Nowy "Big Brother" - bitwa o wyłączenie telewizora!

To mój pierwszy (i z pewnością ostatni ;)) artykuł o tej edycji. Słowo harcerza! ;)

[Tu kliknij, jeśli nie chcesz tego czytać. ;) ]

Hmm, nie wiem, czy mogę pisać o czymś, czego nawet dobrze nie znam, więc z góry przepraszam wszystkich czytelników - nawet "żyłka dziennikarska" nie mogła mnie zmusić do obejrzenia więcej niż trzech odcinków najnowszego wspaniałego reality show. Poprzednia edycja "Big Brothera" była - nazwijmy to po imieniu - finansową klapą, więc dziennikarze TVN postanowili w tym roku zaproponować telewidzom pionierską i niezwykle emocjonującą wersję tego programu pod jakże ciekawą nazwą "Big Brother: Bitwa". W ramach wzbogacenia formuły programu autorzy stworzyli genialną wręcz koncepcję walki dwóch drużyn. W skrócie: po każdej konkurencji "na śmierć i życie" ("popłynęła pierwsza krew" - podgrzewa atmosferę głos zza kadru) mamy grupę wygranych i przegranych. Ci pierwsi mają dostęp do lepszej sypialni, lepszego jedzenia, jaccuzi itd., ci drudzy żyją z dala od luksusów, a na dodatek muszą usługiwać zwycięzcom (!). Pozycje mogą się stale zmieniać i zapewne to właśnie ma zachęcić mieszkańców do tytułowej bitwy. Wkrótce jednak staje się ona walką o przetrwanie (dosłownie!), bo nominowane mogę być tylko osoby z grupy przegranych. Co więcej, zwycięzcy oddają głosy w Pokoju Zwierzeń, a ich rywale są upokarzani przez ogłaszanie swojego wyboru przy wszystkich..
Jak dowiedziałam się ostatnio, telewizja TVN została oskarżona o pokazywanie przed 23.00 przemocy i scen erotycznych. (Gratuluję szybkości reakcji! Pewnie nawet dzieciaki w piaskownicy dystkutują o fascynującej historii miłości romantycznej Kena i Frytki) Ja dorzuciłabym jeszcze trochę, np. propagowanie modeli zachowań niezgodnych z podstawowymi zasadami moralnych... Jednym słowem: nie oglądać nawet, gdyby Ci za to płacili!

Tawananna