*** Red Hot Chili Peppers - "By The Way" ***
8 lipca wyszła nowa płyta najlepszych funk'n'rollowców pod słońcem, czyli Red Hot Chili Peppers. Najpierw może wypadałoby przypomnieć co ostatnimi czasy działo się w ich obozie. Otóż bardzo ważnym zarówno dla kapeli, jak i fanów rokiem okazał się 1999. Wtedy to powrócił genialny John Frusciante, którego styl, jak żaden inny pasuje do muzyki zespołu. Ten zaś, pełen sił, nagrał fantastyczny "Californication" i ruszył w trasę, która koncentrowała sie przede wszystkim na Ameryce. Płyta zaś zdobyła wielki sukces, okazując się prawdziwą kopalnią hitów.
Co stanowiło o sile tego albumu? Mianowicie to, że Peppersi potrafili połączyć korzenne, funkowe kawałki ("I Like Dirt", "Get On Top") z pięknymi balladami ("Scar Tissue", "Californication") oraz utworami w nowym, niespotykanym wcześniej stylu ("Parallel Universe", "Otherside" czy chociażby "Savior"). Na czym on polegał? Przede wszystkim na większej dbałości o melodie, piękne refreny. Frusciante nie szalał już tak, jak na "BloodSugarSexMagik" - zajął się oszczędniejszym, ale zarazem bardziej wysmakowanym brzmieniem. Podsumowując, zespół, mimo zawirowań w składzie, powrócił w blasku chwały, w pełni zadowalając starszych fanów i zdobywając wielu nowych.
Specjalnie skupiłem się na chwilę przy "Californication", bo nowy album - "By The Way" wydaje się być jego naturalną konsekwencją. Red Hoci postanowili zrobić bardzo zdecydowany krok w stronę nowego stylu, który na poprzedniej płycie dopiero kiełkował. Nie da się jednak ukryć, że kapela postąpiła dosyć odważnie, zwłaszcza w stosunku do starszych fanów. Po pierwsze - mniej funku. DUŻO mniej funku. W singlowym "By The Way" daje się jeszcze odczuć ślad starszych dokonań. Ale do prawdziwego funku można zaliczyć właściwie tylko "Can't Stop" i to też niekoniecznie. Po drugie - grupa postawiła na pogodne, utwory w średnim tempie ("Universally Speaking", "The Zephyr Song" czy "Tear"), jeszcze bardziej chwytliwe refreny ("Midnight", "By The Way") . Jest to album zdecydowanie bardziej klimatyczny i spokojny. Nie ma ciężkiego, rockowego uderzenia, dominuje wysmakowane brzmienie, chwilami przypominające R.E.M. czy U2. Tak, wiem, że to trochę dziwne w odniesieniu do tej kapeli, ale taka jest prawda. Chwilami aż ciężko ich poznać. Niektóre utwory posiadają bogatsze aranżacje, z wykorzystaniem smyczków, np. "Midnight". Nie zabrakło ballad przypominających te z "Californication" ("Dosed", "I Could Die For You"). Czasami natrafimy na żywsze brzmienie ("On Mercury", "Minor Thing"), klimat nieco psychodeliczny ("This Is The Place", "Warm Tape") czy rozbudowany kawałek o częstych zmianach tempa ("Venice Queen"). A już kompletnym odlotem jest prawdziwe... flamenco "Cabron" i bardzo śmiałe użycie elektroniki "Throw Away Your Television" (trochę przesadzili).
Na szczególne brawa zasługuje Kiedis, który jeszcze bardziej rozwinął swe umiejętności wokalne i tutaj wznosi się na wyżyny. Frusciante zaś udowadnia, że jest już doświadczonym i nadal genialnym gitarzystą. Ze swą przemyślaną grą świetnie wtapia się w tło, a jego solówki, mimo że nie tak odlotowe jak kiedyś, nadal są piękne (a niektóre wręcz wspaniałe - vide "Minor Thing" czy "Don't Forget Me").
A moja ocena? Cóż płyta mi się podoba, choć nie ukrywam, że brakuje mi trochę tego zadziornego funk-rocka w starym stylu i ta muzyka nie chwyta mnie za serce, tak mocno jak "BloodSugarSexMagik" czy "Californication". Ale bardzo szanuję Red Hotów za to, że cały czas się rozwijają i nie grają ciągle tego samego, byleby tylko zapewnić sobie sukces. Jak tu ich nie kochać?
Ocena: +7/10