„Klęska urodzaju”



        Brzmi trochę kretyńsko i nielogicznie, ale niestety w naszym ukochanym świecie,
istnieje taki dziwny i straszliwy twór gospodarki rynkowej, a imię jego: „Klęska urodzaju”
Spytasz drogie dziatki, cóż to jest takiego?
Ano w jak najbardziej zagmatwany sposób postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

        Wyobraźmy sobie taką oto sytuację: Organizujemy balangę i jak to w większości bywa
mamy deficyt płci pięknej, znaczy się mówiąc prosto, na jedną babeczkę przypada około
czternastu chłopczyków - do końca nie wiadomo ilu kumpli przyjdzie.
Sytuacja o tyle niewygodna, że jako dobry gospodarz chcemy, aby wszyscy się dobrze bawili i
potrzeby taneczne były zabezpieczone. Do tego niestety potrzebna jest w miarę zbliżona do
siebie liczba osobników różnych płci - znaczy się dwóch .
No więc w dbałości o dobrą zabawę rozpuszczamy „wici” wśród zaprzyjaźnionych babeczek, że
mamy zapotrzebowanie na towarzystwo miłych, sympatycznych, cudownych, itp. itd.
Nasza elokwencja, aparycja, czar osobisty, urok i różne takie inne sprawiają, że dziewczyny
organizują „pospolite ruszenie” na adres podany jako miejsce imprezki.
My, nasza wysokość przygotowaliśmy nasze pokoje, (tak na oko dwadzieścia metrów
kwadratowych) na przyjęcie mniej więcej czternastu par, co by nie było tłoku.
W swojej błogiej nieświadomości pojęcia nie mamy, jaki będzie końcowy stan osobowy naszej
imprezy, bo udana to będzie na pewno.
O ustalonej wcześniej godzinie nasze grono zaczyna się zbierać.
Powoli, aczkolwiek dosyć regularnie „salony” zapełniają się miłym dla ucha gwarem rozmów i
dźwiękami muzyki. Jest fajnie, sprawdzamy wzrokiem, znaczy się „na oko” i dusza nasza się
raduje. Na czternastu chłopczyków mamy trzynaście dziewczynek. Wszyscy się już rozpoznali,
atmosfera miła i sympatyczna, może troszkę ciasno, ale kto by zwracał uwagę na takie
drobnostki.
Mniej więcej po godzinie jest jakby bardziej tłoczno, i kolegów jakby mniej się zrobiło, i
do kibelka trzeba się przeciskać. Szybki rzut oka iiiiiiiiiiiiiiiiiiiii..................
dziewczyn jest więcej. Dzwonek.....otwieram...... następne..... cztery dziewczyny, za parę
minut znowu, i znowu iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii............... ano właśnie. Trzeba odmówić, nie
ma gdzie przyjąć następnych osób, chociaż bardzo by się chciało. To klęska! Klęska urodzaju!
W naszej hipotetycznej sytuacji nic się nie zmarnuje, po prostu wkurzone dziewczyny pójdą do
domu albo na inną imprezę. W sytuacji gospodarczej wygląda to troszkę inaczej i niestety o
wiele gorzej.

        Dysponując magazynami do przechowywania czegokolwiek, jesteśmy w stanie zgromadzić i
przechować określoną ilość towaru. Wliczając w to towar, który zostanie sprzedany lub
zagospodarowany w inny sposób mamy możliwość stworzenia rezerwy zabezpieczającej stan towaru
na przyszłość. Jeśli nasze przewidywania dotyczące skupu, czy też produkcji będą prawidłowe,
mamy zabezpieczoną płynność towarową i dysponujemy jeszcze nieznaczną rezerwą magazynową.
Tragedia zaczyna się wtedy, gdy nasze przewidywania co do ilości towaru nie spełnią się.
Zakładaliśmy, że naszego produktu będzie na przykład 10 jednostek, możliwości mamy na
przetworzenie i zmagazynowanie 30 jednostek a wiemy, że jest do zagospodarowania 80
jednostek.
Następuje wtedy sytuacja, gdzie mamy coś, czego nie jesteśmy w stanie sprzedać – bo rynek
jest nasycony. Nie mamy go gdzie przechować – bo magazyny są pełne i nie ma możliwości tego
czegoś w jakikolwiek sposób przerobić. Oczywiście w pierwszym okresie naszego dylematu
obniżamy cenę i udaje nam się sporą część produkcji sprzedać.
Niestety dalej mamy olbrzymią nadwyżkę i dalsze zbijanie ceny jest niemożliwe, bo spowoduje
zachwianie rynku, a w dalszej konsekwencji obniżenie ceny na przyszłość, a co za tym idzie
produkcja może przestać się opłacać.
Mamy więc bardzo dużo czegoś, co teoretycznie powinno nam przynieść bardzo dużo zysku, ale
nie mamy co z tym zrobić.------------ I co mamy robić?
Możemy jak Janosikowe, po prostu rozdać biednym i potrzebującym.
Niestety rynek ma swoje prawa i jeśli ponosimy koszty produkcji, przerobu i magazynowania
jakiegoś produktu, to nie możemy go tak sobie rozdawać, bo do interesu dołożymy zamiast na
nim zarobić.
Poza tym do naszych drzwi zapuka fiskus z wyciągniętą ręką i upomni się o swoje - podatek.
Rozdawanie również pociąga za sobą koszty, które w takim przypadku ktoś musi pokryć.
Jeśli ilość towaru, którego mamy w nadmiarze to parę ton, czy kilkadziesiąt sztuk, to nie ma
problemu. Tak małą ilość można zawsze gdzieś „upchać”.
Problem zaczyna się wtedy, gdy towar liczymy w tysiącach sztuk albo ton.
Rozdanie - pomijając sprawy podatkowe - albo zniszczenie takiej ilości czegoś tam po prostu
stworzy olbrzymie koszty, które pogłębią jeszcze stratę.

        Dla odrobiny optymizmu „drogie dziatki” nadmienić trzeba, że taka sytuacja nie powstaje z
dnia na dzień. W rzeczywistym świecie odpowiednio wcześniej są oznaki, które pozwalają
przewidzieć taką sytuację. Pozwalają odpowiednio wcześniej podjąć kroki, które nie
dopuszczą do zapchania magazynów albo w znaczny sposób zapchanie to ograniczą.
Ale do tego potrzebny jest „gospodarz”, który o tym myśli i dba o swoje „podwórko”
        To byłoby na tyle moich przemyśleń na ten temat, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie jest to
takie proste jak by się wydawało i na pewno, nie jest to humorystyczne.
To jest Klęska........... Klęska urodzaju.



Pozdrawiam ARGUS