Taa... Dzisiejszy dzień był straszny! Mało jest rzeczy, które mnie potrafią wyprowadzić z równowagi, ale dzisiaj... Arrghh! A najgorsze jest to, że tak naprawdę wszystko to była głównie moja wina... No ale po kolei bo widzę (w tym texcie mam ukryte kamery:)), że nikt (z wyjątkiem Archwimila;)) nie wie o co chodzi:)
A propos Archa jeszcze... Gdzieś tu (w tym AM znaczy się:)) powinien byc text o jego wizycie na AE. To się działo wczoraj. Dzisiaj był tam znowu. Ja też:) I było straaaasznie. No ale miałam zacząć po kolei:)) (Gdyby Arch wiedział, co go czeka jeszcze, to by tego arta nie wysyłał:)))))))
Plan na dzień dzisiejszy (czerwcowy piątek jakby ktoś pytał:)) był prosty: dojechać do Wrocka, posiedzieć u fathera w pracy (ma stałe łącze:)), a później wraz z moim Maskotkiem udać się na AE (nie miałam zielonobladokoperkowego pojęcia gdzie to jest:)). Początek był nawet udany, nawet wpadłam na genialnego pomysła (który wcale taki nie był... ba! przez tego pomysła zaczęły się nasz późniejsze kłopoty). Pomysł też był prosty: opłatę rekrutacyjną zapłaci za mnie father (bo ja się na żadnych druczkach nie znam), więc trza skoczyc do banku. No i po godzince na necie (i obejrzeniu meczu Anglia - Brazylia:)) zabrałam manatki i pojechaliśmy z fatherem na poszukiwania banku...
Bank pierwszy: kolejka duuuuuża, że aż strach. Jedziemy gdzie indziej. Father się zaczyna powoli wqrzać, bo na ulicy pełno łosi, którzy jeżdżą tak jak ja (dlatego nie mam prawa jazdy:)). Bank drugi: kolejka mała, ale okienko zamknięte, bo cośtam:) Father coraz bardziej zły. Jedziemy do innego banku. Łosi na drodze coraz więcej (bez obrazy dla tych szlachetnych zwierząt:)), father zaczyna ich wyzywać:)) Wprawdzie używa cenzuralnych słów (łosie, patafiany itp.:)) ale widać, że go szlag trafia coraz bardziej. Mnie w sumie też. Taa... To był Dzień Łosia... Zator się zrobił na skrzyżowaniu, jakiś tramwaj stanął na środku, tam gdzieś ciężarówka, jakiś staruszek jedzie pod prąd... No i father nie wytrzymał:)) Poleciała wiązanka i father zaczął mi dogryzać, aby odreagować stresy ("Tylko nie włócz się nigdzie, bo cię gdzieś zamkną" "Mnie? A niby czemu?" "Jakbym cie zobaczył na ulicy, to od razu bym cię zamknął":))) I stał się cud: znaleźliśmy bank bez kolejki! Yeah! Father zapłacił co trzeba, dał mi kwitek i wyrzucił z samochodu ("Stąd juz se dojdziesz na nogach":))
Po 10 minutach doszłam na miejsce spotkania i jak Arch przyszedł, ruszyliśmy w stronę AE. Na początku wszystko szło oka: Archie zapłacił w okienku opłatę rekrutacyjną (druczek juz miał wypełniony:)), ja skończyłam wypełniać podanie (musiałam życiorys napisać:)) i poszlismy do drugiego budynku, do magicznego pokoju 101. Przywitała nas panienka ("Państwo złożyc podanie?") i wtedy się zaczęło... Konto, na które wpłaciliśmy kasę okazało się nieaktualne!! Podania, które mieliśmy (ja je załatwiałam, więc to była moja wina... heh... Jak chcecie cos załatwic to nigdy nie proście mnie o to, bo nigdy się nie udaje, albo wychodzi nie tak, jak trzeba i cierpią niewinni:))) były z zeszłego roku. W tym roku były inne, a na nich było podane nowe konto. No nic, trza teraz sprawę jakoś odkręcić. Wspomniana panienka wysłała nas do dziekanatu, piętro wyżej. Stamtąd odesłali nas do innego budynku, do sekretariatu ("Drugie drzwi po lewej"). Wchodzimy, skręcamy w lewo, a tam 6 drzwi! A na drugich żadnej tabliczki, więc to na pewno nie te... Chwila namysłu, wchodzimy do tych otwartych... A tam kolejne trzy! Po podsłuchaniu co jest za drzwiami w końcu trafiliśmy tam gdzie trzeba. Jakaś babka powiedziała co mamy robić, ale tak sie rozgadała, że to samo mówiła chyba ze trzy razy! Arch wpłacił w okienku na miejscu, więc wszystko jest oka, a ja... Jak father wpłacił jako przelew na tamto konto ze swojego, to kasę powinni odesłać, jak płacił od ręki gotówką, to nie powinni byli tej kasy przyjąć... No nic, więc teraz mały telefon do fathera... Okazało się, że wpłacił kasę do okienka, babka przyjęła i jak chcę sprawę wyprostować to muszę lecieć do banku! ("Łosico jedna! To jak ty sie dowiadywałaś, że nie wiedziałaś, że sie konto zmieniło?!?!") Aaaa! W tym momencie zaczęły mi nerwy puszczać... No ale skoro sprawa Archiego się wyjaśniła, poszlismy z powrotem do pokoju 101 złożyć podanie. Ja zostałam na korytarzu, a moje nerwy miały sie coraz gorzej... Łzy w oczach i w ogóle dół jak nic... Ale to normalne: nie znam większego pechowca od siebie, a wszystko za co sie wezmę - spsuję. No dobra, nie wszystko:)) Niektórzy, którzy mieli ze mna do czynienia jeszcze żyją:))) (z akcentem na 'jeszcze':)))
Ruszyliśmy w stronę banku. Gdyby nie to, że Archie poszedł ze mną, siadłabym na pierwszej lepszej ławce i zaczęła ryczeć (zawsze płaczę jak mi nerwy puszczą, ale na szczęście trudno mnie zdenerwować:)), ale jak tu płakać, jak ktoś ci opowiada o 'Park Wars' czy 'Empire Suck Ass' (Darth Kenny, hehehe:)))
W każdym razie w końcu doszliśmy do banku (a nie było to blisko) i na szczęście dało się sprawę wyjaśnić (babka w okienku była podejrzanie miła i uprzejma... a opłata za wpłacenie kasy wynosiła 3.50, co wiele wyjaśnia:)))) Pominę fakt, że musiałam wypełnić jakiś druczek, a za pierwszym razem zrobiłam to źle:)) Trzeba było wracać na uczelnię, kawał drogi, a upał był pasqdny! (Na szczęście mniejszy niż wczoraj, przynajmniej żadnych mokrych śladów za nami niezauważyłam:)))
W końcu doszliśmy na miejsce. Humor mi się zaczął poprawiać. Ale nie na długo. Weszłam do magicznego pokoju 101 ("Pani złożyć podanie?" - ta sama panienka co wcześniej... Chyba mnie nie poznała...). Podeszłam do drugiej, wyjęłam papiery... "A xero dowodu gdzie?" "Jakie xero????" No nic, trzeba szukać xera... Na pytanie "gdzie mogę znaleźć tu xero" odpowiedziała, że "gdzieś tam na dole w którymś budynku"... Geezzz... Na szczęście Arch tu był wczoraj i wie gdzie to jest:) Wychodzę z pokoju, a go nie ma!:)) Zaczęłam pakować papiery do plecaka i zamek mi sie spsuł! Fak! (za przeproszeniem:)) Postanowiłam wyjąć z plecaka teczkę z podaniem, świadectwem i reszta makulatury oraz dowód, i nieśc to w ręku ("Cwana będę - nie będę musiała go później otwierać bo się znów spsuje":)). Maskotek się znalazł i poszlismy na xero, of cozz sama bym tam nie trafiła, bo przeszłam obok nawet nie zauważając tego:))) Tam sie okazało, jaka to ja jestem cwana: zapomniałam wyjąć z plecaka portfel, więc i tak musiałam go otwierać!:))) (no ale można mi to wybaczyć - w końcu jestem blondynka, poza tym słoneczko mi nieźle przygrzało dzisiaj:))) Na szczęście tym razem dało się go zapiąć od razu. Tutaj też pominę kolejny nieistotny szczegół - zanim babka sxerowała mi dowodzik, zdążyła pogadać przez telefon i podpisać jakieś papiery, które przyniósł jej jakiś koleś. No ale ja jestem spokojna...:)))
Wróciliśmy z xerokopią dowodu i po raz kolejny dzisiaj weszłam do pokoju 101 ("Pani złóżyć podanie?" Niee no! Autentycznie mnie nie poznała, mimo że byłam tu 10 min. temu! Ale co tam, w końcu blondynka;)) Podeszłam do drugiej panienki (tej co wczesniej mi kazała xerować dowód). Poznała mnie, ale się zdziwiła, że przyszłam "O! A ja już wyłączyłam program!" Arrghh!! Przecież mówiłam, że zaraz przyjdę!!! Czy naprawdę nikt mnie nie słucha??? Włączyła co trzeba i zaczęła wpisywać moje dane. I zabiła mnie inteligentnym pytaniem: "A te Łagiewniki to jakieś miasto czy co?". No qrde! Jak nie ma pojęcia co to, to znaczy, że to wiocha!:))) (Jakby ktos nie wiedział: to naprawdę jest wiocha:)) A później się jeszcze pyta, czy to przypadkiem nie miasto powiatowe! Dziwne: nie była blondynką:) Ale się zdziwiłam, jak spojrzałam na jej włosy:)))) Na szczęście to już był koniec. Aż chciałoby sie napisać "nigdy wiecej tam nie pójdę!" ale przede mną jeszcze egzaminy więc tam jeszcze wrócę...
Maaamooo! Jaa nieee chcęęę!!!:)))
Pozdrowionka ^_^
Falka
PS. Tym razem nie pozdrawiam Jasnej, bo nie zasłużyła, ani Setha, bo mnie wqrzył:)) Pozdrawiam za to jego bobery:))))
PS2. No i of cozz pozdrowionka dla mojego Maskotka:)
PS3. Jakby ktoś się pytał, czemu to tło jest takie wieśniackie, to od razu odpowiadam: takie ma być!:P