Polowanie na
Pasibrzuchy
czyli jak
to jest, gdy kogoś za bardzo nie lubię :-)
Nawinął mi się raz pod pióro (to taka metafora, jakby ktoś
pytał) osobnik o ksywce Pasibrzuch. Od razu upodobałem sobie tego osobnika. Jako
cel numer jeden :-).
Początkowo nawet nie chciałem gościa specjalnie
atakować. Ot, żyje sobie taki, całkiem nieszkodliwie :-). Całkiem niegłupio
pisze. I w dodatku - rzecz niesamowita - estetycznie. Mam na myśli, że bez
żadnych tam błędów ortograficznych, literówek i innych takich. No i te porządnie
wykonane HTML-e (nawet "pożyczyłem" sobie z nich kolor - mam nadzieję, że
Pasibrzuch nie miał do niego praw autorskich :-)). Wszystko byłoby całkiem w
porządeczku, gdyby nie jeden mały szczególik... Umysł tego człowieka jest niemal
całkowicie zdominowany przez kościół! Czasami nie mogę się oprzeć wrażeniu, że
gdyby papież ogłosił świętą wojnę przeciw innowiercom, taki Pasibrzuch byłby
pierwszym kandydatem na terrorystę-samobójcę.
Ktoś mógłby spytać:
dlaczego się, ty taki a owaki, czepiasz człowieka, skoro on się ciebie nie
czepił? No cóż, tak to już jest, że ktoś musi się czepić pierwszy, a poza tym -
taka już moja złośliwa natura :-). Muszę na kogoś bluzgać, żeby żyć i tylko
wtedy jestem szczęśliwy :-). Poza tym, wcale sie nie obrażę za ewentualny
rewanż. Wręcz przeciwnie - będę wtedy miał pretekst do napisania riposty z
prawdziwego zdarzenia, a wtedy to już będę prawie w siódmym niebie :-).
W tekście tym omówimy sobie małą część twórczości Pasibrzucha
(konkretnie tą bardziej interesującą część) i wydamy stosowny wyrok :-). Czasami
będę się czepiał, ale nie zawsze. Okazuje się, że mimo wszystko nawet taki
Pasibrzuch ma czasami rację :-). Mylić się jest rzeczą ludzką i nikt nie jest
idealny. Nawet jak się chce być bardzo wrednym, to nie zawsze się udaje :-).
Zaczynamy od historii najnowszej - "Tendencyjny test polityczny".
Pytanie 3. - należy rozumieć, że Pasibrzuch jest przeciwko wejściu
Polski do Unii Europejskiej. Zupełnie nie chce mi się pisać osobnego arta na ten
temat, więc rozprawie się z tym tu i teraz. Mówiąc krótko, cała ta Unia nie
pachnie mi najlepiej. Jest w naszych sferach rządzących parę osób, którym na
wejściu do Unii bardzo zależy (jak można się domyślać, bynajmniej nie przez
wzgląd na dobro państwa), a głupi lud wierzy, że jeśli do tego dojdzie, to
będziemy zaraz żyli w kraju miodem i mlekiem płynącym. A przynajmniej, że nie
mamy innego wyjścia. W takie coś mógłbym uwierzyć, gdybym miał kilka lat. Tak
więc, z ciężkim sercem muszę się z Pasibrzuchem zgodzić :-). Ale nic to, co się
odwlecze, to nie uciecze :-).
Pytanie 4. - kwestia kary śmierci. Należy
rozumieć, że Pasibrzuch jest za. I słusznie. Żądnych szerszego komentarza
odsyłam do mojego arta o karze śmierci. Kurde, znowu nie ma się czego czepić
:-).
Pytanie 6. - prawo do obrony koniecznej. Patrz wyżej. Zaraz się
zdenerwuję :-).
Pytanie 7. - nie cierpię ludzi, którzy mają obsesje na
punkcie koloru czerwonego. To przecież bardzo ładny kolor :-). Symbolizuje
miłość, no i w końcu - jest naszą barwą narodową :-). A że niektórym się "źle
kojarzy" - to już ich problem. Wybieram odpowiedź d. No, nareszcie!
Pytania 8-10. - znów Unia Europejska. I znowu muszę się zgodzić... Nie
jest dobrze - miałem bluzgać, a ciągle tylko przytakuję :-).
Pytanie 12.
- prawie nie oglądam telewizji, więc sądzę, że znowu muszę wybrać odpowiedź d -
inne nijak mnie nie dotyczą.
Pytania 14 i 15 - podatki. Mój pogląd jest
prosty. Jest mi właściwie wszystko jedno, ile płacę podatków i jakich, jeśli
tylko moje pieniądze nie idą na wille, drogie samochody, zagraniczne wycieczki i
inne pierdoły. Czyli jeśli nie są rozkradane. Każdy (prawie) podatek jest
sprawiedliwy, jeśli dochód z niego państwo przeznacza na słuszne cele. Czyli na
przykład na walkę z przestępczością.
Pytanie 16. - ani trochę :-). I
znowu wybieram odpowiedź d :-).
A więc ten teścik to była raczej okazja,
żeby pochwalić Pasibrzucha za rozsądek. Wyjątek stanowi jednak pytanie 7. Może
również kilka innych, w mniejszym stopniu. A teraz, dla odmiany, trochę
porzucamy błotkiem, bo już się nie mogę doczekać :-).
"Prawica i
lewica". Pasibrzuch pisze we wstępie tak:
"Chciałbym abyście na
kilka chwil zapomnieli o wszystkich partiach politycznych jakie znacie.
Chciałbym abyście wyrzucili na moment z myśli twarze polityków, ich słowa, ich
nazwiska. Chciałbym wam powiedzieć, co to znaczy prawdziwa prawica i lewica"
Po takiej przedmowie należałoby się spodziewać jako takiego
obiektywizmu, ale gdzie tam. Pasibrzuch delikatnie opowiada się za jedną ze
stron. Ale mniejsza z tym. Chodzi o to, że wyżej wspomniany rysuje nam przed
oczami bardzo piękne obrazki:
"Lewicowiec patrzy w przyszłość, wierzy
w nowe sposoby budowania świata"
"Prawicowiec patrzy w przeszłość wiedząc, że
historia jest najlepszą nauczycielką życia. Tam szuka rozwiązań i dróg, którymi
będzie kroczył w przyszłość"
"Prawicowiec rozumie to pozostawiając decyzję i
pieniądze rodzinie"
"Prawicowiec patrzy na sprawę inaczej. Bardzo nie podoba
mu się gigantyczny aparat urzędników, rozbudowana biurokracja i tysiące
formularzy, które koordynują pomoc państwa i pożerają ogromną większość
gigatnycznych podatków"
"Najchętniej wprowadziłby wolny rynek, zminimalizował
podatki i oddał ludziom inicjatywę"
Właściwie to mógłbym zacytować
tylko to ostatnie zdanie. Piękne, nieprawdaż? Utopia, wypisz, wymaluj. Żyć nie
umierać. Można by sobie pomyśleć po lekturze takiego tekstu: "Jacy ci politycy
dobrzy!". Tymczasem fakty są faktami. Politycy nie robią NIC dla obywateli
swojego państwa. Jedno, co ich wszystkich obchodzi, to władza i pieniądze. Tak
było od zarania dziejów. Dlatego też ani myślę interesować się polityką. Niech
się tam na górze żrą, przepychają, walczą o koryto. Mnie jest wszystko jedno,
kto ze mnie zdziera. Kończę temat złotą myślą: polityka to gówno. Trzymajcie się
od niej z daleka. Gówno śmierdzi zawsze tak samo, zarówno z prawej strony, jak i
z lewej :-).
Następne dzieło Pasibrzucha nosi tytuł "Będzie rozkwit
Kościoła". Jest to odpowiedź na wypociny niejakiego Specta, który choć ma
rację, mówiąc o upadku Kościoła, to jednak nie za bardzo umie tę rację
przedstawić. Ja zrobię to lepiej. Skromny jestem, nie ma co. W końcu, trzeba
trochę wierzyć we własne siły, nie?
To, że Kościół przeżywa obecnie swój
kryzys, nie ulega wątpliwości. Z jednej strony - coraz mniej wiernych. Fakt, że
obecnie 90% Polaków deklaruje swoją przynależność do grona katolików, gówno
znaczy, tak naprawdę. Mówią tak, a nie inaczej, ponieważ większość z nich po
prostu boi się stanąć po stronie mniejszości. Jacy tam z nich wierni? Nawet
jeśli chodzą do kościoła co tydzień, robią to bardziej z przyzwyczajenia albo
pod różnego rodzaju presją otoczenia. Większość z nich, zapytana o powód,
odpowie "Bo tak trzeba" albo "Jak to po co?" albo coś równie idiotycznego. Złażą
się tacy, wyklepią parę formułek modlitw, powtórzą te same rytuały, co zawsze,
wysłuchają kazania, które zresztą też nie zawsze jest oryginalne. To ma być
wiara? Ja mam o tych sprawach zupełnie inne wyobrażenie.
Tym samym
liczba ateistów wzrasta. Wkrótce - może za 50 lat, może troszkę później, będzie
ich już tylu, że ludzie nie będą się bali do tego przyznać. I wtedy zobaczymy,
jak to jest z tym katolicyzmem. W dodatku nieustający postęp nauki bynajmniej
nie sprzyja kościołowi, to jasne. I chociaż co nowego naukowcy odkryją, to
kościół zaraz stara się pogodzić ze swoimi teoriami, to jednak nie da się ukryć,
że nauka i religia za bardzo się nie lubią i prędzej czy później jedno zje
drugie na podwieczorek. Podpowiadam, że tym nieszczęsnym drugim będzie właśnie
religia.
A z drugiej strony - czym właściwie jest obecnie kościół, w
erze kapitalizmu? Już wiele się o tym mówiło na łamach AM, a nawet gdyby nie, to
ogólnie w mediach. Kościół rozpada się, ponieważ ci, którzy nim rządzą nie za
bardzo interesują się już swoją "owczarnią", a bardziej pieniędzmi. I niech nikt
nie mówi, że tak nie jest. Każdy widzi. Fakt, że może nie wszyscy "czarni" są
tacy źli. Ale już kilku wystarczy. Z biegiem czasu ludzie przejrzą na oczy i
wtedy nic nie pomoże kościołowi. Tłumaczenia w stylu "Ludzie nie są doskonali"
niewiele tu zmieniają. Żeby bowiem tacy księża byli chociaż trochę bliscy
doskonałości... A chyba powinni, zważywszy na ich funkcję. W końcu to oni mają
wytyczać swoim wiernym drogę. Świecić przykładem. Mogę zrozumieć jakieś drobne
wpadki, ale to, co obecnie ma miejsce w kościele, wpadkami nazwać nie sposób. To
jest po prostu totalny rozkład.
"Stwierdzam niniejszym, że za 50 lat
świat umazany w postępowym łajnie i moralnej zgniliźnie opamięta się i nastąpi
renesans religii jako takiej, epoka rozkwitu chrześcijaństwa. Dzięki niemu nasza
cywilizacja znów stanie się, jak dawniej, cywilizacją ludzi silnych, prawych,
szlachetnych i znających sens i cel swego życia"
Nie sądzę by
renesans religii nastąpił kiedykolwiek. Postęp jest czymś sprzecznym z religią.
Ludzie wymyślili religię jeszcze wtedy, gdy nie potrafili sobie wytłumaczyć
pewnych zjawisk, na przykład burzy z piorunami. Teraz są już nieco mądrzejsi, to
znaczy niektórzy :-). I nie potrzebują religii, przynajmniej nie takiej, jak
kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Nie mówię jednak, że nie potrzebują żadnych
wartości. Rację ma Pasibrzuch, mówiąc, że po czasach "moralnej zgnilizny" musi
nadejść jakieś opamiętanie i powrót do tych wartości. Może nawet będą to
wartości chrześcijańskie, które nawiasem mówiąc są po prostu najbliższe
współczesnemu człowiekowi i najlepsze dla niego. Powiem więcej: chciałbym tego.
Jednak, nawet jeśli tak się stanie, to nie odbędzie się to w taki sposób, jak
chciałby Pasibrzuch. Ludzie kiedyś w końcu połapią się, że chodzenie do kościoła
i klepanie modlitw nie ma nic wspólnego z chrześcijańskimi wartościami.
"Europa zaś, odnowiona w duchu ewangelii, znów stanie się ostoją
kultury i mądrości, rozsądku i siły w świecie. Amen"
Co za patos...
Padnijmy na kolana przed naszym prorokiem.
Podsumowując, chrześcijaństwo
- owszem, ale bez kościołów postawionych za fortunę, księży jeżdżących
mercedesami, bezsensownych formułek modlitewnych itp. A Pasibrzuch znowu okazał
się fanatykiem religijnym. Dlaczego? Bo uległ pierwszej lepszej prowokacji! Czy
normalny wierzący wdawałby się w jakieśtam niemądre dyskusje na temat: czy jego
religia przetrwa następne stulecie czy nie? Jeśli wierzy w nieśmiertelnego Boga,
to chyba wierzy też i w nieśmiertelność swojej religii. A ten, który za wszelką
cenę podejmuje rozpaczliwe próby udowodnienia tego innym (przy użyciu wyjątkowo
kiepskich argumentów, zresztą), jest właśnie fanatykiem. Ot co.
Teraz
deserek. Tekst, który stanowi coś w rodzaju manifestu prawdziwego fanatyka.
Przynajmniej w założeniach. I który potraktuję sobie dosyć bezlitośnie. Tytuł -
"Ja, katolik".
"Bóg według mnie jest. Istnieją rzeczy zwykłe,
wszystkim znane, jak również rzeczy nadprzyrodzone, doskonałe, niewyjaśnialne
przy żadnym stopniu rozwoju nauki"
Mam nadzieję, że nie chodzi ci o
takie nadprzyrodzone rzeczy, jak wizerunek Matki Boskiej, którego dopatrzyła się
jakaś stara babcia w brudzie na szybie w swej chałupie. Bo jakoś łatwo to
wytłumaczyć nawet przy dowolnie niskim stopniu rozwoju nauki...
"Oświecenie i inteligencja nie są zresztą wartością samą w sobie.
Można być szczęśliwym człowiekiem żyjąc sobie bez filozoficznych rozważań,
patrząc na rozgwieżdżone niebo, zachwycając się pięknem przyrody i nie czytając
nic prócz Biblii"
Oczywiście, masz rację. Człowiek głupi zawsze jest
szczęśliwy. Choćby dlatego, że wówczas nie dostrzega, jaki świat jest podły i
beznadziejny. Ale jak by ten świat wyglądał, gdyby zamieszkiwali go sami tacy
ludzie? Poza tym popełniłeś drobną nieścisłość. Jeśli ktoś nie czytałby w ogóle
żadnych książek, to jak niby miałby zrozumieć sens swojej Biblii? Bo ktoś, kto
nic nie czyta, jest po prostu ciemny. Bądź co bądź, nad sensem tym łamią sobie
głowę od dawna najlepsi filozofowie, a i tak nadal pozostają rozmaite białe
plamy, dwuznaczności... No a po co komu czytać coś, czego nie rozumie?
"Wiara nie oznacza wyrzeczeń"
Jak to nie? Po co są wobec
tego rozmaite przykazania? A po co jest post? I wiele innych rzeczy? Wiara to
jedno wielkie wyrzeczenie. Być może bycie katolikiem to znacznie mniejsze
wyrzeczenie, niż w przypadku większości innych religii, ale zawsze jednak
wyrzeczenie.
"Katolicy skrupulatnie dobierają sobie partnera na całe
życie, podarowują mu niekończącą się nigdy miłość, poprzysięgają sobie wierność,
wychowują dzieci, żyją w rodzinie, wspierają się nawzajem, będą przy sobie
zawsze, nigdy się nie opuszczą. Czy postawa zaliczania hurtem panienek jest
lepsza? Czy lepsze są przypadkowe ciąże, owoc igraszek w krzakach?"
Przeczytawszy ten "argument" omal nie zaliczyłem podłogi. Jeszcze
dzisiaj trudno mi się zebrać w sobie, żeby traktować takie "niepodważalne
prawdy" poważnie. (nowa salwa śmiechu) Dobra, ulżyło mi trochę. A więc sądzisz,
Pasibrzuchu, że WSZYSCY katolicy są lojalni wobec jednego partnera do grobowej
deski, a inni - nic, tylko się puszczają z kim popadnie. He, he, he. Dobre...
Chyba chodziło ci o to, że tak POWINNO BYĆ. Ale cóż, kiedy teoria jest baaardzo
odległa od praktyki... Jak wiadomo (sam o tym już wspomniałem, a i Pasibrzuch
też pewnie nie raz), 90% Polaków deklaruje wierność katolicyzmowi. A teraz
poszukaj sobie, nieszczęsny, naiwny Pasibrzuchu, jak to jest procentowo z
wiernością współmałżonkowi. I co? Cosik się procenty nie zgadzają, nie?
"Proszę bardzo, zwijcie mnie jak chcecie. Jestem ciemnogrodzianinem i
jestem z tego dumny!"
Muszę ci to niestety przyznać. Masz również
wspaniały powód do dumy...
"Człowiek, dla którego ilość kresek nad
łóżkiem jest sensem życia, nigdy tego nie zrozumie, ale można kochać jedną
kobietę. Można być przy niej zawsze, zawsze stanowić dla niej oparcie, przejść z
nią przez całe życie w niezachwianej pewności, że żadne z nas nigdy drugiego nie
opuści"
No dobrze, ale pytam: jaki (do ciężkiej cholery) ma to
związek z tym, czy ktoś jest katolikiem, czy też nie? Może mnie oświecisz?
"Nie wierzcie tym, którzy obiecują wam pokazać świetlistą drogę
oświecenia, triumf umysłu, inteligencji oraz świadomości nad konformizmem i
ciemnotą"
...bądźcie głupi, krótko mówiąc! Po co komu umysł? Jak
wiadomo, człowiek otrzymał dar myślenia przez kompletną pomyłkę. Na szczęście
nie musimy z tego daru korzystać. Bo i po co, skoro możemy być głupi i
szczęśliwi?
"Możesz w niedzielę iść do supermarketu albo siedzieć
przed telewizorem - to takie modne i takie proste. Ale możesz też pobawić się z
synkiem (...). Możecie iść razem do Kościoła, by wynieść stamtąd garść wiary,
nadziei i miłości, którymi będziecie się dzielić przez najbliższy tydzień"
No oczywiście. W supermarkecie byłem może z raz w życiu, ale
wolałbym z dwojga złego to, niż kościół. Nie wiem co można stamtąd wynieść,
oprócz niechęci. Standardowy widok w kościele, czyli tłum ludzi klepiący
zapamiętale jak automaty modlitwę przyprawia mnie bardziej o wymioty niż
nadzieję i miłość. O wierze nie mówiąc.
"Możesz czytać o rdzeniu
kręgowym, hormonach, mózgu i zaprzeczać Bogu"
O ile się orientuję,
kościół nie neguje istnienia rdzenia kręgowego i hormonów. Czasami natomiast
stara się wmówić swoim wiernym brak mózgu i konieczność słuchania we wszystkich
sprawach kościoła właśnie. Ja w istnienie mózgu wierzę (to znaczy u niektórych
:-)). Uważam też, że każdy powinien go czasami używać. Ty natomiast, Pasibrzuchu
(sory, tak mi się napisało, a więc niech już zostanie :-)) [Eddie: A gó... znaczy, figa! Od tego tu jestem, żeby
takie rzeczy poprawiać, więc popsuję Ci radochę i tym samym Twój komentarz w
nawiasie został pozbawiony jakiegokolwiek sensu.], chciałbyś
najwidoczniej, aby ludzie zaprzestali własnego rozumowania i kierowali się tylko
i wyłącznie tym, co ksiądz gada z ambony. Żeby byli w kościół zapatrzeni równie
ślepo i bezkrytycznie, co ty.
"Dzisiejsze elity pokazują Ci swoją
drogę. Ja pokazałem Ci inną. Wybór należy do Ciebie"
Do mnie?
Naprawdę? Strasznie się cieszę :-). Ale chyba jednak podziękuję za tą wspaniałą
propozycję. Znam tą twoją drogę aż za dobrze. I wolę własną.
Podsumowując cały art Pasibrzucha, chce on nam przekazać zupełnie nową
wiedzę o świecie. Z jednej strony przekonuje, żeby żyć w zgodzie z odwiecznymi
wartościami i nie dać się oszukać przez kreowany obecnie styl życia (i tu ma
akurat rację), z drugiej twierdzi, że nie ma innego sposobu, żeby tak żyć, jak
tylko zostać katolikiem. Chciałbym więc, żeby mi wytłumaczono, jak to jest.
Pasibrzuch często i gęsto mówi też o wolności, a ja nijak nie mogę zrozumieć,
jak ma się wolność do zdawania się we wszystkim na pseudonauki, głoszone przez
kościół. Wniosek: albo jestem za głupi, żeby to wszystko pojąć, albo kościół to
przeżytek, więc żadne argumenty go nie obronią. Tymczasowo przyjmuję tę drugą
hipotezę :-). Jeśli ktoś zechce mi udowodnić, że jest inaczej, to proszę bardzo.
Ostrzegam, że na byle co to mnie się nie da wziąć...
Przebrzydły Pożeracz
Pasibrzuchów
pewien.gosc@wp.pl
PS. Wiecie, czego słuchałem
przy pisaniu? Szumu wentylatora :-).
PS2. Ale taki szum, choć
niewątpliwie piękny, w końcu też się może znudzić, więc puściłem sobie
Metallikę, Dire Straits, Myslovitz, no i oczywiście Queen.
PS3. Ciekawe
czego słucha Pasibrzuch (oprócz kazań)?
PS4. Były już próby napisania
najkrótszego arta, dlaczego nikt nie próbuje napisać najdłuższego? No to ja
wyzywam wszystkich! Tylko niech ktoś zainteresowany mi powie, jaki jest aktualny
rekord, bo ja już mam dość instalowania wszystkich AM-ów po kolei (co właśnie
niedawno czyniłem).
[Eddie: Nie chciałbym się
nadmiernie chwalić, ale ponad rok temu w AM ukazał się mój tekst o poezji
("Proza życia a poetycki zez" - czy jakoś tak), który w Wordzie zajmował jakieś
8 stron (czcionka dwunastka), jeśli nie więcej. Podejrzewam, że po wpisaniu
przez Qnia komentarzy jego rozmiar powiększył się o jakieś 30%. :)]