Joe Satriani - relacja z koncertu
Warszawa była jednym z pierwszych miast, które odwiedził Joe Satriani podczas trasy koncertowej promującej jego najnowszy album. Koncert odbył się w ramach XI Warsaw Summer Jazz Festival 2002 w sali kongresowej. Muszę się przyznać, że wcześniej nie znałem twórczości Satrianiego. Ten koncert był bardzo dobrą okazją by zacząć tą znajomość. Jedyne co o nim wiedziałem to to, że jest łysy ( ;)), nagrał piosenkę A Tribute To Cliff Burton (czy coś takiego) i że jest jednym z najlepszych gitarzystów świata, Przed występem obawiałem się, że będzie to występ typowo jazzowy. Jak się później okazało moje obawy były niesłuszne. Joe Satriani razem ze swym zespołem zagrał utwory ze swoich wszystkich płyt.
Do sali kongresowej przybyłem na chwilę przed 19. Na szczęście Joe wyszedł na scenę około 19:20 tak więc wszyscy spóźniascy chyba
odetchnęli z ulgą. Cała sala była wypełniona. W końcu w pewnym momencie światła zostały wyłączone z prawej strony sceny wyszli gitarzyści (rytmiczny i basowy) oraz perkusista. Wszyscy czekali już tylko na jedną, ale najważniejszą osobę. W końcu po lewej stronie sceny pokazał się Satriani. Ubrany w czarne okulary; czerwoną, obcisłą koszulkę oraz w czerwono-czarne spodnie. I zaczęło się wielkie szaleństwo! Piosenki mijały jedna po drugiej. Każda była jedną wielką solówką. Po drugim utworze Joe przedstawił swój zespół, który także został ciepło przyjęty. Moją uwagę zwróciły szczególnie świetne linie basu. Mimo to na scenie królował jeden pan. Chyba nie musze mówić który???
Od razu było widać, że to co robi daje mu ogromną satysfakcję, jest przyjemnością. Cały czas rytmicznie ruszał głową, cos pokazywał publiczności. Pokazując, że on kocha gitarę! Podczas koncertu chyba 5-krotnie zmieniał "narzędzi pracy". Między innymi grał na wiośle 7-strunowym oraz podwójnym. Gdzieś w środku koncertu. Zespół usiadł na krzesełkach i zaczęło się jamowanie. Na szczęście trwało ono tylko kilka minut, po czym Joe skończył grać "śmieszne utwory" - jak sam je określił. Każda piosenka była ciepło przyjęta przez polską publiczność. Joe pokazał, że naprawdę jest świetnym wioślarzem. Cały czas kombinował, coś zmieniał, bawił się grą. Co bardzo podobało się publiczności. Raz dał się ponieść emocją i zaczął grać klasyczny riff z Smoke On The Water. Po jakimś czasie na scenie pozostał sam gitarysta basowy i
perkusista. Obaj dali popis swoich umiejętności. Bardzo podobał mi się szczególnie występ basisty. Wkrótce na scenę powrócił Satriani i dał
wszystkim niezłego kopa. Po czym wszyscy opuścili scenę. To miał być już koniec, ale po 2 minutach krzyczenia i klaskania znów mogliśmy się cieszyć brzmieniem gitary mistrza. Na koniec Satriani zagrał utwór Friends (jedyny tytuł oprócz Midnight, który zapamiętałem). I to był już prawdziwy koniec.
Koncert w sali kongresowej oczywiście trzeba uznać za udany. Sądze, że nie tylko publiczności się on podobał. Cały zespół był chyba z niego zadowolony. Już na początku widać było, że muzyką podobała się publiczność. Rozmowy między nimi podczas utworów zazwyczaj kńczyły się uśmiechem na twarzy. Joe nie szczędził swoich kostek do gry, które rzucał co parę utworów. Sam bawił się z publicznością. Najpierw grał jakiś prosty riff, a my
musieliśmy go odkrzyczeć. W pewnym momencie się mocno skleił - jak zagrał za ciężki do wykrzyczenia riff, to publiczność odpowiedziała mu brawami. Na koniec podszedł do ludzi stojących pod sceną (zostali wpuszczeni przez ochronę na bisy) i zaczął się z nimi witać. Mam nadzieję, że za rok ten festival "jazzowy" odwiedzi albo on albo inny świetny gitarzysta.