"Jaka naprawdę jest Ameryka"
7-MAŁY-7

          Często w telewizji widzimy czyste, zadbane amerykańskie miasta. Życzliwych ludzi, świetne imprezy, ład i porządek, dlatego niezmiernie cieszyłem się z wyjazdu do wujostwa żyjącego właśnie w Stanach Zjednoczonych, a dokładniej w Chicago.
          Oki. Fajnie było, zwłaszcza, że oni stawiali bilety w obie strony, co nie jest tanie (dla nas). Po kilku godzinach wylądowałem (sam leciałem - angielski znam jako tako i jestem już dorosły (czyt. pełnoletni)). I tu zaczęła się moja przygoda.
          Czasami na filmach widzimy, jak na lotniskach stoją np.: szoferzy i inni ludzie trzymający w rękach takie transparenty, czy tabliczki z imionami np.: "Kowalska" i w tym przypadku to się akurat w 100% zgadza. Co prawda ja swojego nazwiska nie ujrzałem, ale po wzięciu bagażu nareszcie wylukałem moich krewnych. Normalnie się powitaliśmy, wymieniliśmy kilka zdań i wyszliśmy z bardzo zadbanego, ale ciasnego lotniska, Weszliśmy do fajowskiego pojazdu (nie wiem do teraz, co to za marka) i ruszyliśmy do chaty. Z początku miasto było jak na filmach. Duże, zadbane, szklane wysokie wieżowce i strasznie duże korki z tymi denerwującymi, chamskimi taksówkami (tam taksówki tylko są żółte). Po drodze wpadliśmy do "snack baru" (popularny bar) i zjedliśmy mały "lunch". Ja już rozwinąłem skrzydła i zacząłem się rozluźniać.
          Zauważyłem, że jedzenie nie jest wcale lepsze od naszego. Tylko szybciej je robią i mają milszą obsługę. No właśnie obsługa. Poza tym, że jest miła i TRZEBA zostawiać napiwki nie jest zachęcająca, jeśli chodzi o jej wygląd. Na filmach są to super laski itp. a tu! Szkoda mówić - i te ubrania. Feee.
          Po małym jedzonku wyjechaliśmy za miasto (bo mieszkaliśmy na tak jakby rancho - super miejsce) przejeżdżaliśmy przez typowe slamsy, w których niejeden raz później przebywałem więc teraz o nich opowiem, bo potem zapomnę. Tutaj to dopiero jest życie. Ich slamsy to jak nasze wille. Co 2-3 dni są jakieś imprezy, na których jest mnóstwo ludzi i świetnych babek (pozdrowienia dla Andrei, Daisy, Idy oraz kochanej Emili), które potrafią się naprawdę świetnie bawić, Niestety tak samo ma się sprawa z narkotykami. Jest ich wszędzie bardzo dużo i zażywają je grupowo nawet na ulicy. Zdziwiło mnie jednak to, że jak odmówisz działki, to nie nalegają dalej do jej wzięcia. Poza tym u nich to minimum amfa, więc... mówiłem: "sorki. I'm not hungry" - bez kitu - tak się mówi. Poza zabawami i imprami w takich miejscach za dnia jest spokojnie i ludzie grają w kosza na specjalnych osiedlach lub zwyczajnie siedzą na gankach. Bardzo ekscytujące było wybranie się sporą grupą do opuszczonych budynków/fabryk na "Supersade street". Do dziś nie wiem, co tam robili, ale samo w sobie było to ekscytujące. Jeżeli chodzi o broń, to jej wcale nie widziałem, no chyba, że policjant ją miał.
          Oki lecimy dalej. Dotarliśmy wreszcie na farmę. Standartowo jeden, dwa wielkie dom, kilka szop i to nie byle, jakich. Wszystko skomputeryzowane i proste w obsłudze. Nauczyłem się jeździć na koniku i często jeździłem z kuzynem do pobliskich gospodarstw np.: na wspólną kolację.
          Ameryka słynie z świetnych samochodów i ulic. Tutaj się nie rozczarowałem. Miałem okazje jeździć w kilku kadilakach i uwaga: infernus. Boże, co to za auto. Bardzo nisko zawieszone z dwoma wydechami. Stunigowany silnik. Obniżone progi. Spojler i antenka podświetlana na zielono. Co prawda nie miał podtlenku azotu, co jest normalne i tanie w USA, ale kopa miało niezłego.
          Podczas całego mojego pobytu najciekawsze było jednak polowanie i spryskiwanie pól. To drugie odbywało się za pomocą samolotu, którym w pewnym momencie na kilka sekund sterowałem (tylko rączkę trzymałem, ale zawsze coś). Co do polowania, to brało się konia i jechało do specjalnego parku. Opłacało się cenę kilkunastu dolarów i wchodziłeś na noc do lasu mając tylko strzelbę. Niestety nic nie ustrzeliliśmy, ale nasz kolega dosłownie wychodząc z lasu zastrzelił dzika. Wzięliśmy go, zapłaciliśmy za niego około 20 dolarów i był nasz., Ważył dokładnie 56kg. Mam nawet z nim zdjęcie, jak celuję do niego (było wiele zabawy przy jego robieniu: oparliśmy go o drzewo i w momencie wystrzału Simon miał zrobić mi zdjęcie. Efekt - kilka dziur więcej w dziku i jedno tylko zdjęcie.)
          Teraz poruszę sprawę ich świętości, czy też religijności. Nie lubią wspominać o WTC, a do kościoła chodzi się tylko w małych wsiach, a w miastach tylko i wyłącznie starsi ludzie. Tam chyba religia zanika, co jest coraz bardziej u nas widoczne.
          To tylko niektóre porównania z mojego prawie miesięcznego pobytu w Ameryce. Dodam tylko, że ten art. wysyłam właśnie z jednego z koledżów, w którym kręcili ostatnio bardzao sławny film (Jeśli do polski dotarł)
          Na dzisiaj to wszystko. Ciekawe, co jest w najnowszym CDACTION (sierpniowy numer) bo do USA nie dochodzi. Poza tym tutejsze gazety komputerowe są do bani. Jak dobrze pójdzie: 60 stron i płyta, z czego połowa to dosłownie reklamy (nawet na CD), a cena ponad 5$.
A teraz coś od mojej koleżanki:
          "Hi. How are you. Im Emilia. Grzegorz is very nice. Thank's for him. I love poland. Bay" Hehe.
          Ona to w 5 sekund napisała. Pozdrowienia dla wszystkich w Polsce.

Ps. A jak szubko u nich net działa! A jaki tani!
W razie czego pisz: 7-MAŁY-7