Rajd Safari

     W tym roku Rajd Safari obchodził swoje pięćdziesięciolecie. Z tego powodu żadnych fajerwerków oczywiście nie było, za to rajd był jak najbardziej interesujący. Otóż na wstępie powiem tylko, że na mecie tegorocznej imprezy stanęło...11 zawodników. Lista zgłoszeniowa składała się z 48, więc tylko jedna czwarta ukończyła te mordercze zawody. Już na pierwszym OS'ie odpada lider MŚ Marcus Gronhlom, a kilkaset metrów po starcie kłopoty z przeniesieniem napędu ma Solberg. Od pierwszego dnia na prowadzenie wysunął się Makinen, za nim ustwia się czołówka mistrzostw. Zwłaszcza Fordy dobrze radziły sobie na dziurach Safari. Dnia drugiego odpada kilku faworytów, a wśród nich Tommi Makinen, Carlos Sainz, Richard Burns. Dlaczego aż tak wiele osób? To, co dzieje się na drogach Safari jest dużo gorsze niż Akropol, który jest rajdem bardzo dziurawym. Właśnie na tych dwóch rajdach załoga może mieć dwa koła zapasowe. Tyle, że impreza w Kenii rozgrywana jest przy otwartym ruchu, a przepisy FIA stanowią, że aby samochód wystartował w powietrzu musi znajdować się...śmigłowiec. Taki ten rajd już jest dziwny, OS'y mają po 80 km, najdłuższy w tym roku miał 106 km, strefa serwisowa po każdym Os'ie. Chociaż właśnie przez usytuowanie serwisu z rywalizacji odpadł Mistrz Świata, a także dzień wcześniej Ericsson. Po prostu zagrzebali się w piachu przed wjazdem do strefy, gdzie nie wolno im było pomagać. Potwierdzeniem niezwykłości rajdu może być również to, że OS 8 wygrał Panizzi. Ale na prowadzeniu ciągle utrzymywał się Colin McRae, który swą rozważną jazdą zasłużył na swoje zwycięstwo. Ostatecznie na mecie za nim stawili się Rovanpera, Radstrom, Martin, Loeb, Panizzi, Kresta, Kankkunen i młodszy z braci McRae. Reszta to mało znane nazwiska, ponieważ zawodnicy jeżdżą sprzętem grupy N.

mroofka