Na początku dodam, że ten text był moim wypracowaniem z polskiego... Dostałam za nie (to wypracowanie) 4, a czy słusznie - oceńcie sami.
Jako postać do udowodnienia słynnej tezy "Jeśli się do czegoś naprawdę dąży..." wybrałam Kurta Cobaina. Jest to postać historyczna dla wielu fanów muzyki rockowej.
Kurt urodził się 20 lutego 1967 w biednej rodzinie. Jego ojciec zostawił ich, gdy Cobain miał 8 lat. Dzieciństwo więc nie było najlepszym okresem życia.
Jako nastolatek popadł w nałogi: zaczął palić papierosy i brać narkotyki. Mając 20 lat założył ze szkolnym kolegą kapelę, grającą nowy styl muzyczny, nazwany grunge. Grupie nadano nazwę Nirvana. Sukces odnieśli w 1991 roku, kiedy to zespół nagrał kawałek "Smells Like Teen Spirit". W roku także urodziła mu się córka - Frances. Frances była córką Kurta i wokalistki grupy rockowej Hole oraz także aktorki - Courtney Love. Nirvana odosiła coraz to większe pasma sukcesów - ich płyty sprzedawały się w milionowych nakładach.
Kurt stał się idolem dla wielu ludzi, choć sława nie była tym, o co mu tak naprawdę chodziło. Gdy 5 kwietnia 1994 roku muzyk przystawił sobie pistolet do głowy i strzelił, dla milionów ludzi skończyło się coś najważniejszego w ich życiu. Odszedł człowiek - legenda.
Myślę, że Cobain dokonał tego, o czym marzy wielu ludzi - potrafił wybić się na szczyt. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych; udowodnił, że jeśli się naprawdę czegoś pragnie, można to osiągnąć. I choć już nie żyje, wielu ludzi ma go nadal w sercu.
I na koniec - list pożegnalny Kurta:
******************************************************************************
"DO BODY"
Mówię do was językiem doświadczonego prostaka, który zdecydowanie wolałby być zniewieściałym, infantylnym wiecznie niezadowolonym typem. Dlatego też nie powinniście mieć problemów ze zrozumieniem tego listu. Wszystkie ostrzeżenia ze strony punk rocka w ciągu tych lat, od czasu gdy po raz pierwszy zaznajomiłem się z tą, tak zwaną, etyką, związaną z niezależnością i z przyłączeniem się do społeczności, okazały się jak najbardziej prawdziwe. Już od zbyt dawna obce jest mi podniecenie płynące ze słuchania i tworzenia muzyki. Od wielu lat towarzyszy mi poczucie winy, które trudno wyrazić słowami. Kiedy stoimy za sceną, gasną światła i w ciemności rozlega się maniakalny wrzask tłumu, nie robi to na mnie takiego wrażenia jak, na przykład, na Freddiem Mercurym, który kochał uwielbienie mas i rozkoszował się nim. To coś, co bezgranicznie podziwiam i czego zazdroszczę innym. Chodzi mi tu o to, że nie potrafię was oszukiwać. Nikogo z was. Nie byłoby to w porządku, ani w stosunku do was, ani wobec mnie samego. Najgorszą dla mnie zbrodnią byłoby oszukiwanie ludzi i udawanie, że doskonale się bawię i że sprawia mi to ogromną przyjemność. Czasami czuję, że powinienem przed wyjściem na scenę włączać stoper. Próbowałem, naprawdę bardzo się starałem móc to docenić i naprawdę tak jest, Boże, uwierz mi, że tak naprawdę jest - ale to nie wystarcza. Doceniam fakt, że wywieraliśmy wpływ na mnóstwo osób i pozwalaliśmy się bawić wielu, wielu z nich. Jestem chyba jednak, jednym z tych narcystycznych osobników, którzy potrafią docenić wartość pewnych rzeczy tylko wtedy, gdy ich już nie ma. Jestem zbyt wrażliwy. Muszę być lekko odrętwiały, by odzyskać entuzjazm, który odczuwałem jeszcze w dzieciństwie. W czasie naszych ostatnich tras czułem się znacznie lepiej w towarzystwie wszystkich przyjaciół i fanów naszej muzyki, ale wciąż nie potrafię poradzić sobie z frustracją, poczuciem winy i empatią, którą odczuwam w stosunku do innych ludzi. Tak bardzo, że przez to odczuwam jeszcze większy smutek... Jestem takim małym, smutnym, niepotrafiącym niczego docenić, facetem. Jezu, człowieku! Dlaczego nie potrafisz po prostu się z tego cieszyć? Nie wiem! Mam cudowną żonę, pełną ambicji i empatii... i córeczkę, która za bardzo przypomina mnie takiego, jakim kiedyś byłem. Pełna miłości i radości, całuje wszystkich, których poznaje, bo wszyscy są przecież dobrzy i nikt nie zrobi jej krzywdy. A to przeraża mnie tak bardzo, że niemal przestaję w ogóle funkcjonować. Nie mogę znieść myśli, że Frances może stać się kiedyś godnym pożałowania, dążącym do samodeskrucji death rockerem, jakim stałem się ja. Było mi dobrze, bardzo dobrze i jestem za to wdzięczny... Ale już w wieku siedmiu lat zacząłem odczuwać nienawiść w stosunku do ludzi w ogóle... tylko dlatego, że tak łatwo przychodzi im okazywać innym empatię. Empatię! Chyba tylko dlatego, że kocham ludzi za bardzo i za bardzo ich żałuję. Dziękuję wam bardzo z głebi mojego płonącego, skręcającego się z bólu żołądka, za wasze listy i troskę przejawioną w ciągu tych ostatnich lat. Jestem zbyt kapryśny, zwariowany i ulegający nastrojom. Nie mam już w sobie ani krzty pasji, więc pamiętajcie - lepiej jest szybko wypalić się, niż znikać powoli. Pokój, miłość, empatia.
Kurt Cobain
Frances i Courtney, zawsze będę z wami. Courtney, nie poddawaj się. Żyj dalej, dla Frances, dla jej życia, które będzie o wiele szczęśliwsze beze mnie... Kocham was, kocham was!
********************************************************************************
PS. List ściągnęłam z jakiejś internetowej stronki poświęconej Nirvanie i troszkę go poprawiłam... Ale jest mnie więcej zgodny z oryginałem.
PS 2. Maila już raz podawałam... ale nie zaszkodzi podać jeszcze raz ;P