Poniższe treści SĄ prawdą o moim życiu, a opinie w nich zawarte SĄ zgodne z moimi.
Jeżeli ktoś ma jakieś uwagi, to niech je prześle na KOM.TARKIN@WP.PL.
Życzę miłej lektury.
Zastrzegam sobie prawa autorskie do tego tekstu.
No to zaczynamy
Moje życie zaczęło się 4 lutego 1986 roku, zaraz po moich narodzinach przeniesiono
mnie do inkubatora, tam właśnie w wyniku nadmiaru tlenu moje lewe oko uległo poważnemu
uszkodzeniu. Lekarze to zauważyli, jak również fakt choroby mojego drugiego oka na jaskrę.
Przygotowano mnie do natychmiastowej operacji, która miała uratować moje oczy.
I uratowali... tylko moje prawe oko. Lewe nie nadawało się do leczenia. Potem były moje
chrzciny, na których otrzymałem imiona Paweł Mateusz. Potem nic się nie działo, aż do 89,
kiedy to przenieśliśmy się z Tatar na Kalinowszczyznę. Tutejsza młodzierz uznała mnie za
obiekt kpin i docinków tzn, zwyzywali mnie od ślepoków, pojebanych skurwysynów, downów,
kołków itd. itp. Dorośli lepsi nie byli. W wyniku pewnej awantury napisano o nas w gazecie,
sąsiadka z parteru powiedziała o nas:
"Oni są bierni jak takie śmietniki, po co ich wychowywać?"
(ten cytat jest z pamięci)
Gdy to przeczytałem, to miałem ochotę wsadzić jej w tą ochydną mordę granat bez zawleczki i
powiedzieć jej, że sama wygląda jak śmietnik. Ale Bóg mnie wyręczył. Otóż jej córka
zachorowała na białaczkę i po chemioterapi powypadały jej włosy. Jakiś inny chłopak, który
mnie wyzywał, strzelił sobie w oko z pistoletu na kapiszony i oczywiście je sobie uszkodził.
Gdzieś tak od 1990 roku zacząłem chodzić do kretowiska, czyli do szkoły dla kretów. 2 lata
przedszkola, zerówka i szkoła podstawowa. Naszą wychowawczynią była pani Ślepecka, z uczniów
najważniejszy jest Rafał Kluch, to on najmocniej wpłynął na moją psychikę, Był to kawał
łachudry, to jego wszyscy słuchali, był najsilniejszy z nas wszystkich. Od 5 klasy naszą
wychowawczynią została pani Godlewska (nauczyciel-ideał).
W wyniku nierównego traktowania nas przez panią Ślepecką, mojej głupoty i legendarnych
zdolności wciskania kitu stałem się najgorszym uczniem kretowiska. Ale od 5 klasy zacząłem
się zmieniać na lepsze. Wtedy muzyki uczyła nas pani Woźniacka (świrnięta, zakochana w
Chopinie, stara, brzydka kretynka ubierająca się jak nastolatki), a plastyki pani Karaś
(też szurnęta idiotka i jedyna osoba, która dyktowała nam jak mamy malować, to ona tworzyła
wszystkie moje dzieła). Te dwie nauczycielki organizowały wszystkie akademie, zaś ich krzyk
na lekcjach był dla mnie inspirujący. Nie było lekcji muzyki, na której nie było ciszy i
spokoju. Dzięki niechęci do pani Woźniackiej i dzięki kapusiom ustanowiłem rekord szkoły w
ilości obecności u dyrektora i nikt go nie pobił. Raz pani Woźniacka zrobiła apel na sali
gimnastycznej w 2 minuty z powodu klawisza pianina ubrudzonego 1 gramem masła.
O tym, co było dalej napiszę w następnym tomie.