Frazes
Miłość - słowo, którym opisuje się to do tej pory chyba niezbadane
zjawisko, jest tylko sposobem na zaszufladkowanie go po dobrej stronie
naszych uczuć. Nikt z nas jednak nie potrafi dokładnie powiedzieć czym
ona jest, ani też jak ją odczuwamy.
Naukowcy wprawdzie mówią, że miłość jest zagadnieniem czysto
biochemicznym, ale spójrzmy prawdzie w oczy – czy ktoś z nas w to wierzy?
Okazuje się, że tak krótkie słowo, na pierwszy rzut oka niepozorne
I tak niewiele znaczące kryje za sobą wiele więcej,
niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
Naukowcy mogą gadać co tylko im się podoba, a każdy z nas I tak zna
swoją prawdę na temat miłości.
Każdy inaczej ją sobie wyobraża, inaczej odczuwa, również inaczej o niej marzy.
Bo czy jest na tej ziemi człowiek, który nie marzy o miłości?
Najwięksi twardziele miękną przed jej obliczem. W gardłach więzną im słowa
a w nocy, gdy nikt ich nie widzi myślą o tej jednej, jedynej, najdroższej.
Pisząc ten tekst, bez przerwy zastanawiam się czy jest coś, co mógłbym od siebie do tego
tematu dodać. Mimo tego, że w AM pojawiło się sporo tekstów na temat miłości, doszedłem do
wniosku, że jednak chciałbym napisać jak ją widzę, czuję lub sobie wyobrażam. Chociaż może
wyobrażanie można pominąć. Przyznam się szczerze - bo myślę, że nie ma czego się wstydzić -
spotkaliśmy się już. Zapewne zresztą niejednokrotnie. A od jakiegoś czasu, mimo tego, że
człowiek z uczuciem (lub też na odwrót) pożegnał się brutalnie,
święcimy razem wielkie triumfy.
I tak to chyba zdarza się u każdego człowieka. Czasami nie zdajemy sobie sprawy z obecności
tego uczucia I uświadamiamy ją sobie dopiero później, gdy zaczyna machać nam chusteczką na
pożegnanie. Historia, która może zdarzyć się każdemu I na pewno wielu ludziom się już
zdarzyła. Miłość patrzy na nas pogardliwie, obco I oznajmia, że ma nas dosyć. Potem
nadchodzi czas, w którym człowiek odnosi wrażenie, że wraca do nas, ale już pod inną
postacią. Zagubieni we własnym smutku I beznadziejności nie dostrzegamy, że to tylko
złudzenie. Zwyczajny wynik użalania się nad sobą I tęsknoty za utraconymi czasami, gdy było
dla kogo żyć. Raz, drugi, trzeci, jedna próba goni drugą, zmieniają się postacie, twarze,
ale żadna z nich nie nosi tego właśnie krótkiego imienia.
Nadchodzi okres stagnacji. Kompletna rezygnacja z poszukiwań utraconego. Puste miejsce w
sercu wypełnia się czymś, co nie do końca umiemy nazwać, ale wiemy, że pozwala nam na
przetrwanie samotności. Uświadamiamy sobie, że oto stoimy przed możliwością robienia rzeczy,
których do niedawna robić nie mogliśmy. Hulaj dusza piekła nie ma, oby tylko fantazji
starczyło. I zdrowia, bo jak to zawiedzie, to zabawy koniec. Tak to się zresztą często
kończy. Człowiek wpada w jakiś szaleńczy trans próbując zdusić w sobie płomień, który
jeszcze niedawno płonął pełną siłą. Zatraca się w zapomnieniu, robiąc tyle głupich rzeczy,
że po dojściu do przytomności co najmniej połowy nie będzie chciał pamiętać.
Telewizja przyzwyczaiła nas jednak do szczęśliwych zakończeń. Tak samo jest I w takim,
życiowym przypadku. Nagle, niespodziewanie I zupełnie bez żadnego planowania pojawia się
ktoś, kto ratuje nas z opresji.
Wyciąga z gęstwiny alkoholowych oparów I przywraca do świata żywych.
Chyba, że los stawia na wyjątek I happy endu nie ma.
Szczęściem naszym jednak jest to, że uczymy się na własnych błędach I po kolejnym, bolesnym
rozstaniu, po kolejnym, gorzkim, werbalnym policzku nie lądujemy w morzu procentów I
promili, które zakorkowane w butelkach stanowią podstawę budżetu naszego państwa.
Przynajmniej część z nas nie ląduje, bo z pewnością są ludzie wciąż hołdujący tej tradycji.
Niejednokrotnie w życiu spotykamy się z miłością. Raz ona odnajduje nas, innym razem to my
trafiamy na nią I za każdym razem mówimy, że to jest właśnie to, czego nigdy wcześniej nie
zaznaliśmy. Niestety, często jest to nieprawda, bo po raz kolejny stajemy przed wyborami I
sytuacjami, z którymi musieliśmy sobie radzić już wcześniej, z kimś innym, dawno temu.
Równie często powtarzamy sobie, że tym razem wszystko będzie inaczej, lepiej.
A wszystko I tak kończy się machaniem chusteczką.
Setki głosów krzykną w tym momencie, że nie, to nieprawda, nie zawsze tak musi być.
I ja się z tym zgodzę, ale dodam do tego, że poszukiwania tej prawdziwej,
jedynej I niepowtarzalnej potrafią trwać nawet całe życie I człowiek nigdy nie będzie miał
pewności, że znalazł właśnie ten największy skarb.
Wracając jednak do zdania o happy endach, czasami zdarzają się wyjątki.
Z pewnością nie wyglądają identycznie. Każdego człowieka jest to indywidualną sprawą.
Ja znam tylko jeden I słowa na jego temat nie pisnę.
Może zdarzyć się tak, że odnaleziony kamyk, zdający się niczym od wszystkich innych,
zwyczajnych kamyków nie różnić, w istocie okaże się prawdziwym,
jedynym w swoim rodzaju diamentem.
Pisałem, że chcę w końcu opowiedzieć o tym, jak ja miłość postrzegam,
bo do tej pory jeszcze tego nie zrobiłem.
Zacznę od tego, że staram się miłości ściśle nie definiować. Bo jak mogę określić I
dokładnie opisać tyle różnych emocji I doznań? Wiem natomiast, że miłość, to długie lata
nauki, czasami nawet bardzo bolesnej. Jest to też wielkie ryzyko, chwilami ekstremalne
niebezpieczeństwo. Kochać znaczy żyć, ale czasami może to też oznaczać umrzeć.
Nie musi to być śmierć dosłowna, oby takie nigdy się nie zdarzały.
Po wielkim rozczarowaniu jednak człowiek może umrzeć na wiele sposobów.
Dla świata, dla ludzi, dla siebie samego. Najgorszą z tych śmierci jest zapomnienie o sobie
samym, o swojej wartości I tym, co było w człowieku cenione przez innych.
Kompletne zamknięcie się w sobie. Próba zapomnienia o wszystkim, co miało znaczenie
oraz jednoczesne stworzenie swojego nowego „JA”.
Zazwyczaj jednak ten proces twórczy jest zwykłym oszukiwaniem samego siebie.
Człowiek podejmuje ten wielki wysiłek zmiany swojej osobowości tylko po to,
żeby móc inaczej patrzeć na stratę I pozostały po niej ból, żeby móc najszybciej I najdalej
jak to możliwe uciec od tego.
Gdy jednak później dochodzi do siebie I na wszystko patrzy jeszcze raz,
trzeźwym już okiem, zaczyna żałować, że nie potrafił stawić temu czoła.
Kochać, przynajmniej według mnie, znaczy również umieć się poświęcić
I czerpać z tego radość.
Może właśnie dlatego o zakochanych mówi się tak samo jak o głupcach?
Bezsprzecznie prawdziwym twierdzeniem jednak jest, że bez umiejętności oddania drugiej
osobie siebie, nie ma co liczyć na pozyskanie czy odnalezienie w niej tego uczucia.
Niestety, same motylki w brzuszku I zawirowania w głowie nie wystarczają.
Miłość, to również tęsknota I jej przeróżne objawy. Uciskający, czasami wręcz bardzo
dokuczliwy ból I pragnienie bycia znów przy tej drugiej osobie. Jest to też lęk przed
stratą. Czasami wręcz paniczny, graniczący nawet z brakiem zaufania,
co przy braku wyważenia odpowiednich proporcji może okazać się fatalne w skutkach.
Kochać, to również umieć zwalczyć wszelkie swoje wewnętrzne obawy I oddać się tej drugiej
osobie takim, jakim się jest w rzeczywistości, bez żadnego udawania.
Wyrzeczenia I kompromisy, ciężka I nieustająca praca, której tak naprawdę niewielu ludzi
jest w stanie się poświęcić. Zrozumienie, akceptacja, zaufanie, potrzeba bliskości, wiara,
nadzieja, itd. – w ten sposób można by było wyliczać jeszcze długo I każde z tych określeń
będzie zaledwie kroplą w morzu, jakim jest to uczucie.
I tak też ja je widzę, jako bezkresny ocean emocji, doznań, doświadczeń…
Coś, co można nazwać, czego jednak nie sposób poznać dogłębnie I w pełni.
Miłość posiada wiele oblicz I za każdym razem może pokazywać nam inne.
Najważniejsze w tym wszystkim jest umieć ją dostrzec, docenić I zabiegać o nią,
bo życie bez miłości jest puste. To chyba każdy przyzna?
Eddie