*** Narodziny na czarno... ***
Tak. Pamiętam to bardzo dobrze. Przecież to było całkiem niedawno. A zaczęło się tak...
Cholernie pociągał mnie rock i wszystko, co z nim związane. Zwłaszcza (wtedy) zapanował nade mną grunge i Nirvana. Trudno się dziwić. Buntownicza muzyka pasowała do mojego buntowniczego życia. Ale jednak... Nadal czegoś mi brakowało. I wtedy, z okazji dni festynowych w moim mieście, miały odbyć się jakieś koncerty. Jak ja się ucieszyłem, jak powiedziano, że rockowe! Siedziałem jeszcze w domu, była 20.00 a z kumplami umówiłem się około 21.00. Tak się szczęśliwie składało, że nasza telewizja (miastowa) transmitowała na żywo wydarzenia z festynu. (To duże osiągnięcie, bo przecież mieszkam w zapadniętej dziurze). I na scenie rozłożył się pierwszy zespół. Myślałem, że to będzie jakiś taki luzik, bo przecież było jasno, a duża część ludzi to byli starsi (bowiem w trakcie dnia były różne zabawy dla dzieci i rodziców). Ale nagle... ten zespół mnie przeraził. Pierwsze słowa... Nie, to nie były słowa. To było: ARRRRRRRRRRRGHHHHHHH!!! :) Ten człowiek ( z fryzurą Kurta) śpiewał nie swoim głosem, lecz używając właśnie... ARGH! I trudno było rozróżnić słowa, bo ta nasza telewizja raczej słabej jakości jest. Tak więc postanowiłem olać kumpli i czym prędzej pobiegłem nad Zalew. (tam to się odbywało) Zdążyłem na koniec koncertu. Okazało się, że jak skądś tych ludzi znam... To był zespół z mojego miasta. No proszę! Brzydkie kaczątko! :) Fajnie. Ale potem (zeszli się już ludzie młodsi i... metale. Och jak oni efektownie wyglądali, stojąc tak na uboczu i rozmawiając ze sobą, a napisy Iron Maiden, czy Led Zeppelin, Black Sabbath dodawały im uroku...) Ja na razie sobie stałem z moim ludem z klasy. Aż wreszcie na scenę wszedł taki... jakiś Litwin czy kurcze inny taki, ale był nie z Polski. Facet miał ze sobą gitarę klasyczną. Spodziewałem się naprawdę shitu, aż tu nagle zaczął grać... Nirvanę :) W jednym momencie do barierek przybiegły metale. Pogowańsko na całego. Później grał utwory podobne, ale nie swoje rzecz jasna. Zagrał nawet Ironów. Oj fajowo było. A ja stałem jak wryty i się patrzyłem. Przecież do nich nie należałem. Wprawdzie rocka słuchałem, ale jakoś nie mogłem się zdobyć na to podejście do sceny... I dalej siedziałem. Ściemniło się bardzo. Pojawili się wszyscy kumple i koleżanki. Tak staliśmy, gadaliśmy, śmialiśmy się. Wiadomo. Młodzież, prawda? Aż wreszcie wszedł na scenę ostatni zespół o nazwie: "Life". I jest pełno takich zespołów (nazw) i bardziej kojarzy mi się to z disco polo, ale ich rytmy pokazały czym są ci ludzie. Pierwsze słowa śpiewającego (wokal+gitara, dwie gitary i perkusja) były: "Cze, jesteśmy zespołem o nazwie "Life" i będziemy grać piosenki punk-rockowe, trochę metalu itp. Gramy swoje piosenki." Krótka kwestia, ale jaka ciesząca!! A co, miał omawiać biografię? :) No i się zaczęło od spokojnej piosenki. Jakoś tak z kumplami podeszliśmy bliżej sceny. I nadal patrzyliśmy i nagle... Nogi się uniosły, głowa zaczęła opadać i się unosić. Potem z nogi na nogę i ŁUUP! Już stałem (nieźle poturbowany) przy barierce i rozglądałem się, za potencjalnym niebezpieczeństwem jakim zawsze są metale w tańcu :) Ależ ja głupi byłem. Kumplów nie ma, bo im się udało jakoś uciec przed watahą czarnych ludzi. Ja natomiast byłem przy samej scenie i do cholery! W samym centrum zapieprzania. No cóż. Gdy wejdziesz w stado owiec musisz beczeć jak one :) i zacząłem tańczyć tak jak oni. Gdy padłem, zaraz mnie podnieśli, gdy nie miałem siły, zaraz mnie przepuścili na zewnątrz... No! To są ludzie! Ale ja miałem siłę. Głowa opadało i wznosiła się, a moje włosy zakrywały oczy. Muzyka ogłuszała, dodawała siły i narastało podniecenie. I wtedy znalazłem się z kumplami, którzy dopadli barierki (nie pytajcie jak to zrobili) i nagle... Wokal (który także miał gitarę, a więc w sumie trzy elektryczne- choć ja się na sprzęcie grającym nie znam) krzyknął 1,2,3 i... Wszyscy na scenie podskoczyli jednocześnie waląc w struny, i talerze, a to spowodowało erupcję zgromadzonych ludzi pod sceną. Gdyby nie ta barierka (która latała jak najęta) to nie wiem jakbym przeżył :) I zaraz dołączyłem do tłumu. Spojrzałem na kumpli, którzy świetnie się bawili (choć są w innej subkulturze) Potem nauczyłem się jakoś przeżywać w tym tłumie. Nie wiem jak, ale po prostu umiałem. Ze spokojem wpadałem w tłum i stamtąd wylatywałem. No, byłem razem z nimi! I właśnie to mnie tak urzekło. To, że jest tak fajnie, że ci ludzie są świetni, że łączy ich jednak, wspólna pasja - muzyka. I to nie byle jaka, ale ta prawdziwa... Ta, która niby wyginęła wśród tego strasznego napływu "Shakir" czy czegoś tam jeszcze. (Swoją drogą, ostatnio widziałem jak na MTV był konkursik- co jest lepsze KoRn, czy jakiś tam boys band. KoRn przegrał, a głosów miał zaledwie 20%... Litości!) Potem spotkałem kumpla metala przy barierkach. Powiedział "Cześć" kiwnął głową i nadal "trzepał łupieżem" :) Już razem zemną. To było tak, jakbym się urodził na nowo. Na czarno.
Słów kilka o zespole "Life". Otóż była to atrakcja wieczoru, więc jak myślę, byli w trasie koncertowej. Może spotkacie ich u siebie. Grają świetnie, a do tego lider zespołu (wokal) ma świetny kontakt z publicznością. W przerwie zaczął nam opowiadać kawały i wyśmiewał się z Ich Troje. Wszyscy ripostowali brawami itp. Potem mówił o swoim narodzonym niedawno synku, oraz opowiadał o fajnej imprezie (nie pamiętam nazwy) i czytał z kartki: "Kilkadziesiąt gwiazd muzyki" przerwał, popatrzył się na nas i zaśmiał się, a potem dodał: "Chyba na niebie" i wszyscy w śmiech. Cenić można także to, że grają swoje piosenki, a nie jak większość "objeżdzaczy" hity topowych zespołów.
Żeby więcej było takich zespołów... Wakacje są (a jak wy to czytacie to już pewnie nie ma) więc trzeba iść na jakiś koncert, bo przecież trasy koncertowe w pełnym ruchu...