Troszke ostatnio poczytalem na ten temat i pomyslalem, ze podziele się z ludzmi moimi opiniami. Otoz chce tu napisac o tym jak poznalem swoja druga polowke i przez co przeszedlem, żeby z nia być.
Wszystko zaczelo sie w pierwszej klasie liceum. Wiadomo - nowi ludzie, nowe otoczenie. Juz pierwszego dnia zauwazylem w klasie kilka przyjemnych dziewczyn, ale kiedy mój wzrok spoczal na Gosi, to poczulem sie jakos tak dziwnie, inaczej. Przez dosc dlugi czas pozostawalismy tylko na stopie kolezenskiej i prawde mowiac nie dogadywalismy sie zbyt dobrze. Ja sk8, ona sluchala metalu - mysle, ze to przez rozne stereotypy nie moglismy sie jakos zgrac. Pod koniec pierwszej klasy zaczalem patrzec na nia troszke inaczej. Zaczela mi sie bardzo podobac i ciagnelo mnie do niej na kazdym kroku. Ale subkultura nadal byla tym co stalo miedzy nami.
Sytuacja zmienila sie w czasie wakacji. I tutaj maly paradoks. Ja wyjechalem do stanow ona zostala tu, ale dzieki gadu-gadu, zaczelismy rozmawiac ze soba codziennie. Nie mialo znaczenia, ze dzieli nas caly ocean :), po prostu dobrze nam sie rozmawialo. Wtedy to zaczalem poznawac ja od innej strony. Nie bylo juz elementu subkultury, muzyki itp. Bylismy tylko we dwoje i potrafilismy sie przed soba otworzyc. Mysle, ze polaczyla nas wtedy przyjazn. Ona zaufala mi, a ja robilem wszystko ze swojej strony, zeby tego zaufania nie zawiesc.
Nadszedl czas powrotu do naszej wspanialej, kochanej ojczyzny (ble!). Poczulem, ze nasze stosunki (tzn. z Gosia, nie z ojczyzna ;) zaczynaja sie powolutku ocieplac. Czulem, ze zalezy jej na mnie w jakis sposob. Po pewnym czasie odwazylem sie zrobic ten wazny dla mnie krok. Chcialem z nia byc i dalem jej to do zrozumienia, ale niestety ona nie zgodzila sie. Mysle, ze troszke sie bala.
Wtedy postanowilem, ze Gosia pozostanie na zawsze juz tylko (az?) moim przyjacielem, i ze wszelkie romanse (brzydkie slowo ;) musze sobie wyrzucic z glowy. I tak jakos sobie zylem, az do zimowisk w roku 2002 na Slowacji. Pojechalem z jednym kumplem i oczywiscie z Goska. Ale bynajmniej nie myslalem wtedy o niej, bo moim oczom ukazala sie K**** (i nie, to nie jest skrot od pewnego brzydkiego wyrazu). Bardzo mi sie spodobala (z wzajemnoscia zreszta). Po zimowiskach nadal bylismy razem, ale K**** caly czas zachowywala sie jak "zimna suka" (jak to Gosia nieraz mowi ;). Po okolo miesiacu okazalo sie, ze moja luba chodzi ze mna np. na bilard tylko po to, zeby zarwac innego kolesia... To byl juz dla mnie cios ponizej pasa. Rozumiem, ze niektore dziewczyny czasem "kreca na boku", ale zeby robic to na oczach swojego faceta??? Oczywiscie rozstalem sie z K****, za co uslyszalem od niej, ze jestem "pusty jak pudelko zapalek" i "nie doroslem do powaznego zwiazku". Jezeli "powazny zwiazek" polega na bezczelnym przyprawianiu rogow facetom, to chyba rzeczywiscie to takiego nie doroslem... Nic tylko sie powiesic za jaja u sufitu (pozdro Matys ;). To byl jeden z najmniej przyjemnych epizodow w moim zyciu. Tak sie jakos zlozylo, ze mniej wiecej w tym samym czasie Gosia tez "zaliczyla" taka pomylke. Duzo o tym rozmawialismy i wzajemnie sie wspomagalismy. Ale w pewnej rozmowie, zupelnie zartobliwie, wyrwalo mi sie, ze gdyby byla ze mna, to takie rozczarowanie nie mialoby miejsca. I to w pewien sposob zapoczatkowalo reakcje lancuchowa. Tego samego dnia dostalem od niej maila. Pisala w nim, ze zaluje swojej decyzji, ze gdyby mogla decydowac jeszcze raz, to nie popelnila by takiego bledu i zwiazala sie ze mna.
To bylo dla mnie jak grom z jasnego nieba. Naprawde, predzej spodziewalbym sie wybuchu 3 wojny swiatowej niz tego. Ale serduszko nie sluga i okazalo sie, ze to co do niej czulem kiedys, to co skrylem tak gleboko w sobie, teraz eksplodowalo niczym bomba jadrowa. Wczesniej widzialem w niej glownie urode (wychodze na szowiniste, ale tak naprawde wnetrze zawsze bylo dla mnie wazniejsze), a teraz pokochalem w niej wszystko. Doslownie. I az mnie skreca, gdy slysze jak o sobie mowi, ze np. jest za gruba... jest dla mnie najpiekniejsza, nie wazne jak wyglada. (I uprzedzam, ze wcale NIE jest gruba! Wiele modelek by jej pozazdroscilo...).
Juz na drugi dzien bylismy razem. I mysle, ze to byl dla mnie najpiekniejszy moment w zyciu. Nareszcie sie znalezlismy, mimo ze caly czas bylismy blisko siebie. Od tamtego czasu jestesmy ze soba i czuje, ze to jest to, na co czlowiek czeka przez cale zycie... Niektorzy nigdy tego nie znajduja, inni wczesniej lub pozniej. Ja jestem wdzieczny Bogu, za to, ze dal mi to szczescie.
Apel do wszystkich:
"Najtrudniej jest dostrzec to, co ma sie tuz przed oczyma" - Zawsze o tym pamietajcie! Jesli jestescie samotni, to zastanowcie sie, czy moze Ona(On), kogo juz znacie nie jest tym kogo caly czas szukaliscie! Dziewczyna nie musi byl modelka i miec duze piersi, zeby byla wartosciowym czlowiekiem! A facet niekoniecznie musi wygladac jak Banderas (<- tu wstawcie dowolna postac), zeby was kochac.
Jak to powiedziala kiedys moja kolezanka Karolina (thx za wszystko): "Nigdy nie wiadomo kiedy milosc zapuka do twojego serduszka, ale zawsze otworz jej drzwi"
Tym optymistycznym akcentem koncze tego arta.
Nie martwcie sie - "Bedzie dobrze dzieciaku! Do gory glowa!"
Wszystko oczywiscie zespolu Queen (Ave!).