smętarz dla zwierzaków

Czasem nie zauważamy takiego momentu w naszym życiu, w którym wszystko zaczyna się gwałtownie zmieniać (psuć?). Po pewnym czasie możemy już tylko wspominać, porównywać a może, gdy zdamy sobie sprawę z tego co tak naprawdę się stało... rozpaczać?

Loius Creed wraz z żoną i dwojgiem dzieci przeprowadzili się z Chicago do małego miasteczka. Byli naprawdę szczęśliwi. Louis był lekarzem, lubił swój zawód, wiodło im się naprawdę dobrze. Mieli też przyjaciół - starsze małżeństwo z domku naprzeciwko. Pełnia szczęścia. Jedynym zmartwieniem było ukąszenie pszczoły jakiego doznał Gage - ich mały synek, lub konflikt Louisa z teściem. Jednak któregoś dnia nastąpiło coś, o czym wspominałem na wstępie. Ale Louis tego nie zauważył...

Nie będę pisał co, kiedy i dlaczego. Nawet nie streszczę tej książki. To wszystko dlatego, by nie odbierać Wam ogromnej... niezwykłości jaka ogarnia nas gdy poznajemy kolejne losy ludzi żyjących początkowo jak wszyscy. Jak my. A naprawdę jest co czytać. Czasem jesteśmy zaskakiwani, a czasem poważnie straszeni. W niektórych swoich dziełach Stephen King nie straszy - powoduje tylko, że mamy dziwne sny i marzenia. W
Smętarzu dla zwierzaków znajdziemy natomiast obydwa te czynniki. Czytając to dzieło śnimy w sposób przerażający... Cudownie przerażający.

[scream


  Langoliery - tak nazywały się przebrzydłe stworki, które "kradły czas". A właściwie, to go zżerały. Są bohaterami opowiadania Stephena Kinga i filmu pod takim samym tytułem - po prostu:

langoliery

  Opowiadanie wchodzi w skład tomu czterech powieści "Czwarta po północy". Tom ten zawiera cztery powieści, z których każda przeznaczona była na inną godzinę - pierwsza, druga, trzecia i czwarta po północy. Langoliery są jedynym opowiadaniem z tego tomu, który przeczytałem. Ustawione są pod godziną pierwszą albo drugą, czyli nie jest jeszcze tak strasznie. Co do filmu-to nie mam pojęcia, kto go reżyserował, jak się nazywali aktorzy, którzy tam grali, ani w którym roku powstał. Wiem tylko, że jest świetny, lepszy od tych wszystkich Smętarzy, Lśnień czy Miserych. I niewiele się różni od książki.
  Pora na streszczenie fabuły. Pasażerowie samolotu budzą się ze snu... i okazuje się, że zniknęli cała załoga i wszyscy pasażerowie, którzy nie spali. Samolot leci sam. Na szczęście wśród nich jest pilot, który przejmuje stery. Jeszcze dziwniejsze jest to, że z ziemi nie widać żadnych świateł. Dolatują na wskazane lotnisko i co się okazuje? Że nie ma na nim żywej duszy. Tylko co i raz słychać jakieś dziwne dźwięki. Szczególnie słyszy je mała, niewidoma dziewczynka, gdyż - jak wiadomo - niewidomi często mają lepszy słuch. Jakby tego było mało, leci z nimi szurnięty pracoholik, którego uspokaja darcie kartki na paseczki. I na lotnisku ucieka od nich, potem zabija i rani niektórych. W końcu dźwięki przybliżają się i okazuje się, co je powoduje. Otóż to wredne stworki, o których pisałem na samej górze. Langoliery mają swój sposób na skradzenie, czy też jak pisałem zeżarcie czasu. No właśnie, zeżarcie. Zżerają wszystko, co im podejdzie pod paszczę. W filmie można było się im dokładnie przyjżeć. Wyglądają jak wielkie kulki z milionami kłów. Bohaterom nie pozostaje nic innego, jak zmykać stąd, najdalej, jak się da. Oczywiście samolotem. Jeśli nie chcesz znać zakończenia, nie czytaj następnego akapitu (choć i tak za dużo już opowiedziałem).
  Wśród nich jest pisarz fantasy, który wymyśla swoją teorię na to, i jak się okazuje, ta teoria jest właściwa. Otóż lecąc samolotem wpadli w dziurę czasu, na Ziemię, która jest właśnie zżerana przez langoliery. I jakoś dziwnie się złożyło, że przejście przez dziurę czasu przeżyli ci, którzy spali. Wyjście jest tylko jedno-trzeba przelecieć jeszcze raz przez tą dziurę. I trzeba spać podczas przelatywania. A ktoś musi pilotować samolot. W końcu jakiś tam się poświęca, przelatują, pilot budzi się, ląduje. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie dziwnym trafem... na tamtym lotnisku... również nikogo nie ma. Jednak pisarz fantasy, czy też science-fiction, ma na to również teorię. Okazuje się, że bohaterowie wyprzedzili czas i trzeba tylko trochę poczekać, aż sam do nich przybędzie. W filmie oglądamy efektowną scenę, w której na świat bohaterów "najeżdżają" dziesiątki ludzi.
  Problem u mnie pozostaje z zakwalifikowaniem książki/filmu. Możliwe są dwa gatunki: horror i science-fiction. Jednak jak na horror, za mało tu strasznych momentów, a na science-fiction za mało efektów specjalnych (w filmie). Wybór więc należy do was. Macie też wybór: książka czy film. Od siebie-polecam i jedno, i drugie.

[Sunday

 
PS. Czytajcie "Absurd corner" - nie ma to jak reklama.