*** Przed chwilą weszła na pokład samolotu. Był poranek, zaczynał się piękny, pogodny dzień. Czekał ją długi lot na drugi koniec kraju. Kalifornia jest piękna o tej porze roku - minęła już pora najtęższych upałów, wszędzie zielone palmy, błękit morza i gorąc piasku na wyciągnięcie ręki. Już dawno chciała pojechać do siostry, nie widziały się całe wieki. Czuła, że cudownie wypocznie. Dwa tygodnie nieustannego wylegiwania się na tarasie domu przy brzegu morskim, plaża o dwa kroki, całe tabuny przystojnych męzczyzn, zimna pinacolada pita z łupiny orzecha kokosowego... żyć, nie umierać. Polecenie zapięcia pasów rozlegające się z głośników wyrwało ją ze świata marzeń. Lot właśnie się rozpoczynał. Moment startu jest zawsze stresujący, bardzo trzęsie. Pocieszała się, że za chwilę będzie już w powietrzu i zapanuje spokój... Już po starcie. Na pokładzie cisza, nikt nie rusza się z miejsc, przecież lot dopiero się zaczął. Monotonię burzy nagle przejście czterech męzczyzn o śniadej cerze. Arabowie? Lubi Arabów, może w Los Angeles spotka jakiegoś przystojnego... Nagle czuje, że samolot gwałtownie traci wysokość. "Co się dzieje?" - pomyślała - "Jakaś awaria? Trzeba lądować? Ale przecież załogę poinformowano by przez głośniki!" Spoglądnęła przez okno. Nie lecieli w chmurach, w oddali widoczne były zarysy wieżowców. Mimo dużej odległości rozpoznała małe jeszcze jak zapałki dwie wieże World Trade Center. "A więc wylądujemy w Nowym Jorku, pewnie jakiś wiekszy problem" Samolot zbliżał się do miasta. "Przecież lecimy z Bostonu" - pomyślała z coraz większym niepokojem - "Zarówno La Guardia jak i lotnisko Kennedy`ego są bardziej w lewo, czemu pilot kieruje się na Manhattan?" "O Boże, to już coraz bliżej, co sie dzieje!?" "Rezygnuję z lotu, a gdy tylko wylądujemy, składam oficjalne zażalenie do kierownictwa linii, przecież moglibyśmy wlecieć w jedną z wież World Trade Center, one są już tak blisko... Chryste, zderzymy się!!! Kto siedzi za sterami? Zaraz, ci Arabowie... Kocham was mamo i tato! Boże, nieee!!!!!" *** Od paru godzin znajdował się w samolocie. Wreszcie nadszedł jego dzień. Dziś spełni wolę Allacha i obróci jego gniew przeciw niewiernym. Przez kilka lat jego współbracia obserwowali lotniska bezbożników, nauczyli się radzić sobie z zabezpieczeniami. "Żaden nasz brat nie zadał jeszcze tak dotkliwego ciosu imperium szatana. Tylko nasz Osama, któremu Allach powiedzył prowadzenie dżihadu, jest do tego zdolny. Nie szczędził sił i środków, aby zaplanować uderzenie w najdrobniejszych szczegółach. Dziś Allach wymierzy sprawiedliwość niewiernym, a ja będę narzędziem w jego ręku" - myślał Nadeszła godzina działania. On i jego towarzysze powstali z miejsc, wyjęli skrzętnie ukrytą broń. Ludzie nie stawiali oporu, szok był zbyt wielki. Zanim piloci zdązyli się zorientować, co się stało, już nie żyli. Kolejny raz zabił niewiernego na chwałę Allacha. Teraz nadeszła jego kolej. Uczył się pilotażu przez trzy lata, aby być przygotowanym w tym szczególnym dniu. Za chwilę uderzy w symbole Ameryki, jej dumy i bogactwa. Upokorzy i zdepcze to siedlisko szatana. Zatriumfuje jedyny bóg! Na niego samego zaś czeka piękny rajski ogród i siedemdziesiąt cudnych hurysek. "Cel już blisko" - myślał - "Jedna z wież się pali, nasi współbracia dokonali już jednego uderzenia, my dokończymy dzieła." Skierował samolot na drugą wieżę Światowego Centrum Handlowego. "O umiłowany Abu Abdallah Osamo bin Ladenie, niech Allach doda ci sił i wynagrodzi cię za twe czyny" Był już całkiem blisko: "Teraz napełnię świat strachem przed potęgą jedynego prawdziwego boga. Allah akbar!!! *** Wtorek, kolejny dzień jak co dzień. Spieszył się do pracy. W nocy spał tylko trzy godziny, ale nie przeszkadzało mu to. Lubił działać na najwyższych obrotach. Praca adwokata dawała mu dużo satysfakcji, uwielbiał wygrywać, pogrążać przeciwników, rozstrzygać nawet bez- nadziejne sprawy na korzyść klientów. Myślał jeszcze o wczorajszym sukcesie. Zazwyczaj bez skrupułów dążył do celu, tak było i wczoraj. "Mówią, że dopóki istnieje choćby jedno wolne miejsce w piekle, żaden prawnik nie pójdzie do nieba"- myślał - "A, niech mówią, taki mam zawód, żyjemy w wolnym kraju, można mówić, co się chce" Tak, żył w najbardziej wolnym kraju świata i, jak sądził, w najpięk- niejszym mieście na ziemi. Był dumny z tego, że jest Amerykaninem. Jego kraj był największym światowym mocarstwem, prawie nigdy nie pokonanym. Z dumą myślał o dziadku, który przeszedł z MacArthurem szlak od Guadalcanal po Okinawę, gromiąc żółtków raz za razem, i o jego bracie, kanonierze na U.S.S Missouri, który stał się świadkiem kapitulacji Japonii. Tylko na wspomnienie o stryju boleśnie się wzdrygał. Brat ojca zginął w Wietnamie, a ojciec tylko cudem stamtąd wrócił. Młody prawnik nie chciał pamiętać o tej wojnie. Rozmyślając o wspaniałości i potędze ojczyzny opuścił wiecznie zakorkowany Most Brooklyński i znalazł się na Manhattanie. Miał już blisko do miejsca pracy. Spojrzał jeszcze raz na dwa piękne budynki World Trade Center, dumę Nowego Jorku i całej Ameryki... Nagle ujrzał kłęby dymu wydobywające sie z jednej z wież, a chwilę potem usłyszał potężny huk. "O boże, co się stało? Samolot zderzył sie z wieżą, tragedia!"Nie wierzył w to, co widział ani w to, co sobie uświadomił. Kilka razy szczypnął się w rękę, zamknął i otworzył oczy. To nie był sen, jedna z wież naprawdę stała w płomieniach. " Jak ugasić taki pożar" - zastanawiał się - jak w ogóle mogło do tego dojść?" Przez chwilę stał jak zamurowany. Nie wiedział, czy iść do pracy, czy też nie. Wtem usłyszał drugi potężny huk. Podniósł głowę. Płonęła druga wieża!!! "Jezu Chryste, to chyba nie wypadek" - myślał. Był już pewny, że do biura nie pójdzie. Cały Manhattan pokrył się ludźmi. Od przechod- nia dowiedział się, że zarządzono ewakuację i wszyscy mają kierować się na most. "To chyba atak terrorystyczny" - rzucił mu tamten na odchodnym. "Atak? Ale kto miałby nas atakować? Za co z taką furią, z taką złością? Komu zrobilismy krzywdę?" - próbował pojąć kierujac się drugi raz tego samego dnia na Most Brooklyński. Płynęły nim już nieprzebrane rzesze ludzi, ewakuacja odbywała się w ślimaczym tempie. Nagle gruchnęła wieść, że na Pentagon również spadł samolot. Ludzie zaczęli grozić pięściami "koreańcom" i "arabusom" "Jak można było dopuścić do czegoś takiego na terytorium najpotężniej- szego państwa świata?"- Zastanawiał się - "To znaczy, że nawet Ameryka nie jest bezpieczna od terroryzmu?" Popatrzył za siebie. Kłęby dymu spowijały cały Manhattan. Zawaliła się jedna z wież. Wraz z nią w jego świadomości zawalił się wizerunek bezpiecznej Ameryki. *** Było późne popołudnie. Jak setki razy wcześniej wyszedł na ulicę przed dom. W oddali w słońcu błyszczała kopuła meczetu. Na ulicach znajdowało się niewiele ludzi, choć temperatura była już do wytrzymania. Nieopodal na placu, na specjalnym słupie wisiała odcięta dłoń - tak Talibowie karali złodziei. Chłopiec pomyślał o ludziach w czarnych turbanach rządzących jego krajem. "Obiecują zwycięstwo Allacha i odbudowanie kalifatu od Hiszpanii po Filipiny" Nie wiedział,że zanim pojawili się Talibowie, inaczej pojmowano tu wiarę w Allacha. Nie mógł tego pamię- tać, gdyż był za młody. Gorąco wierzył, że tak się kiedyś stanie. Sądził, że skoro jego bóg jest wielki, a jego współbracia są wojowni- kami owego boga, to zwycięstwo musi do nich należeć. Wtem z drugiego końca ulicy nadjechał samochód z czterema młodymi meżczyznami, radośnie coś wykrzykującymi. Zrozumiał niewiele, jedynie kilka słów o "ciosie w niewiernych". Ulice momentalnie zaczęły się zaludniać. Szybko dowiedział się, co się stało. "Gniew boży spadł na Amerykę, dwa jej wielkie miasta zostały zaatakowane!" - myślał rozentuzjazmowany. Przyłączył się do wrzeszcących tłumów, które wznosi- ły okrzyki na czesć Allacha, proroka i Osamy bin Ladena i przeciw Bushowi, Ameryce i Izraelowi. Wrócił do domu późno w nocy Zrozumiał, że teraz trzeba iść za ciosem i podjąć walkę z niewiernymi. "Po naszym uderzeniu na pewno wzrosną szeregi bojowników. Zabiliśmy tak wielu bezbożnych, spowodowaliśmy olbrzymi strach i chaos. Bóg jest wielki!" Donald 4.02.2002 P.S. Tekst ten z wielu przyczyn, zarówno ode mnie niezależnych jak i zależnych, ukazuje się dopiero teraz :))