ŻYCIE JEST PIĘKNE
Niedawno weszliśmy w trzecie tysiąclecie. Szum w prasie i telewizji wokół milenium, zapowiadanego jako czas przełomu, mógł nastroić człowieka optymistycznie. Lek na AIDS, raka i inne, nieuleczalne dotąd choroby, rozwiązanie problemów żywnościowych świata i uratowanie zniszczonego przez przemysł środowiska to tylko niektóre z prognoz niedalekiej przyszłości. Doczekawszy północy, wypiłem lampkę szampana bezalkoholowego i poszedłem spać. Snu nie pamiętam, ale miał on coś wspólnego z czekającym mnie szczęściem.
Długą chwilę po przebudzeniu nie otwierałem oczu. Rozkoszowałem się tą chwilą niepewności, dotyczącej wyglądu świata w swej nowej erze. W końcu nieśmiało otworzyłem prawe oko i doznałem szoku. Sufit wyglądał tak jak zazwyczaj - lekko zszarzały, o nierównej powierzchni. W całym pokoju, ani za oknem nie znalazłem żadnego dowodu na to, że już jest lepiej. Jedząc śniadanie czułem się nieco zawiedziony kanapką z serem, która smakowała tak samo jak dzień, miesiąc i rok temu. Dno.
Postanowiłem poprawić sobie nastrój myśleniem nad teraźniejszością. Starałem się wymienić wszystkie rzeczy na tym bożym świecie, które przynoszą mi szczęście. Palce prawej ręki okazały się być wystarczające, aby je policzyć. Za to nieszczęśliwe chwile posypały się nieokiełznaną lawiną, pamięć podrzucała je bez specjalnego wysiłku z mojej strony. Chwile, w których bliscy mnie zawiedli i te, w których to ja zawiodłem, wszystkie porażki i niespełnione marzenia, chwile strachu i upodlenia. Skoro to wszystko jest za mną, to co czeka mnie w przyszłości?
Jestem obywatelem Polski, małego, biednego państewka, które przypadkowo leży w samym centrum Europy. Jeśli nie dostanę się na studia, zostanę bezrobotnym. Jeśli dostanę się na studia, zostanę wykształconym bezrobotnym. Praca za granicą? Ależ oczywiście, wszędzie kochają obcokrajowców zabierających pracę tubylcom. Jeżeli już znajdę pracę, to kiepsko płatną, eksploatującą ponad siły i w dodatku nie przynoszącą satysfakcji. Założenie własnej, rentownej firmy byłoby w Polsce niebywałym sukcesem zasługującym na miano ewenementu. Pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich żyć, niestety, się nie da.
Kolejnym gwoździem do trumny są ludzie. Dzisiejsza młodzież jest chodzącym przykładem cofania się procesu ewolucji. Bezmyślni, płyną na fali kultury masowej, a ich bogami są im podobne produkty show biznesu. Coraz młodsze dzieci operują językiem, jakiego nie powstydziłby się marynarz, a słowa naprawdę duże ulegają gwałtownej dewaluacji. Miłość. To słowo chyba najszybciej zaczęło tracić na wartości. Włosy na żel, arogancja i dosadny słownik wystarczą, aby stać się obiektem westchnień nastolatek. A gdy jeszcze dodamy do tego modne ostatnio wśród młodzieży papierosy, alkohol i narkotyki, to otrzymamy obraz supermana dwudziestego pierwszego wieku. A ja zawsze lubiłem Rudolfa Valentino.
Wojna za to nie straciła na znaczeniu. Chociaż sposoby prowadzenia wojny uległy sporym przeobrażeniom, to dwie rzeczy pozostały niezmienione: nadal giną w nich ludzie i powody ciągle są błahe. Najbardziej śmieszą mnie dokumenty takie jak Konwencja Genewska. Określają one "cywilizowane" ramy prowadzenia wojny, takie jak zakaz przebierania żołnierzy się w mundury przeciwnika, albo obowiązek udzielania pomocy medycznej rannym żołnierzom wrogiego państwa. Czysty paradoks.
Ostatnio popularną formą prowadzenia wojny stał się terroryzm. Wydarzenia z dnia 11 września dowodzą, że nawet najbardziej prawi i niewinni ludzie nie mogą czuć się bezpiecznie. Jak walczyć z wrogiem którego nie widać i który nie dba o własne życie? Nie można.
Najgorsze jest jednak to, że ludzie giną na darmo, ponieważ terroryści w każdym zamachu odnoszą zwycięstwo. Nie mówię o bilansie strat, lecz o aspekcie moralnym. Terroryzm jest pochodną nienawiści, a to, że czujemy głęboką nienawiść do terrorystów sprawia, iż w pewnym sensie nie różnimy się od nich wcale.
Siedzę na krześle i z obojętnością czekam na kolejny rok. Nie spodziewam się od życia wiele. Jeśli ten rok będzie gorszy od poprzedniego, nie zdziwię się. Jeżeli będzie lepszy, powiem sobie, że mógł być lepszy. A może jestem pesymistą? To akurat byłby powód do radości, bo psychologia nadal zmaga się z pytaniem, dlaczego największy odsetek samobójców stanowią optymiści.
John_Doe