|
Wreszcie zmusiłem się do napisania recenzji drugiego epizodu Gwiezdnych Wojen. Przyszło mi to z wielkim trudem, bo ciężko mi pisać o filmie, który zawiódł moje oczekiwania. Miałem nadzieje, że George Lucas (reżyser I,II i IV epizodu) zrehabilituje się za słabe "Mroczne Widmo". Jak bardzo się myliłem zaraz będziesz mógł się przekonać. Na film poszedłem z kolegą, który tak jak ja jest fanem (czyt. fanatykiem) Star Wars. Przed kilkoma dniami widziałem w telewizji wywiady z aktorami "Ataku Klonów". Pamiętam bardzo dobrze co mówił Ewan McGregor (Obi-Wan Kenobi). Powiedział, że po "Mrocznym Widmie" spodziewał się czegoś więcej, a drugi epizod jest znacznie lepszy. Teraz, gdy to wspominam dochodzę do wniosku jaki ja byłem głupi. Dałem sobie zamulić oczy i zobaczyłem ten film. Przed seansem pojawiło się parę reklam i wreszcie długo oczekiwana czołówka. Co czułem oglądając złote litery na gwieździstym tle nie muszę chyba mówić. Później było już znacznie gorzej. Fabuła już na samym początku rozczarowała mnie. Okazuje się, że przywódca rebeliantów i przy okazji dawny Jedi- Count Dooku- postanowił zbuntować się przeciwko republice. Pomaga mu znany z "Mrocznego Widma" Nut Ganrey i tajemniczy Lord Sidius. Dooku postanowił przede wszystkim pozbyć się królowej Amidali, która awansowała na stanowisko senatora. "Niestety" nie udało się jej zabić, a jedynie trochę przestraszyć. Później spotyka się ona z Anakinem, który jest już dorosłym padawanem i z jego mistrzem Obi-Wanem Kenobim. Dwaj Jedi mają chronić Padme, ale wszystko zaczyna się komplikować... Tak zaczyna się fabuła "Ataku...". Jak zawsze wątki polityczne zostały wymyślone ciekawie, ale to wszystko. Romans Anakina i Padme nie wygląda przekonująco. Ich role zostały źle odegrane. Nie chcę podważać talentu jaki ma Natalie Portman (Amidala/Padme), ale jeśli ustanawia się jakieś stereotypy to powinno się ich przestrzegać. Mówię tu o starej (wyśmienitej) trylogii. Tam aktorzy zagrali niezwykle prosto. Jest to głownie zauważalne w "Nowej Nadziei", gdzie chociaż gra była bardzo przeciętna, to jednak dzięki niej Gwiezdne Wojny zyskały prostotę, a co za tym idzie wiązanie własnej osoby z bohaterami. Powiedzmy sobie szczerze, czy można się utożsamiać z Anakinem Skywalkerem czy Królową Amidalą? Te postacie są bardzo zakręcone, a przy tym mało głębokie. Po prostu nudne. A Hayden Christensen nie przypomina Vadera. Czy zauważyliście jaką on ma twarz? Grzecznego chłopczyka, a czasem nawet młodego zboczeńca ;). Teraz pewnie wszystkie dziewczyny/kobiety czytające te słowa się obraziły, ale mam wrażenie, że Christensen został tylko i wyłącznie Anakinem Skywalkerem, bo jest... bardzo przystojny. Co za tym idzie, młode nastolatki zakochują się w nim i nakręcają Lucasowi interes. Podobnie jest z Natalie Portman (tak, tak panowie ;). Nie podoba mi się, że ktoś próbuje wpłynąć na widzów pokazując im ładne twarze. Prawdziwi kinomani nie dadzą się nabrać takie sztuczki. Denerwuje mnie to, że Gwiezdne Wojny zmierzają ku coraz większej komercjalizacji. Pewne sceny można było sobie darować. Np.: Kiedy Obi-Wan wchodzi do sali treningowej w Akademii Jedi widzi tam ćwiczących mających po 8 lat dzieciaków. Jeden z nich nawet udziela rad Mistrzowi Jedi. Żałosne. Co ciekawe w trzecim epizodzie ma pojawic się Robbie Wiliams, a Anakina Skywalkera miał początkowo zagrać... Leo Di Caprio. Może nie długo Lucas zatrudni Davida Beckhama? :) Cały film bardziej przypomina parodię Brooksa "Gwiezdne Jaja" niż poprzednie epizody. Nie ma już tego humoru, który dominował przede wszystkim w "Nowej Nadziei". Teraz jest raczej pośmiewisko. W "Ataku..." usłyszymy zdania typu (piszę z pamięci): "Shmi została porwana, kiedy poszła nazbierać grzybów" lub "Idę się napić" . Najwyraźniej Lucasowi zaczyna brakować pomysłów, aż boję pomyśleć co będzie w 3 epizodzie. Efekty specjalne jak zawsze są znakomite. Trudno uwierzyć, że ten film jest tylko fikcją. Popatrzmy chociaż na Courcant, stolicę galaktyki. Jest to jedna planeta miasto. Podczas, gdy bohaterowie przeżywają przygody cała planeta tętni życiem. W filmie wykreowano tysiące postaci, setki statków powietrznych i dziesiątki mieczy świetlnych. Na pochwałę zasłużyła końcowa, spektakularna, bitwa. Widać w niej setki Rycerzy Jedi, tysiące robotów, dziesiątki statków powietrznych (w tym, ukochane przez fanów, Imperialne Niszczyciele), a także kilka potworów. Fanom podobać się będzie ostatnia walka pomiędzy Mistrzem Yodą, a złym Darthem Tyranusem. Warto odnotować, że Yoda po raz pierwszy został wykreowany przez komputer. Ciekawe są nowe statki, droidy i szturmowce. Czyli to co fani lubią najbardziej. Moim zdaniem za efekty specjalne "Atak..." powinien dostać Oscara. Muzyka jak zawsze błyszczy. John Wiliams (twórca m. in. muzyki do: Gwiezdnych Wojen, Harrego Pottera i trylogii Indiana Jonesa) znowu mile mnie zaskoczył nowymi tematami. Nie wiele mogę powiedzieć o samej muzyce, bo się na tym nie znam, ale jest ona tak samo dobra jak efekty specjalne w filmie. Mogę nawet powiedzieć, że tylko ona buduje nastrój 2 epizodu. Niestety, ale od lat w Gwiezdnych Wojnach brakuje specyficznego klimatu, może nie licząc "Imperium kontratakuje". Podsumowując "Atak Klonów" to ciekawy film, ale... spodoba się tylko fanom Gwiezdnych Wojen. Zapewne zaraz ktoś napisze ripostę, w której będzie mówił jaki to epizod 2 jest dobry, jak bardzo jest lepszy od pierwszego. Przypomina mi się wypowiedź Tomasza Lipińskiego po meczu Włochów z Meksykiem, podczas tegorocznych Mistrzostw Świata. Powiedział: "Włosi zagrali swój najgorszy mecz na tych mistrzostwach i teraz może być już tylko lepiej". Ja też po "Mrocznym Widmie" mogłem powiedzieć, że teraz już tylko może być lepiej. I jest lepiej, ale nie jest znów tak dobrze jak być powinno. Sam George Lucas mówi, że nie lubi Gwiezdnych Wojen i woli kręcić filmy w stylu Indiany Jonesa. Heh, ciekawe co powie gdy i to schrzani. Ti-mon "Superpippo" Inzaghi >>Powrót do AMFILM<< |