JUNAJTED STEJTS PO DZISIEJSZEJ IMPREZIE



I niech mi tylko Qn'ik spróbuje tytuł arta zmienić! To wtedy ho-ho, albo jeszcze gorzej!

(Eddie: Qn'ik tytułu nie zmienił, ja to zrobiłem. :P )

        Tak jak napisał kiedyś w swym arcie Pasibrzuch: wielu Amerykę kocha, wielu jej nienawidzi.
Ja, dzięki Bogu, nie zaliczam się do żadnej z tych dwóch grup. Nie podoba mi się jej kultura
(a właściwie jej brak), nie lubię ich jedzenia (jeśli tę kombinację gumy arabskiej, kwasu
mrówkowego i zmielonych szczątków organicznych można nazwać jedzeniem), denerwuje mnie też
jej hegemoniczna pozycja (ale to mondrze powiedziałem). Ale aby wydać o niej sąd trzeba
trochę poznać jej historię. Historię, która wcale nie była tak świetlana, jak przysłowiowe
światełko w tunelu. Jak na fladze USA: jasne punkty, ciemne tło.

        Ale zacznijmy chronoligicznie, czyli - że tak poetycznie powiem - od łba, a nie od chwostu.
A początku trzeba szukać na Wyspach Brytyjskich, rządzonych w owym czasie twardą ręką przez
kolejnych następców Henryka VI, władcę słynnego z tego, że chcąc się po raz wtóry ożenić
przypadkiem założył własną religię. Władcy tego pięknego kraju nie mają łatwego życia - nie
dość, że mają najgorszy z możliwych klimat, to do tego muszą sobie radzić z ciągłymi buntami
Irlandczyków, którzy już w ogóle nie wiadomo czego chcą. Jakby mało tego, za przeproszeniem
burdelu było, w kraju z coraz większym poparciem spotykają się idee
kalwinistów-protestantów, popularnie zwanych purytanami. Purytanie uważają, że człek
stworzonym jest do tego by się umartwiać, więc całe życie się umartwiają. To samo w sobie
nie jest jeszcze złe, tyle że purytanie dość nachalnie starają się przekonać innych do swych
racji. Prezentują dość ciekawe poglądy na normy obyczajowe: grzechem jest, między innymi,
grać w szachy, wypić zdrowie synka, przyozdabiac dom girlandami, czy też polować na niektóre
zwierzęta. Teatry to według purytan obraza wszelkiego możliwego dobra, bałwochwalstwo i
obrzydliwa nieprzyzwoitość. Toteż, zaledwie w przeciągu wieku po Shakespear'ze zamyka się
je, by nie siały zgorszenia. Podobnie restrykcyjnie traktuje się obrazy i muzykę (a co gdyby
purytanie usłyszeli Iron Maidem lub Bad Religion ?!). Nic więc dziwnego, że Anglicy wkrótce
dostają ciężkiej cholery. Role się odwracają. Przez lata purytanie zabraniali wszystkim
wszystkiego, teraz wszyscy zabraniają jednego: purytan. Toteż "biedni i pokrzywdzeni"
purytanie uciekają do Holandii. Ciężkie warunki życia dają się im we znaki. A że dogadują
się w końcu z rządem brytyjskim zostają skierowani (tym razem w służbie królestwu) na
zachodnie wybrzeża Ameryki. Tworzą kolonie, te same, które po uzyskaniu niepodległości
utworzyły państewko zwane Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Możliwe, że o nim
słyszeliście...
        Jednak Purytanie nie byli jedynymi, którzy do Ameryki ciągnęli. Kto żyw i komu źle się
działo zmierzał ku Ameryce: natchnieni filozofowie, niezrozumieni twórcy, płatni mordercy,
drobni handlaże, bezrobotni, mało zarabiający, zarabiający ciągle nie dość dużo. A za nimi
ciągnęli poborcy, by cały ten, powiedziałbyś, owczy pęd opodatkować. Za poborcami ciągnęli
też wynalazcy z nowymi ideami, plagiatorzy z kopiami pomysłów innych plagiatorów, odkrywcy z
niezaspokojonymi ambicjami oraz ich matki, żony i kochanki. Ciągnęła też cała masa oszustów,
morderców i zwykłych s*****synów, o których tu pisać nie będę, bo rzadko sie zdarza, by
zwykły s*****syn czegoś niezwykłego dokonał. Dla ich wszystkich kolonie były snem o nowej
szansie na lepsze życie.
I trzeba przyznać, że początkowo sen stawał się jawą. W koloniach żyło się ciężko, ale
pracując uczciwie można było się nieźle dorobić. Pracując nieuczciwie można było co prawda
dorobić się jeszcze lepiej (couse the truth about the world is the crime just pays), ale za
to prawo było surowe, powiedziałbyś niemal islamskie. Nikt nie bawił się w procesy,
domniemanie niewinności, czy obrońców i prokuratorów - przestępcę wieszano na najblliższej
gałęzi. Ciało wkrótce znikało, a sznur czekał już na następne skórki. W koloniach żyło się
gospodarnie - nic się nie mogło zmarnować.
        Ale w nie tak długim czasie skończył się święty spokój - Wielka Brytania przypomniała sobie
o swych dzieciach. I z kochanej mamusi przeistoczyła się w okrutną macochę. Zaczęto ściągać
horrendalne sumy z podatków, ograniczono rozwój manufaktur, nakazywano kupno towarów
przetworzonych, wyważąc jednocześnie w cholerę wszelkie możliwe surowce. Nic więc dziwnego,
że wierni synowie Matki Anglii postanowili się usamodzielnić.
Początkowo drobne popołudniowe zamieszki w stylu bostońskiej herbatki o piątej przerodziły
sie w poważniejsze starcia. Amerykanie utworzyli armię (widać tak źle im nie było, skoro
było ich stać na armię), proklamowali niepodległość i uparli się, że słów na wiatr nie
rzucą. Prędko uchwalili konstytucję (mumer 1 na świecie) i na poważnie zajęli sie
wyżynaniem Angoli. Z początku zresztą role były raczej odwrócone i to Anglicy wyżynali
Amerykanów, ale zwycięstwa armii Washingtona (ludzie! cytując znaną postać z znaNego serialu
ponoć komediowego: APELA MAM DO WAS!: piszcie nazwiska tak jak stoją w metryce: Shakespear
nie Szekspir, Washington, nie Waszyngton. Wyobrażacie sobie Einsteina, jako Ajnsztajna, albo
Frojdów, czy też Składowską-Kiri? Albo Kwaśniewskiego zapisanego tak: "Quasniesky"? Anglicy
Szekspira też sobie nie wyobrażają) pod Trenton, Princetown i wreszcie Saratogą doprowadziły
do uznania niepodległości USA przez Francję i dozbrojenia powstańców.
        Co prawda Amerykańcy dostali pod piąte żebro w bitwie Valley Forge, ale okazało się wkrótce,
że nóż wbity był nie z tej strony, a Washington z kolegami odpłacili się Brytyjczykom pod
Yorktown pięknym za nadobne trafiając pod żebro jak najbardziej odpowiednie. Po rozbiciu
angielskich wojsk podpisano układ pokojowy gwarantujący USA niepodległość na terenach na
wschód od Missisipi. Aha, jeszcze jedno zdanie pojawiające się w każdym podręczniku, ale by
formalnościom stało się zadość: w wojnie uczestniczyli dwaj polscy generałowie Kazimierz
Pułaski (jeden z największych bohaterów narodowych USA) i Tadeusz Kościuszko, który
generałem został po wojnie, a wsławił się tym, że wojnę przeżył, czego nie udało się dokanać
Pułaskiemu. A tak poza tym, to Pułaski dowodził oblężeniem Charleston i szturmem na
Savannah, a Kościuszko dowodził częścią oddziałów pod Saratogą. W sumie też nieźle.
W następnym półwieczu politykę USA dało się określić 4 słowami "Byle k... na zachód!".
I mówiąc szczerze była to najmądrzejsza doktryna w historii USA. Amerykanie dzięki doktrynie
Monroego uzyskali tereny bogate w drewno, żyzną ziemię i na dodatek trzy czwarte tablicy
Mendelejewa, co dało im przyspieszenie porównywalne z ostem pod ośli ogon wsadzonym. Z tym,
że oset ów działał jedynie na północną część ciałka osiołka. Na południu nawet ostem wyżywić
się było ciężko.
        Ale to nie oset i jego wartość energetyczna były przyczyną wojny. W ówczesnym USA 18
północnych stanów zakazywało niewolnicta, 15 południowych zaś handel żywym towarem
popierało. Na lepiej wykszałconej północy (a propos edukacji: nie chcę się chwalić, ale moje
województwo - nomen omen północne - wypadło najgorzej jeśli chodzi o testy kończące
gimnazjum. I nie jest to tylko i wyłącznie moja zasługa :) zaczęto zauważać, że to
niewolnicto, zastępujące industrializację jest jednym z powodów zacofania południa. No i być
może ktoś w końcu zauważył, że traktowanie ludzi niczym bydła jest tak naprawdę cholernie
nie w porządku. Na północy powstała wówczas Partia Republikańska - ta sama, która na
prezydenta USA desygnowała faceta, który wydaje wojnę światowemu terroryzmowi, ale nie umie
dobrze pogryźć precelka. W tym jednak okresie republikanom zdarzało się mówić wcale
inteligentnie - propagowali wolność dla wszystkich obywateli (a także obywatelek). Gdy ich
kandydat - niejaki Abraham Lincoln - wygrał wybory prezydenckie południe prestraszyło się,
iż niewolnictwo zostać może zniesione. 15 południowych stanów ogłosiło secesję rozpoczynając
wojnę zwaną (nie wiadomu czemu) secesyjną.
Obserwując początek wojny nie można było nie odnieść wrażenia, że coś tu jest potężnie
spiep... nie tak. Konfederacja słabsza pod każdym możliwym względem wygrywała na każdym
możliwym froncie. Co więcej - Francja i Wielka Brytania wyraziły gotowość mediacji dając
znak, że są gotowe uznać nowe państwo. Widząc przewagę Konfederacji stany północne (czyli
Unia) ogłosiły tzw. Homestead Act, który miał skłonić osadników do osadzanie się w Hameryce,
a być może nawet do oddawania za nią życia. I o dziwo skłonił.
Przełomowy moment tej wojenki (na której oczywiście bywa różnie ;) to bitwa pod
Gettysburgiem. Zwycięstwo Unii rozpoczęło bowiem serię wygranych bitew, zaś Francja i Wielka
Brytania stwierdziły, że nie, kto jak kto, ale one przenigdy by się ani przez chwilę nie
skłaniały by to nikczemne, niewolnicze państwo uznać za prawomocne. Mimo, że wojska
Konfederacji walczyły dzielnie, to ich całkowita klęska była juz tylko kwestią czasu.
Bezwarunkowa kapitulacja Secesjonistów pozwoliła utrzymać jedność państwa i zakazać
niewolnictwa na całym obszarze USA.

        W 1867 roku USA zdecydowało się na małe zakupy - Rosja odsprzedała im Alaskę, nie wiedząc,
że za jakieś pół wieku Alaska będzie epicentrum szaleństwa znanego dziś pod nazwą "gorączki
złota". Na razie jednak Rosjanie przeliczali "zarobiony" bilon, zaś Amerykańcy wreszcie
pochylili się nad palącym problemem Indian, czego zresztą Indianie nigdy im nie wybaczyli.
Amerykanie bowiem sprawę Indian rozwiązali prosto, bez wybitnego wysiłku intelektualnego.
Wydzielili im skrawki pastwisk, pieszczotliwie zwanych rezerwatami i poszły konie po
betonie, róbta co chceta. Tylka sie nie buntujta, bo pod ścianę trafita z opaską na oczach i
lufą przy skroni.
        Przez następne pół wieku USA hołdowału kilku ideologiom: izolacjonizmu (co nas to k...
obchodzi?!), panamerykanizmu (my Amerykanie kochamy wszystkie narody Ameryki Łacińskiej...
możemy trochę sobie wami porządzić?!) nacjonalizmu (spytaj waść Rydzyka), oraz imperializmu
(hmmm. czy mi się wydaje, czy może coś z tego pozostało?).
        W czasie I Wojny Światowej USA początkowo pozornie zachowało neutralność. Pozornie, gdyż w
rzeczywistości "ręcami i nogami" pomagały Entencie. W 1917 roku przystąpiły do wojny i
wysłały do Francji około 2 milionów swych synów. Udział Amerykanów w wojnie przesądził w
sumie o jej wyniku, toteż nic dziwnego, że prezydent tego liczącego już prawie 85 mln
obywateli państewka był najważniejszą personą przy ustalaniu warunków pokoju. Podczas, gdy
cała Europa tratowana była pochodami wrogich sobie wojsk, USA umacniało swoją pozycję na
świecie. Państwa europejskie stały się dłużnikami USA, dolar został walutą światową, wzrost
gospodarczy USA sięgnął 14 procent, a ludność przekroczyła 120 mln.
I wszystko byłoby cholera zajebiście, gdyby nie pewien czwartek, zwany od tego czasu
czwartkiem czarnym. Wówczas to, jak się zdaje wściekła, wołowina wyraźnie podziałała na
maklerów, którzy dostawszy najwidoczniej ostrego ataku paniki zaczęli na gwałt (i
molestowanie) sprzedawać swe akcje. A w ich ślady poszli inwestorzy na wszystkich bez mała
rynkach świata. Ludzie w ciągu dnia tracili dorobek swego życia, później zapewne pracę i
szacunek i miłość kobiety, a co za tym idzie to, co tygryski lubią najbardziej (a co
tygryski lubią najbardziej, to każdy w odpowiednim będący wieku wiedzieć powinien. :)
Dopiero system prac społecznych pomógł podnieść się nieco leżącej na łopatkach gospodarce USA.
    Ale tym, kto USA naprawde wyprowadził na prostą był pewien pan z wąsikiem, co miał nie równo
pod sufitem. Gdy ten, za wybaczeniem, popapraniec, sadysta, malarzyk chędorzony (choć z
drugiej strony - kto by go tam chciał chędorzyć) obracał Europę w perzynę, Amerykanie stali
się Europejczykom tak potrzebni, jak Anglikowi herbatka o piątej. Najpierw sprzedawali broń
komu popadnie, później udzielali w niej pożyczek, na końcu wymieniali na co tylko się dało.
Aktywnie zaczęły (Stany zjednoczone) w niej brać udział dopiero w '41 roku, po ataku na
Pearl Harbour (na którym to ataku, po ostatnim filmie i kilku ostatnich grach Amerykanie
jeszcze prawdę mówiąc zarobili). I tu trzeba oddać im hołd, gdyż gdyby nie oni i
przeprowadzona z ich inicjatywy operacja Overlord (lądowanie w Normandii) prawdopodnie do
dziś byśmy immer deutsch in Schule sprechen. A tak wir haben keine Deutschland mehr i w
swoim własnym piekiełku się smażymy.
Po wojnie bogate USA zdecydowało się odpuścić swym sojusznikom długi, ba zaczęło nawet
udzielać bezzwrotnych pożyczek (Plan Marszala - aha, tak na marginesie - jeśli pożyczka jest
bezzwrotna, to czy ciągle jest pożyczką?). Z tej pomocy nie skorzystały jedynie największe
światowe mocarstwa jak Polska, ZSRR i Czechosłowacja. Czemu chyba nie muszę pisać.
Po II wojnie doszło do ogólnoświatowego wyścigu dwóch ideologii. W drużynie kapitalizmu pod
egidą USA grały też państwa zachodnioeuropejskie, zaś w drugiej drużynie występował
socjalizm, pod egidą sierpa i młota. Jedyne co z tego mamy, to kilkunastu ludzi na księżycu,
teflon, kilkaset tysięcy bomb atomowych więcej i konflikty w kilkudziesięciu krajach (patrz
Afganistan). Ostatecznie wygrało USA, jako, że konkurenta szlag trafił.
O teraźniejszości pisać nie będę. Jaki koń jest, każdy widzi. Wydając jednak sąd nad tym
kraikiem należy pamiętać jacy ludzie go stworzyli i jaka historia ich kształtowała.



http://65.107.211.206/religion/puritan.html

[Eddie: Niestety, autor tekstu nie podpisał się pod nim, zamiast tego umieścił tylko adres,
którego nie testowałem, więc sami musicie ryzykować.
Tytuł w wersji pierwotnej brzmiał: JUNAJTED STEJTS EF AMERYKA, A KONKRETNIE ICH HISTORIA,
OBIEKTYWNIE DOSYĆ NAPISANA, Z LEKKIM ODCHYŁEM NA LEWO, ALE TO PO DZISIEJSZEJ IMPREZIE.
Jak widać, dość długi, więc pokusa odpowiedniego skrócenia go była wręcz nie do odparcia. :)
Ogólnie muszę przyznać, że tekst jest naprawdę wart przeczytania. Dużo w nim wiadomości a
i napisany jest bardzo ciekawie. Według mnie, brawa dla autora, niech się zgłosi po nagrodę,
którą jest: uśmiech prezesa (odbity w betonie) oraz lampka nocna (nocna, bo nie świeci). ;) ]