EGZAMINY NA KONIEC GIMNAZJUM

Wyobraźcie sobie taką sytuację: budzicie się rano i pierwsze co widzicie to garnitur i biała koszula. Co to za dzień? Komunia? Nie, gorzej! Ślub? Nie, aż tak źle to jeszcze nie jest... Chrzest? Nie to juz raz było... No więc co? Otóż, co można już zresztą było wywnioskować z tytułu, są to (fanfary, owacje na stojąco, spontaniczne wybuchy radości) EGZAMINY. 
Przeczytałem gdzieś, że egzamin kończący gimnazjum nazywany był kiedyś małą maturą. Jeżeli na MAŁEJ maturze był taki burdel, jak u nas był, to ja współczuję prawdziwym maturzystom. No ale skoro, jak to się mówi w niektórych kręgach (z którymi oczywiście nic a nic wspólnego nie mam ;-) "nie jest dopsze za..za..zaczyczynać, prosze ja Ciebie, od razu od prawda, jak to sie mówi od napoju uduchowionego 
(z łac. spirytus)". Zacznijmy więc od popitki. Innymi słowy gra wstępna.
Nauczyciele pewne subtelne podchody mające uświadamić nam, że uczyć się trzeba rozpoczęli juz od pierszego miesiąca drugiego roku tego milenium. Ale, że, jak już napisałem, były subtelne, nikt sobie nimi głowy nie zawracał. Toteż ferie spędziliśmy na uskutecznianiu róznych hobbie: dziewczyny chodziły z chłopakami, chłopcy wręcz przeciwnie (o dziw nad dziwy! :-) , skejci skejtowali, brudy brudziły się, pakerzy pakowali, pijacy pili, palacze palili, a ja sobie rękę łamałem. 

Czyli mówiąc poetycznie
Żeby nie powiedzieć - ślicznie
Dobierając słowa zmyślnie:
Było ####### (cenzored)

Dobra koniec z rymami, nie będę Emenemsowi konkurencji robił - i tak się o pierwsze miejsce na Pop-Dance Hits z Britney bije. Wracajmy do tematu: intake or not intake ... uuups! to chyba nie z tej bajki....
Po egzaminach do nauki, też było nam całkiem nieskoro, bo akurat beton się suchy zrobił, a deska samotnie wszystkimi kółeczkami na mnie łypała. Kiedy wreszcie zaspokoiłem wszystkie swe deskorolkowe chucie zrobił się późny marzec. I tu, nauczony latami powtarzanych przez rodziców przestróg ("jak się nie będziesz uczył, to zostaniesz nauczycielem!!!") usiadłem dom książek azaliż testów. I tak się krótko mówiąc spiąłem (bo akurat padało), że do końca kwietnia wszystko prtzeczytane miałem. I chwała bogu/Bogu, bo się wypogodziło!
W kwietniu zaczęliśmy pisać grzeczne nizmiernie podania. Zaczął się okres wymyślania osiągnięć, zacierania śladów po moralnych upadkach i kopertówek wzamian za nieposzlakowaną opinię (a ponoć szkolnioctwo jest w Polszce bezpłatne!). Potem trzeba było robić zdjęcia ("16 legitek proszę, odbiorę za godzinę") i rozwodzić się nad swą fotogenicznością ("to gdzie jest góra i czemu tak brzydko" - pozdrowienia dla Brando). Potem trzeba było wytrzymać spięcia z paniam sekretarkami )"po co wy sie tu chopcy wszystkie pchacie?"), nauczycielami ze szkół średnich ("wracaj na lekcje smarkaczu"), a nawet Ojcami-Dyrektorami ("proszę księdza dyrektora, ta koszulka Bad Religion o niczym nie świadczy"). Ale w końcu było już po wszystkiemu, albowiem wszędzie oddaliśmy dokumenty, albowiem tak ustaliło ministerstwo (serdeczne pozdrowienia dla siostry byłego pana ministra). 
Tak więć, kiedy już wszystko miałem załatwione i odczuwałem pewny komfort psychiczny nauczycielom przypomniało się, że tak w sumie to powinno się nas przestraszyć. Najpierw zaproszona pana z OHP (Ochotniczy Hufiec Pracy), co by nam pozachwalał swa praktyke, a następnie uprzejmie przypomniano, że weekend majowy to już ostatni czas, by cośtam powtórzyć. To oczywiście sprawiło, że miałem kaca moralnego (jakby zwykłego nie było dość) przez cały najdłuższy weekend w Polsce - wszyscy powtarzają - a co ja mam powtarzać? No ale na zmartwienisa zawsze sposób się znajdzie - swego zdradzać nie będę, to nie magazyn dla fetyszystów.
No ale idę sobie pewnego majowego poranka ulicą, a tu nagle ktoś mnie puka w plecy. Odwracam się, patrzę: A To Egzamin Właśnie. Pytam kulturalnie "Czego żeś egzamin chciał?", a egzamin "Czypień..." ... cholera, niektóre artykuły na prawdę na umysł się rzucają... a egzamin do mnie "Krwi twej dziweiczej, nieskażowej chcę!!!" A ja mu "Za późno! Spróbuj w żłobku!"
Takie to się sny ma, jak się w stresie żyje.
Ale słowo się rzekło, przybyły egzaminy. Wpuszczono nas do środka (oczywiście za okazaniem identyffikatora, który oczywiście trzeba było zakupić). Gdy już komfortowo rozsiedliśmy się w naszych idealnie dopasywanych ławkach dowiedzieliśmy się, że szkole niezmiernie miło jest nas gościć w naszej obszernej sali gimnastycznej. Jednak jak nas zapewniono będzie jednak jeszcze milej, jeżeli zechcemy ewentualnie nie zżynać jedem od drugiego, albo chociażby czynić to skrycie. Nie zechcieliśmy. 
Reasumując pytania egzaminacyjne, jeśli już przypadkiem były normalnie sformułowane, oscylowały wokół następującego stopnia trudności: <<Czy żaba kończy sie na "a"?>>, "Czy piłka jest okrąła, a bramki są dwie", oraz "Intake, or not intake?". Tak więc, wszyscy teraz czekamy na wyniki.
Czas oczekiwania umilamy sobie, jak tylko możemy. A jako, że wykorzystujemy ostatnie chwile w gimnazjum tak, by nic z nich nie pamiętać, tedy ostatnio w aptekach zauważalnie zwiększył się popyt na aspirynę. 
I tym jakże optymistycznym ekonomicznie akcentem zakończe powyższy art.

UnionJack@wp.pl