Ognisko miło trzaskało na wzgórku w pobliżu wsi. Z miejsca tego widać było niezwykłe miasto, Skalne Wieżyce. Przy palenisku siedziała grupka dzieci w różnym wieku, skupiona wokół jakiegoś przygarbionego starca. Zdaje się, że coś powiedział do nich, po czym chyba najmłodsze z nich zapiszczało, trudno ocenić, czy z radości, czy ze strachu. Starzec znowu coś powiedział, a inne dziecko podało mu gliniane naczynie napełnione cienką zupą.
Starzec był typowym bajarzem, który chodził od jednej wsi do drugiej. Odziany w łachmany, które musiały liczyć sobie co najmniej 5 wiosen. Był brudny i bił od niego nieprzyjemny odór. Ubranie w wielu miejscach podarte, ukazywało wynędzniałą posturę. Jednak starzec miał mądrą twarz, która zmieniała całkiem spojrzenie przyglądających się mu dzieci. Niebieskie oczy zdradzały, że człowiek ów widział niejedno w życiu. Lico miał okrutnie posiekane zmarszczkami, które dodawały mu powagi. Siwe, brudne i posklejane włosy opadały burzą, zasłaniając zaczerwienione policzki.
Gromadka roześmiała się, bo iskra z ogniska wpadła w krzaczastą brew bajarza, a on zaczął uderzać się w głowę, próbując ugasić mały pożar, jaki rozgorzał na jego twarzy. Gdy skończył, dzieci przestały się z niego śmiać, bo wiedziały, że zaraz powie jakąś mądrość, która wywoła wstyd na młodych twarzyczkach. Ale starzec tylko się uśmiechnął i rozejrzał wokół, obdarzając wyjątkowym spojrzeniem każdą osóbkę z osobna. Był dobry. Wyglądał jak wieśniak, który wylądował na ulicy, bo rodzina go wygoniła, ale jego wyniosła mowa zdradzała, że obracał się kiedyś wśród ludzi wykształconych. Zauważył to młynarz, który przycupnął w pobliżu ogniska. Miał podziękować starcowi po tym, jak skończy opowiadać bajkę. Cała wieś miała podziękować, bo dziewięć osób, które zasiadały wokół bajarza, stanowiły młodość osady.
-A gdy Maurice zabił smoka, cała Dolina Kwiatów zaczęła płakać. Zrozumiał, że zrobił źle i postanowił skierować swe...
-Tej opowieści nie chcemy bajarzu-przerwał starcowi jakiś maluch wyglądający na lat pięć. Łatwo było dojrzeć podobieństwo i każdy by szybko zauważył, że jest to dziecko młynarza, który teraz uśmiechał się do siebie, pełny dumy.
-A więc o czym chcecie usłyszeć maluchy?- zapytał bajarz sięgając po strawę.
-Dziaduniu-powiedziała śliczna dziewczynka z blond włosami, wskakując starcowi na kolana. Nieomal wytrąciła miskę, a zaskoczony starzec zachłysnął się zaczerpniętą zupą. Dzieci wybuchły śmiechem, a dziewczynka blond włosy mówiła dalej.-Czy znasz prawdę o Skalnych Wieżycach, co się stało, gdy upiory zaczęły zabijać ludzi w dzień Trust?
-Ano, pewno, że zno, przecie on je bajarz-powiedział jakiś chłopak, drugi w kolejności co do wieku po bajarzu.
-Masz rację, opowiadam bajki, z tego żyję, co łaska od wsi do wsi chodzę, bawiąc brzdące swoimi opowiastkami, które przez największych mędrców potwierdzane były-rzekł dumnie starzec, wyciągając ręce do ciepłych płomieni ognia.
-A nas ino gówno obchodzi, ile prawdy w tym, byle żeby było ciekawie i straszno- ryknął inny chłopak, który ustępował nieco wzrostem poprzednikowi, ale w rozumie był chyba równy.
-Nie, my nie chcemy bajarzu opowieści strasznych, coś o miłości, może o jakiejś czarodziejce-zapiszczała dziewczynka o kręconych, czarnych włosach.
-Zdecydujcie się dzieci. Myślę, że opowieść o Skalnych Wieżycach będzie ciekawa. Tej wersji nie znacie, bo też niewielu zna prawdę...-bajarz pogłaskał dziewczynkę blond włosy po głowie, która odwdzięczyła się niewinnym uśmiechem dziecka, pochwalonego za dobry uczynek.
-Co to jest wesja?- zakrzyknął młody chłopaczek, pokazując braki w mlecznym uzębieniu.
-To jest jedna z kilku opowieści na dany temat, tylko różniąca się czymś- powiedział starzec, unosząc w górę palec i robiąc mądrą minę.
-Aha.
Starzec zaśmiał się w duchu, dobrze wiedział, że dziecko nadal nie rozumie tego pojęcia. Ale domyślał się, że chłopak niezależnie od wyjaśnienia i tak by nie pojął. Rozejrzał się wkoło. W oddali, na płaskowyżu majaczyły rozlanymi gdzieniegdzie światełkami Skalne Wieżyce, które swoją nazwę zawdzięczały czterem tworom skalnym, które wyznaczały kierunki północ-południe, wschód-zachód, przy czym te drugie były niższe dokładnie o połowę od pierwszych. Mówiło się, że skały nazywane Wieżami zostały stworzone przez Mondriana- pierwszego maga, który był znacznie potężniejszy od dzisiejszych arcymagów, chociaż wiedzę miał mniejszą. Miasto znajdowało się na południu, natomiast na wschód od pagórka, na którym się znajdowali, była wieś, z której dzieci przyszły. Tylko w jednym domu paliło się już w kominku, widocznie w innych domach nikt jeszcze nie przebywał. Było już trochę po zachodzie słońca, mrok ogarniał las, który mieli za plecami. W głuszy pohukiwała sowa, z daleka dobiegł ryk jelenia. Było cicho. Starzec wspomniał słowa swojego ojca, który opowiadał, że gdyby udało mu się w młodości zatrzymać króla, rzeź noc Trust nie miałaby miejsca. Czasu nie da się niestety cofnąć. Bajarz miał może siedemnaście lat, gdy przyszło mu przeżyć tą noc, ale po mimo upływu lat, które naznaczyły jego ciało zmarszczkami, cały ten strach, rozpacz i zgrozę świetnie pamiętał. Odezwały się w nim wspomnienia, Spojrzał na znamię, które miał na prawej dłoni, paskudną bliznę, wewnętrzne brzegi po dawnym rozcięciu wypychały się w górę.
-Bajarzu, dobrze się czujesz?- usłyszał głos z daleka.
Powracał powoli do siebie, ujrzał przed sobą dziewczynkę blond włosy, która z zaciekawieniem patrzyła w jego oczy, ich dziwny wyraz.
-Wybaczcie, starość nie radość, zdrzemnąłem się chyba niechcący. Jaką to wam historię miałem opowiedzieć?... Aaaa, Skalne Wieżyce... Rzecz miała miejsce dawno temu, kilkanaście lat przed bitwą w noc Trust. Była paskudna pogoda, deszcz lał z góry, jak z cebra. W wielkiej sali królewskiego pałacu król Władyk III kręcił się niespokojnie wokół tronu...
Starzec rozpoczął opowieść, a zaciekawione dzieci otwierały co chwilę swoje zdziwione buzie. Ognisko oświetlało słuchaczy i trzymającego wystudzoną już zupę bajarza. Taki widok ujrzałby każdy, kto byłby wtedy na samotnym pagórku.
***
-To się nie mieści w głowie, chcecie Skalne Wieżyce?
-Panie-przemówił najwyższy z grupy trzech ludzi, wszyscy byli ubrani na jedną modłę-Przecie obiecałeś za odnalezienie córki dać, co znalazca zechce. Nie godzi się teraz wycofywać z danego słowa, kiedy się odnalazła...
Drugi przerwał dryblasowi, podchwyciwszy myśl:
-Gdybyśmy my tam nie byli, nikt nie odnalazłby księżniczki. Rzadko kto tam wędruje, a że my, leśne elfy, oraz ten nasz kompan-wskazał na dryblasa, który był człowiekiem.-Znaleźliśmy się w pobliżu, było istnym cudem.
-A ileż wy chcecie zapłaty za ten cud? Całe miasto?!! Czy wam się w głowach z chciwości nie poprzewracało?
Z niewiadomych przyczyn król nie chciał oddać miasta, które tak naprawdę obciążało tylko królewski skarbiec. Przynosiło małe dochody, bo kupcy niechętnie tam wkraczali. Było trudno dostępne, a drogi w okolicy kiepskie. Ponadto znajdowało się w pobliżu gór, w sąsiedztwie ogromnego obszaru leśnego, więc napady nie należały do osobliwości. Gdy wrzała wojna rasowa, z północnego zachodu nadciągały elfy, a z południa krasnoludy. Miasto w czasie walk kilka razy było zrównane z ziemią, ale nie wiadomo dlaczego kolejni władcy wciąż je odbudowywali. Problemów rasowych właściwie nigdy tam nie brakowało. Do Skalnych Wież nie mogły wchodzić elfy, natomiast sprowadzano rzesze krasnoludów z ekwipunkiem jakby do kopania złota, ale przecież w promieniu 100 mil nie było żył złota, a potoki obfitowały jedynie w otoczaki. Krasnoludów przybywało pełno, ale karczmy świeciły pustkami. Mówiono, że krasnoludy zapadały się pod ziemię. Nikt nie wiedział, jak dużo w tym stwierdzeniu było prawdy. Nikt, poza władcą, a taka sytuacja utrzymywała się przez wieki, aż do dnia, w którym do króla Władyka III przybyli jakieś tam elfy w towarzystwie wysokiego mężczyzny. Władca nie wiedział, co o tym myśleć, ale wydawało mu się, że elfy wiedzą, tego się obawiał od dawna. Zdawał sobie sprawę z tego, że kiedyś musi dojść do takiej sytuacji, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że za jego panowania.
Trzeba będzie zrobić porządek, tylko potrzebuję pretekstu, pomyślał. A ów nadarzył się nadspodziewanie szybko.
-Cuda, Wasza Wysokość, są rzadkie...
-A więc i drogie-dryblas dokończył i wyszczerzył czarne zęby.
-Co? Próbujecie mi grozić? Będziecie za to straceni, straż!!!
Trzech rozmówców wyciągnęło nagle miecze. Skąd się one wzięły? Przecież straż musiała ich obszukać! Do sali tronowej wbiegli strażnicy i dogonili tych gwardzistów, którzy jeszcze przed chwilą stali u progu drzwi. Stal zaczęła brzęczeć. Nie słychać było deszczu dudniącego w dach zamku, jedynie dźwięczny metal. Krew wytrysnęła z szyi pierwszego strażnika. Król cofał się, niedługo nie będzie już gdzie. Do sali wbiegli czarodzieje, zaczęli rzucać wszelakie zaklęcia, ale wszystkie spływały jak woda po zbirach. Kolejni gwardziści padali. Elfy zadziwiająco operowali mieczami, chociaż byli specjalistami od łuków.
Dryblas został poharatany zamaszystym cięciem w rękę przez jakiegoś rycerza, który nie wiedzieć skąd zjawił się na sali i walczył u boku gwardii króla. Jeden z elfów sparował ukośnie silny atak mieczem i powiedział coś. Ramię kompana przestało krwawić, a skóra zaczęła się zrastać. Walka trwała nadal, król się cofał, a straż usiłowała pokonać trzech zamachowców, którzy zastawili drogę i zbliżając się do władcy, obnażali zęby w okrutnych uśmiechach.
Magowie próbowali wszelakich sztuczek, ale tamta trójka miała jakąś protekcję magiczną, która blokowała wszelkie czary. Nie wiadomo kiedy, wszyscy strażnicy leżeli na ziemi, ich trupy niewzruszenie patrzyły martwym wzrokiem w przeróżnych kierunkach. Kilka ciał tych, którym przyszło przed chwilą umrzeć, widziało, że dojdzie do przelewu monarszej krwi. Król był zdany na łaskę okrutników, ale oni najwyraźniej nie mieli ochoty jej okazać.
Władyk III poczuł zimno murów zamkowych, nie miał już gdzie uciekać. Któryś z elfów powiedział coś do reszty, tamci ustąpili, stając w miejscu, z którego postanowili oglądać czyn kompana. Elf posłał paskudny uśmiech, podniósł miecz...
Do sali wpadł jakiś młodzian, rzucił trzy kule w kierunku zbirów i krzyknął do siwobrodego starca, który właśnie próbował jakiegoś zaklęcia:
-Arcymagu, czar kuli!!!
...Król poczuł, jak ostrze miecza orze jego twarz na dwie części. Nagle ból zatrzymał się w miejscu, nie obejmował dalszych centymetrów ciała, otworzył oczy, zobaczył elfa, który trzymał miecz wbity w jego nos i patrzył z niedowierzaniem na białą błonę, która go otaczała.
Król zemdlał, nie mogąc się doczekać biegnącego do niego czarodzieja, który miał zbadać rozpłatany nos. Na sali zaczęły padać na zimną posadzkę kobiety, skąd się wzięły? Nagle strach ustąpił miejsca euforii. Wkraczający słudzy zaczęli wynosić trupy gwardzistów, a kolejni czarodzieje sprawdzali, czy może jakiś strażnik żyje. Rycerstwo w moment się rozgadało na temat trzech idiotów w bańce mleka, którzy teraz stali w okrągłych klatkach z głowami dumnymi. Ich oczy patrzyły na całe zgromadzenie, ale jednocześnie gdzieś głębiej, daleko od rzeczywistego świata. A w rogu sali stało dwóch ludzi, młodzieniec i siwobrody starzec:
-Czyżby to ten wynalazek, który ma zastąpić dwimeryt?
-Tak arcymagu- twarz młodzieńca szybko spoważniała, a z ust wypłynęła mowa niemalże artykułowana.- Jeżeli arcymag zechce, jutro pokażę przedmiot moich badań.
-Zapowiada się interesujący wykład-odparł siwobrody i roześmiał szczerze.
***