią się w mnogości wątków i na pewno znudzą je dość długie opisy bohaterów. Ale, ale... to nie jest recenzja podręczników, one nic do wakacji nie mają, a że mnie się czerwcowo - lipcowy nastrój udzielił, zapewne już niedługo pobiegnę do biblioteki zaopatrzyć się w zapas literek na całe dwa miesiące. W związku z tą sprawą chciałem poruszyć pewien istotny temat. Z tej okazji nadam również temu tekstowi tytuł, a brzmi on:

BUTEM W TWARZ AUTOROWI, CZYLI TEKST O OGÓLE TŁUMACZEŃ KSIĄŻEK

Pisarze to takie niepozorne istoty, które latami pracują nad ubraniem w słowa pomysłu, na który wpadli w ciągu kilku sekund. {genialna definicja, moim skromnym zdaniem - PP} Ogrom wysiłku włożonego w ten proces przeważnie nie zwraca uwagi zwykłego, pracującego przy taśmie człowieka. Przecież - co to za praca, siedzenie i skrobanie piórem na kawałku zamordowanego siekierką drzewa? Żadnego zmęczenia się nie odczuwa, a kasę zgarnia się nieziemską. To pogląd większości Polaków; części, która statystycznie czyta jedną książkę na rok - książkę telefoniczną. Są jednak na tym świecie także osoby, które doceniają starania literatów, zagłębiając się hipnotycznie w światach przez nich wykreowanych. Jednak efekt tych rytuałów może być czasem zniekształcony, bądź, co gorsze, zupełnie zniwelowany. Prawdą bowiem jest, że niestaranny przekład tekstu grzebie jego szanse na zaistnienie w innym kraju.

Można pomyśleć: co takiego może zrobić tłumacz, żeby zniszczyć dobry utwór? Naprawdę to on może bardzo wiele. Najgorsi są translatorzy mający ambicje. Tacy jak oni chcą być inni; nie wystarczy im zwykłe przełożenie książki - czasem coś dodadzą, nieraz coś zmienią, w skrajnych przypadkach nawet przeinaczą sens. Oj, jakże ubolewam nad zniszczoną pracą pana Steve'a Perry'ego; zniszczoną JEDYNĄ DOBRĄ pracą pana Steve'a Perry'ego. Tyle miesięcy starań, tyle pieniędzy wydanych na leczenie obolałych od klepania w klawiaturę palców - stracone. Prawdą jest, że zdobył on uznanie w innych krajach, ale w Polsce otrzymaliśmy zupełnie inną powieść, na pewno nie jego autorstwa. Tutaj twórcą był właśnie tłumacz, którego nazwiska nie podam, ponieważ znając poczytność "AMKsiążek" skrytykowanie go byłoby równoznaczne z jego bankructwem. Jak już mówiłem, Jarosław Kotarski fatalnie przełożył "Cienie Imperium" Perry'ego. Wyobraźcie sobie, Drodzy Czytelnicy, że ten pan umiał niemal niepostrzeżenie dodać kilka akapitów od siebie. Piszę "niemal", ponieważ sprawa wyszła na jaw dzięki magazynowi literackiemu "Fenix", który to swego czasu opisał haniebne czyny pana K. (obowiązkowa anonimowość). Żeby nikt nie myślał, że przesadzam z kajaniem tłumacza i że jego przekład, jeśli nie wierny, to na pewno piękny - podaję przykład. Zdanie: "What happened with R2D2?" znaczy rzekomo "Co z tym pierd...nym robotem?". Aż ciary chodzą po plecach, nóż się w kieszeni otwiera, a teściowe mówią ludzkim głosem. Horror.

"Ach ci ludzie, to podłe świnie...", jak mówi zespół Kult. {dokładniej: śpiewa, jeszcze dokładniej: Kazik Staszewski śpiewa, najdokładniej: Kazik Staszewski śpiewa piosenkę swojego ojca, Stanisława} Widać to na przykładzie naszego anonimowego znawcy "lengłydża". Jednak są również mniejsze grzeszki tłumaczących, popełniane mimowolnie, ale jednak mocno irytujące. Nie ma dla mnie nic gorszego, niż taka sytuacja: czytam sobie jakiś horrorek, nastrój świetny - północ i warsztat literacki Kinga - a tu nagle, znienacka widzę - byk! Literówka! Błąd ortograficzny! Pierwsza myśl: to się pisze inaczej. I po nastroju, uleciał jak przyszedł, zero, nic, no po prostu pustka!

Tutaj następuje zwany z angielskiego Intermiszyn, podczas którego pragnę przeprosić Szanowne Osoby Które To Czytają za bardzo niestosowny, wręcz grubiański zwrot. Kajam się i obiecuję poprawę.

Wracając do tematu, błędy ortograficzne nie powinny się znaleźć w pozycjach wydawanych przez szanujące się wydawnictwa. Człowiek płaci spore pieniądze za książkę, patrzy przedtem na trzecią stronę i widzi nazwiska trzech korektorów, a w trakcie lektury coś takiego! Skandal i granda! Jeśli coś takiego wydano po dwukrotnym sprawdzeniu, to jestem ciekawy wyglądu tekstu przed poprawkami.

Jak widać - nie jest idealnie na polskim rynku książkowym. Na pocieszenie mogę powiedzieć, że jesteśmy w pewnym sensie wyróżnieni - otrzymujemy "wersje specjalne" powieści, takie, których nie ma nigdzie indziej na świecie. Tym optymistycznym akcentem zachęcam do kupowania lub wypożyczania bez względu na nazwisko widniejące na drugiej stronie - a nuż się kiepskiemu tłumaczowi uda coś przełożyć, tak jak Steve'owi Perry'emu napisać dobrą książkę.

military (ale już bez police)