- Kkkhhkhkh... - drżącym głosem chrząknął Gohan i skonał po ostatnim ciosie przeciwnika.

Leżący na posadzce Kuririn i Master Roshi utracili przytomność, a po chwili także wyzionęli ducha.

- Widzicie miernoty. Przecież próbowałem wam uświadomić, że nie zdołacie mnie pokonać. Cóż, mniejsza z tym. Lecę po kolejną, ostatnią już smoczą kulę.

Z tymi słowami ponad miarę silny przeciwnik udał się z radarem po ostatnią kulę. Sunąc lekko w powietrzu udał się na północ. Po niecałych dwudziestu minutach dotarł na miejsce. Okazało się, iż kula znajduje się w grocie którą okalał ciemny, świerkowy las.

- Hmmh... Widzę, że zdobycie ostatniej kuli będzie najłatwiejsze.

Wypowiadając cicho te wyrazy wszedł wolnym krokiem do groty. Poczuł ogarniającą go ciemność i niebywały chłód dobiegający z wnętrza. Ostre niczym brzytwa stalaktyty wyrastające z sufitu pieczary niemal dotykały jego głowy. Tymczasem radar, który trzymał w ręce zaczynał coraz głośniej wydobywać z siebie dźwięki.

- Jeszcze trochę i spełni się moje życzenie... jeszcze trochę.

Nieświadomy niczego brnął dalej w głąb groty. Wtem oczom jego ukazał się blask który szybko pokrył zimne ściany jaskini. Z przerażającym śmiechem zobaczył smoczą kulę z siedmioma gwiazdami leżącą na klepce. Nie zastanawiając się długo wyciągnął swą dłoń w jej kierunku. Dotykając opuszkami palców kuli poczuł niebywałe szczęście, że to właśnie jego spotkał zaszczyt wypowiedzenia życzenia Shenlongowi. Dzierżąc małą, pomarańczową bryłę w swej dłoni ruszył w drogę powrotną do miejsca w którym zostawił pozostałe sześć kul. Przekraczając próg jaskini znów poczuł na całym ciele przyjemne ciepło. Natychmiast wzbił się w powietrze i z taką szybkością na jaką tylko zdołał się porwać poleciał do pozostałych sześciu kul. Miejsce to nie było daleko. Grota była niedaleko Północnej Stolicy więc miał jeszcze do pokonania jakiś 30km.

Po przebyciu tej drogi stanął na ziemi. Gęsty las otaczający go zasłaniał nieco promienie Słońca. Obok płynął niewielki strumyk którego bystro płynąca woda dawało uszom miłą odskocznię od codziennego hałasu. Obcy podszedł do miejsca, w którym ukrył kule. Stanął obok wielkiego drzewa. Na wysokości jego oczu była sporej wielkości dziupla, z której błyskało żółto-pomarańczowe światło. Kulę którą do tej pory dzierżył w garści upuścił na ziemię. Drugą ręką natomiast siegnął do dziupli o po kolei wyciągnął z niej sześć smoczych kul. Zadowolony z siebie ułożył wszystkie siedem na ziemi. Gdy chciał zabrać się za wypowiadanie życzenia wyczuł zbliżającą się do tego miejsca silną KI. Pospiesznie stanął w pozycji bojowej a tymczasem ten ktoś stanął naprzeciw niego. Był to Goku.

- Ah. Więc to ty. Do czego potrzebne ci są smocze kule?

- Nie powinno cię to interesować robaku. Jeśli będziesz próbował mnie powstrzymać skończysz jak ci na tej wysepce.

- C..co?! Na jakiej wysepce?!

- Taka malutka. Był na niej tylko mały domek, a w niej dziecko, jakiś starszy facet i trochę przygrubawy łysol, he he. Musieli się niestety pożegnać z życiem. Ciebie czeka to samo!

- To..to..nie, to nie może być prawda! Ale jeszcze nie wszystko stracone. Pokonam cię i wskrzeszę przyjaciół za pomocą kul. Walcz!

Taurus, bo nim był owy obcy, zaśmiał się tylko szyderczo i unosząc prawą rękę do góry wystrzelił w kierunku Goku pocisk KI. Nasz saiya-jin jednak nie uległ takim marnym atakom i natychmiast odskoczył. Następnie w błyskawicznym tempie doleciał do Taurusa i zaczęła się bitwa. Na pierwszy rzut oka zdawać by się mogło, iż silniejszy jest obcy, ale to było tylko przechwałki. Po prau ciosach wymierzonych Goku ten padł na ziemię.

- No, no. Nieźle sobie ze mną poczynasz. Wiedz jednak, że to nie było wszystko na co mnie stać - oznajmił nieco ironicznie Goku.

- To dobrze się składa, bo ja też nie pokazałem wszystkiego.

I oboje przeszli przemianę. Goku przemienił się w SSJ, co Taurus, jakby kopiując saiya-jina, także uczynił. Teraz dopiero zaczęła się bitwa na poważnie. Oboje mieli wyrównane szanse pod względem siły, jednakże Goku okazał się szybszy niż jego przeciwnik. Wykorzystując ten atut saiya-jin powalił swego pobratymca na ziemię. Nim ten zdążył się podnieść Goku wyleciał w powietrze i przeraźliwie głośno zakrzyczał kumulując przy tym energię:

- KA-ME-HA-ME-HA!!!

Po tych słowach było już niemal pewne, że Taurus zginie z rąk Goku. Ten jednak z niewiarygodną wręcz szybkością odskoczył na bok, poleciał w górę i migiem użył taiyokena. Teren wokół nich rozbłysnął oślepiając Goku. Dało to Taurusowi szansę na ucieczkę co doskonale wykorzystał i zanim Goku odzyskał wzrok tego już nie było.

- Kurde, nie czuję nawet jego energii. Skurczybyk umie pewnie obniżyć swe KI do zera! Ale to nic pozostaje mi tylko wskrzeszenie przyjaciół. Potem zajmę się tym saiya-jinem.

To mówiąc Goku podleciał w miejsce gdzie znajdowały się kule. Okazało się, że ich nie ma.

- Cholera, ten dupek zabrał wszystkie kule ze sobą i nawiał. Miałem radar ale zniszczył się podczas walki. Pozostaje mi go tylko szukać po omacku.

Z tymi słowami Goku odleciał w kierunku południowym. Tymczasem Taurus biegł z kulami przed siebie, żeby tylko znaleźć jakąś kryjówkę. Gdy dobiegł do lasu zorientował się że nikt go nie śledzi.

- Uff.. Na szczęście ten cały Goku nie poleciał za mną. Gdyby mnie znalazł byłoby ze mną krucho. Wiem, że jest ode mnie silniejszy. W niczym mi to jednak nie przeszkadza. Teraz gdy mam już siedem kul nic nie stanie mi na przeszkodzie.

To mówiąc Taurus ułożył na ziemi kule i zaczął mówić tymi słowami:

- Wzywam cię boski Shenlongu. Przybądź spełnić me życzenie!

Po tych wyrazach wypowiedzianych przez siya-jina kule zabłysnęły jasnym, żółtym światłem i wszędzie stało się ciemno. Po chwili w górę wspiał się żółty promień światła formując się w kształt smoka. Następnie Shenlong ukazał się w całej swej okazałości i rzekł basowym głosem:

- Czego ode mnie żądasz?

- Chciałbym być... nieśmiertelny!!! - wykrzyknął radośnie Taurus.

- Nic prostszego. - oznajmił nieco ironicznie Shenlong.

Po tych słowach oczy smoka zabłysły a Taurus znalazł się w środku niebieskiego słupa światła. Powietrze przepływające z zawrotną prędkością przez jego ciało wreszcie ustało.

- Nareszcie!! Po tylu latach oczekiwań moje marzenie się ziściło! Jestem NIEŚMIERTELNY!!! Teraz muszę zniszczyć te planetę żeby ten Goku nie próbował zrobić czegoś głupiego.

Mówiąc to Taurus poleciał do swego statku kosmicznego znajdującego się niedaleko od jego obecnej pozycji. Po 5 minutach stanął obok swego statku. Drzwi otworzyły się przed nim a saiya-jin wszedł do środka. Wtem poczuł jak ogarnia go dziwna słabość.

- He he. Co Taurus, myślałeś, że uda ci się uciec, co? - rzekł szyderczo trzymając go za ogon Vegeta.

- Ale jak... jak to? - spytał słabo Taurus

- To, że stałeś się nieśmiertelny o niczym nie świadczy. Będziemy cię trzymać za ogon dopóki nie wylecimy poza atmosferę. Wtedy zobaczysz. - oznajmił triumfalnie Piccolo wyłaniający się z rogu wnętrza statku.

- Otóż to. Ten mięczak Goku nigdy by cię nie zabił gdybyś nie mógł się bronić. My jesteśmy inni i ne ulegamy sumieniu. - oznajmił Vegeta

- No więc odpalamy maszynę! - mówiąc to Piccolo podszedł do panelu sterowniczego, poprzestawiał parę przekładni i nacisnął guzik.

Statek kosmiczny uniósł się w powietrze i po jakichś dwóch minutach wyszli poza atmosferę.

- Szybki masz ten stateczek, nie ma co. Ale już długo się nim nie nacieszysz - rzekł Vegeta trzymając cały czas Taurusa za ogon

W końcu znaleźli się w kosmosie. Piccolo nacisnął przekładnię i drzwi otworzyły się. Przed nimi widać były tylko pustkę.

- Nie... ch..chyba tego nie zrobicie... NIE!!! - wykrztusił Taurus.

Nic nie mówiąc Vegeta pociągnął saiya-jina tuż przed drzwi. Podniósł Taurusa do góry i rzekł:

- A więc tak będzie wyglądał twój koniec. Trochę mi przykro, że muszę zabijać członka mej rasy, ale nie mam wyjścia. - to mówiąc Vegeta wyrzucił Taurusa ze statku.

Saiya-jin chciał lecieć, ale mieszkańcy Vegety nie mogą latać w kosmosie. Wydawać się mogło, że krzyczał, ale głos w przestrzeni się nie rozchodzi więc nie było to pewne. Vegeta popatrzył jeszcze na spadającego w dół Taurusa. Po chwili jednak rzekł do Piccola:

- Będzie tak spadał do końca Wszechświata. Nie ma on końca i dlatego tak się stanie. Jest to okropna śmierć, ale nie jest mi go szkoda. Zamykaj właz. - rzekł Vegeta.

Piccolo pociągnął przekładnią, a drzwi się zamknęły. Nacisnął jeszcze kilka guzików i udali się na Ziemię...

 liamK