Idąc na ten film, nie wiedziałem, czego mam się spodziewać. W kinie
przed "Władcą..." puszczono bowiem tak melodramatyczny trailer, że zrobiono z kolejnej części sagi film o niczym więcej jak
o miłości. Parę miesięcy później reklama w telewizji - wielka wojna, mnóstwo rycerzy Jedi, maszyn i eksplozji - szczena opada.
Po paru przemyśleniach doszedłem do wniosku, iż film ten będzie miał po prostu dwa wątki. I znów nie wiedziałem, co mam o tym
myśleć. Wszak "Titanic" był całkiem niezły, ale za to "Pearl Harbour" zawiódł. No ale to przecież "Gwiezdne Wojny" - trzeba
zobaczyć, jeśli pragnie się uważać siebie za fana sf.
Wreszcie żółte litery na tle gwiazd - znów polityczna intryga, ale w końcu przecież
bohaterów musi coś motywować. Niech więc będzie to coś na dużą skalę, może wojna... wojna klonów...
Akcja rozpoczyna się, gdy znana z części I królowa Amidala (Natalie Portman) przybywa na
najbardziej ucywilizowaną planetę w galaktyce - Coruscant - aby uczestniczyć w posiedzeniu senatu. Kolejny, nieudany na szczęście,
zamach na jej życie (bardzo źle zmontowane ujęcie) przesądza o sprowadzeniu do ochrony dwóch rycerzy Jedi - Obi-Wana Kenobiego (ależ się postarzał...) i jego
ucznia Anakina Skywalkera. Młody chłopak wyrósł przez ostatnie 10 lat, jakie upłynęły od pierwszej części. Perspektywa
towarzyszenia pięknej królowej, o której myślał nieustannie od ostatniego spotkania, powoduje u niego szybsze bicie serca.
Pierwsze niebezpieczeństwo pojawia się już na Coruscant - Jedi ruszają za sondą,
która podłożyła w sypialni królowej jadowite wije. Ta doprowadza ich do pewnej zabójczyni. Rozpoczyna się pościg - całkiem
efektowna, długa scena lotu między budynkami ogromnego miasta. Niestety, została niezbyt zrozumiale przedstawiona - z początku
nie wiadomo było, czy Anakin popisuje się zdolnościami pilotażu, czy ucieka przed zabójczynią, czy też ją ściga. Nie ustrzeżono
się też braku realizmu - Ani (tak nazywają go wszyscy, stwierdzając jednocześnie, że bardzo wyrósł) spada prosto na statek
zabójczyni z wielkiej wysokości i nic mu nie jest, mimo iż spadochroniarze wiedzą, że osiąga się wtedy prędkość około 90 km/h.
W podobny sposób wyskakuje z jej wehikułu, niby nisko nad ziemią, ale przy jakiej szybkości! Gdy Jedi wreszcie dopadają
zabójczynię, ginie ona od zatrutej strzałki wystrzelonej przez jegomościa w dziwnej
zbroi i z odrzutowym plecakiem na plecach.
Boba Fett - przecież był na plakacie!!! Nie - wkrótce okazuje się, że to nie on, ale za to bliski krewny :).
Zapada decyzja o ewakuacji królowej na jej ojczystą planetę - Naboo. Ma jej towarzyszyć
Ani, zaś jego mistrz podejmuje śledztwo w celu zidentyfikowania spiskowców próbujących zabić Amidalę. W tym momencie akcja
rozdziela się. Ha! Wreszcie będzie ta miłość :). Rzeczywiście, również młoda senator zaczyna coś czuć do Anakina. Z początku
nie chce tego okazywać, ale później spoufala się coraz bardziej. Wyjaśnia jednak w końcu, że nie może związać się ze swym
obrońcą. Stoi jej na drodze wizerunek społeczny, jemu zaś - kodeks Jedi.
Obi tymczasem nie próżnuje. Przybywa na planetę Kamino, do miasta klonerów. Baza ta,
położona wśród morskich fal, zalewana przez wiecznie padający deszcz, prezentuje się doskonale. Z zewnątrz wygląda groźnie,
a w środku... wnętrza, pełne świata, budującego nastrój tajemniczości, wręcz mistycyzmu - właśnie tak wyobrażałbym sobie
bazę kosmitów niezwykle inteligentnych i spokojnych. Ogromne przestrzenie, wypełnione pojemnikami z klonami wyglądały już
bardziej znajomo, niemniej jednak i tu osiągnięto ciekawy efekt wizualny. I tu ogromna niespodzianka: dawcą materiału genetycznego
dla klonów jest Jango Fett, a jego syn to nikt inny, jak Boba... mały smyk, obserwujący poczynania ojca.
Wizyta na Tatooine Amidali i Anakina, dręczonego przez koszmary, w których cierpi
jego matka, pomieszała mi na chwilę wszystkie fakty. Znajduje on Watto, który upadł bardzo nisko - oszustwo nie popłaca - i
informuje, że sprzedał Shmi Larsowi... jejku, chyba nie temu wujkowi Luka... okazało się, że ojcu Owena. Co ciekawe, Beru jest
nadzwyczaj młoda - a przecież w "Nowej Nadziei" ma już siwe włosy. Doskonale zrealizowano powstanie Imperium - bo jak inaczej
nazwać zrodzenie się gniewu w sercu Anakina po śmierci jego matki? W szale wybił przecież całą wioskę tuskenów - razem
z kobietami i dziećmi.
Walka Jango Fetta z Obim potwierdziła moje przypuszczenia co do rycerzy Jedi - otóż
ogłaszam wszem i wobec: mają naturalny pancerz grubości kilku centymetrów w postaci skóry niczym nie różniącej się z wyglądu
od normalnej. Przecież nawet najtwardszemu człowiekowi linka urwałaby (ucięła) rękę przy takich gwałtownych szarpnięciach. Rozumiem,
że Jedi potrafią skakać na dziesięć metrów wzwyż i lądować bezpiecznie spadając z kilkudziesięciu metrów - prawa grawitacji
pozwala im łamać Moc - ale nie mają chyba takich twardych muskułów czy skóry w okolicach nadgarstka. Przesadzono. Lepiej zostały
wyważone możliwości Fetta - jego wspiera technika.
Co ciekawe, technika w "Gwiezdnych Wojnach" zdaje się łamać prawa fizyki - tak jak
w poprzednich częściach, tak i w "Ataku..." silniki przelatujących obok kamery statki w przestrzeni kosmicznej wydają huk,
podczas gdy w próżni dźwięk nie jest w rzeczywistości słyszalny. To samo tyczy się bomb sejsmicznych - nie wydają wprawdzie
głosu w chwili wybuchu, tylko później, wraz z dotarciem do kamery (widza) fali uderzeniowej. Ciekawy efekt, ale i tak nierealny -
dźwięku w kosmosie nie ma. "Lasery" nie mają prędkości światła, wręcz przeciwnie, zanim
dolecą do przeciwnika, ten może zrobić unik, poza tym są widoczne, co jest bezsensem zważywszy na fakt, że wiązka światła
może się rozproszyć (tj. być widoczna) tylko w atmosferze. Może jednak pył znajdujący się między asteroidami pozwolił na to, ale
nie usprawiedliwia to jednak zbyt wolnej prędkości laserów. Ciekawe też, że pocisk wystrzelony przez Fetta manewruje z niezwykłą
zwinnością, posiadając tylko jeden silnik z tyłu, co jest niemożliwe w próżni, gdzie potrzebne są silniki manewrujące ze
względu na bezwładność ciał. Dotyczy to też statków kosmicznych, które uparcie mają silniki tylko z tyłu, co nie przeszkadza im
jednak dokonywać gwałtownych zwrotów i manewrów.
Fett, a tuż za nim Obi-Wan, lądują na Geonosis, gdzie Kenobi dokonuje niezwykłego odkrycia:
znajduje się tu kwatera Dooku, dawnego rycerza Jedi. który zdradził Republikę i knuje spisek. Obi zostaje złapany i uwięziony
w polu siłowym, które obraca go wokół osi pionowej. Dodając do tego aktora grającego we "Władcy..." Sarumana i jego słowa
"Przyłącz się do mnie", otrzymujemy scenę żywcem wziętą z "Drużyny Pierścienia".
Umieszczenie trójki bohaterów (Obiego i próbujących go uratować Amidali i Aniego) na
arenie przypominającej tę z koloseum przypomniało mi Quo Vadis - tak więc mamy i motyw ze starożytnego Rzymu. Swoją drogą,
ciekawe, dlaczego przybyły z odsieczą Mace Windu nie zabił Dooku i Fetta, mając ku temu znakomitą sposobność, tylko czekał
na przybycie wrogich robotów, żeby w efekcie skoczyć na ową arenę. Rozegrana tam bitwa była tym, na co czekałem przez całe
lata - wreszcie pokazano, że Jedi istnieją! Do tej pory w filmach występowało co najwyżej trzech rycerzy, a tu mamy wreszcie
dowód potęgi Jedi, o której tak w starej trylogii rozprawiano. Ogromnym plusem filmu jest właśnie łączność z epizodami IV-VI.
Wprowadzono trochę humoru i wreszcie C-3PO pokazuje, że jest bardziej niezdarny i prostoduszny (a co za tym idzie śmieszny)
niż Jar-Jar Binks. Jeśli już o robotach mowa, to wspomnę o R2-D2 - wreszcie zobaczyłem, w jaki sposób chodzi po schodach (Naboo).
Ale latający R2 kompletnie nie przypadł mi do gustu. Przecież sama jego konstrukcja (baryłkowatość) sugeruje samodzielne
poruszanie się tylko w płaszczyźnie poziomej, po w miarę równej nawierzchni. Jakże poprawił mi się nastrój, gdy droid wylądował.
Wracając do bitwy na arenie - brawa za potwory, szczególnie za tego modliszkowatego.
Ale dlaczego ten z ostrymi pazurkami przecina skórę Amidali w ten sposób, że w ogóle nie leci jej krew? Niedopatrzenie?
Zastanawiam się natomiast, czy umiejętność woltyżerki (Anakin) ma coś wspólnego z doskonałym opanowaniem sztuki pilotażu.
Nieważne - bo oto dwustu Jedi zmaga się droidami (znane z pierwszej części z głowami psa skrzyżowanego z kaczką). Co do głów -
świetny pomysł z C-3PO. Dzięki m. in. jego pomocy :) roboty otaczają Jedi, z których 90% jest już martwa. Na szczęście przybywają
statki, dzięki którym akcja przenosi się na większy teren - chwała Bogu! - już myślałem, że ta wojna klonów ograniczy się do areny.
Większe pole do walki to większe pole do popisu dla twórców maszyn - mnogość całkowicie nowych pojazdów to ogromny plus -
poza tym praktycznie żaden w całym filmie nie pojawił się w poprzednich produkcjach, oprócz epizodycznego Naboo Fightera i oczywiście
statku Fetta. Szczególnie przypadły mi do gustu potężne działa sprowadzające jeszcze większą metalową kulę z powrotem na ziemię
oraz pojazdy z charakterystycznymi, ogromnymi kołami (większymi od właściwego wehikułu). Niektóre maszyny były uzbrojone w
"organki Stalina", zauważyliście? Jeśli już jestem przy komunizmie, to chciałbym też zwrócić Waszą uwagę na rozmowę Anakina i
Amidali o polityce - Ani rozmyśla, czy dyktatura nie byłaby najlepszym systemem.
Czymże byłby film z serii "Gwiezdnych Wojen" bez kameralnej walki - oczywiście na miecze
świetlne. Oprócz Jango Fetta głównym czarnym bohaterem jest Dooku - jako że był kiedyś rycerzem Jedi, możemy znów podziwiać
wspaniały popis szermierki. Wreszcie odniesiono się do prawdziwych walk ze średniowiecza - wtedy to rycerze w walce na miecze
tracili najczęściej nie życie, ale kończyny. Ranny w nogę i ramię Obi musi więc zostać zastąpiony przez Anakina. Dzięki Bogu
nie ma w finałowej scenie tak charakterystycznych dla filmów z serii "Star Wars" przepastnych pionowych tuneli, w które można
zrzucać przeciwników tudzież ich broń. Tak więc Ani może użyć dwóch mieczy - bardzo ciekawy fragment sceny, taki styl walki
znali do tej pory tylko entuzjaści komiksów z Exarem Kunem i innymi mniej znanymi rycerzami Jedi. Jeśli chodzi o walkę na miecze
w ogóle, to trzeba przyznać, iż w nowej trylogii jest to niezwykle mocna strona. Kiedy przypomnę sobie nędzną
przepychankę
starego Obi-Wana i Vadera, chce mi się śmiać. Nawet dość dopracowana scena finałowa w "Powrocie Jedi" prezentuje walkę opartą
na sile, nie technice. Teraz zaś zatrudniono znawców Kendo i innych wschodnich sztuk walki, co zaowocowało doskonałymi
pojedynkami na świetlne miecze. Już w epizodzie I wprowadzono zaś innowację w postaci podwójnego ostrza Dartha Maula,
w "Ataku..." jest za to walka dwoma mieczami. Ale jeden z nich szybko zostaje zniszczony
(co ciekawe, Anakin traci w tej części
chyba ze trzy egzemplarze), a prawa ręka Anakina zmienia się wkrótce odcięta. Mając w pamięci odciętą dłoń Vadera z "Powrotu...",
byłem ciekaw, czy straci on ją w epizodzie III w walce z Obim. Jednak nie - to Dooku jest tak doskonałym szermierzem. Jest też
zwycięzcą pojedynku - do czasu...
Yodę zostawiłem sobie na deser. Już myślałem, że się na niego nie doczekam. Jednak kiedy
wkroczył i przyjął charakterystyczną pozę znaną z filmów o wschodnich sztukach walki, wyglądał co najmniej komicznie. Już
traciłem nadzieję, widząc, jak przerzuca wraz z Dooku tony kamieni i maszynerii. Aż wreszcie - czarny charakter mówi, że
o zwycięstwie zadecyduje walka na miecze świetlne. Yoda wyjął więc w niezwykle popisowy sposób broń - okazuje się, że ma zieloną
klingę (mój ulubiony kolor!). Z początku walka z poziomu 0 - chyb rozgrzewka, bo zaraz... skoki, błyskawiczne obroty wokół własnej
osi, on prawie lata! ON WYMIATA!!! Mały, niepozorny stworek-staruszek rozruszał kości! Zrozumiałem, dlaczego wszyscy darzą go
takim szacunkiem. Do tej pory tylko zrzędził i wymądrzał się, aż wreszcie pokazano go w akcji. Trzeba go więc było pokonać
sprytem - cios w przyjaciół. Użycie Mocy i Dooku już ucieka. Dobrze, że żaden z kluczowych bohaterów nie umarł. Śmierć
Qui-Gona i Maula w epizodzie I to było za dużo w porównaniu do starej trylogii, gdzie kolejnych Jedi pozbywał się Lucas powoli,
stopniowo.
Czy Anakin złamał zasady kodeksu Jedi wiążąc się z Amidalą? Tak kończy się film.
A co z rzezią, jakiej dokonał na Tatooine? Koniec Anakina, narodziny Vadera? Może jeszcze nie, ale z pewnością jakieś
przesunięcie bliżej Ciemnej Strony. Końcówka jest zapowiedzią przyszłych wydarzeń - rozpoczynają się m. in. wojny klonów.
Obawiam się, że wszystkie sceny były kręcone na tle "niebieskiego ekranu", z aktorami
chodzącymi między tekturowymi atrapami. Czy są oni jedynym prawdziwym elementem, jaki przetrwał do ostatecznej wersji obrazu?
Czy wszystko inne jest dziełem komputerów? Boże broń przed zastąpieniem przez modele 3d aktorów w następnych częściach! Tymczasem
efekty specjalne - wspaniała robota!
Szkoda, że spośród mnóstwa utworów Johna Williamsa tworzących wspaniały klimat tylko jeden wpadający
w ucho jest nowy. Mowa o "Across The Stars" znanym też jako "Love Theme". Wszystkie inne ciekawsze melodie to przeróbki motywów
znanych z poprzednich filmów, m. in. moich ulubionych "Imperial Marsh" ("Imperium
kontratakuje", wojskowy marsz, tu użyty przy
prezentacji armii klonów) oraz "Duel The Fates" ("Mroczne Widmo", muzyka do walki na miecze, także w wielu remiksach).
Wspomnę jeszcze o grze aktorów. Jakkolwiek Christensen (Anakin )nie sprawdził się w stu procentach,
to nie popełnił też żadnego poważnego błędu. Ale i tak daleko mu do doświadczonych aktorów, jak choćby Natalie Portman (Amidala).
Ciekawe, ile czasu ćwiczyła ten przenikliwy wzrok. Ewana McGregora (Obi-Wan) z początku nie poznałem. Bądź co bądź pokazał,
że jego bohater wydoroślał. Nareszcie powierzono większą rolę Samuelowi L. Jacksonowi (Mace Windu). Spokojny jak w pierwszej
części, tyle że trochę powalczył. Tak, widać, że to mistrz Jedi. Jak już wspomniałem, Dooku przeniósł do "Gwiezdnych Wojen"
za dużo cech Sarumana. Trochę rozczarowałem się wyglądem Fettów (obydwóch). Nie jestem rasistą, ale takie twarze kojarzą mi się
bardziej z pospolitymi terrorystami czy nawet uchodźcami niż z najwyższą ligą. Odniosłem wrażenie, że rola syna została odegrana
lepiej niż Jango. Młody Fett z uwagą obserwuje każdy ruch ojca i słucha każdego jego słowa, a epizod na arenie, gdy podnosi on
hełm martwego już ojca, potwierdziła moje przypuszczenia co do faktu, iż jest on lepszym aktorem niż podobny wiekiem Anakin z "Mrocznego Widma".
Pierwsza myśl, jaka nasuwa mi się w konkluzji? Z pewnością nie zawiodłem się. Oczekiwałem
od filmu, że będzie lepszy od epizodu I, bardziej mroczny i zbliżony do starej trylogii i dostałem to co chciałem, w dodatku z
nawiązką. Nie spodziewałem się aż tak wspaniałej walki Yody, tylu nowych maszyn, no i tylu rycerzy Jedi. Wreszcie pokazano czasy
ich świetności, w końcu było ich więcej niż trzech (a ten "rekord" należał do "Mrocznego Widma"). Wątek miłosny, aczkolwiek
bardziej wyeksponowany i rozwijający się szybciej niż związek Hana i Leii, nie przesądził klimacie filmu i to się chwali.
Wszystko zostało precyzyjnie wyważone. Bardzo podobały mi się trzy zalążki czarnych charakterów, narodziny trzech złych postaci.
Oprócz Anakina mam na myśli także Boba Fetta i kanclerza Palpatine, pnącego się powoli na szczyt i zapewniającego Aniego o jego
niezwykłej mocy. "Atak klonów" jest chyba pierwszym filmem z serii, w którym wyeksponowano tak bardzo Coruscant. Dzięki nocnemu
rajdowi Anakina poznajemy lepiej strukturę tej planety-miasta. Ograniczono ma szczęście ilość scen na Naboo - kiedy przypomnę
sobie, jak niewinnie wyglądała bitwa na tej planecie w epizodzie I, wśród zielonej trawy i pod błękitnym niebem... Dobrze, że
Geonosis przypomina bardziej Marsa niż Tatooine - dzięki temu filmowe planety nie mylą się widzom. Znakomitym posunięciem było
też ukazanie morskiego świata ze wspaniałą bazą klonerów. Co by ni powiedzieć, mimo tylu błędów, jakie wychwyciłem i opisałem
parę akapitów wyżej, jestem zachwycony filmem. Może dzięki temu, że wynagrodził z nawiązką wszystkie uchybienia "Mrocznego
Widma". W każdym razie jako fan "Gwiezdnych Wojen" nie miałbym sumienia postawić tak dobrej produkcji oceny niższej niż 10.
A może komuś się nie podobało? Niech napisze. Ja tymczasem idę pobawić się w rycerza Jedi...
"Gwiezdne Wojny - Część II: Atak klonów"
Oryginał: "Star Wars - Episode II: Attacks of The Clones", 2001-2002
Reżyseria: George Lucas
Produkcja: LucasFilm, 20th Century Fox
Internet: www.starwars.com, www.lucasarts.com
Ocena: 10 / 10