*** Recenzje płyt System Of A Down ***


Na początek zacytuję może wypowiedź basisty zespołu - Shavo Odadjiana, przy okazji nagrywania drugiego albumu - "Toxicity": "Największą presją było dla nas to, że musimy przeskoczyć samych siebie. Z nikim nie konkurujemy, bo żaden zespół nie brzmi tak, jak my...". Cóż, mocne słowa, które jednak, padając z ust członka akurat tej grupy, wcale nie brzmią jak bezpodstawne przechwałki. Bo System Of A Down jest bez cienia wątpliwości jednym z najciekawszych zespołów, jakie pojawiły się w ciągu ostatnich lat na świecie. Fakt ten zawdzięczają przede wszystkim świetnemu talentowi do komponowania, ostrym, ale mądrym tekstom oraz egzotycznemu pochodzeniu.Warto więc bliżej przyjrzeć się ich dokonaniom.


*** "System Of A Down" ***

Pierwsza płyta młodych Ormianów pochodzi z 1998 roku i została wydana przez American Recordings - wytwórnię Ricka Rubina (producenta m.in. Slayera oraz Red Hot Chili Peppers). On też wyprodukował ten album. Znalazła się na nim czterdziestominutowa dawka oryginalnej muzyki, łączącej najlepsze hardcore'owe patenty z jednoznacznie metalowym brzmieniem oraz wpływami tradycyjnej muzyki Wschodu. Ten ostatni element słyszalny jest przede wszystkim w głosie wokalisty i autora tekstów - Serja Tankiana. Jego wszechstronność jest czasami wręcz niesamowita - potrafi zarówno sprawnie growlować, skandować pojedyncze frazy, jak i melodyjnie śpiewać, ujawniając swoje wschodnie pochodzenie. Najlepszym przykładem jego umiejętności jest kawałek "Darts", gdzie w zwrotce praktycznie każdy wers zaśpiewany jest innym głosem. Utwór sam w sobie też jest świetny - napędzany soczystym metalowym riffem w refrenie.

Jeżeli już jesteśmy przy muzyce - ta również jest nietuzinkowa. Kapela zawdzięcza to przede wszystkim gitarzyście Daronowi Malakianowi, który skomponował lwią część materiału. Weźmy pierwszy z brzegu "Suite-pee". Zaczyna się motorycznym hardcore'owym riffem, by w zwrotce trochę się uspokoić i dać pole do popisu Tankianowi. Ale w refrenie wraca brutalny riff towarzyszący skandującemu wokaliście. O ile jeszcze ten utwór można uznać za normalny (chociaż w dobie popularności tzw. nu-metalu odnoszenie się do hardcore'owych tradycji też nie jest często widziane), to już taki "Sugar" wybija się wszelkim schematom. Zaczyna się mocno, ale później gitara przechodzi z metalowego, "brudnego" riffu w bardziej pokręcone, czyste klimaty. I świetnie współgra z charakterystycznym, cienkim (co nie znaczy złym) śpiewem. "Suggestions", miejscami wzbogacony akustyczną gitarą, też jest nieźle pokręcony. W ogóle trzeba zaznaczyć, że z każdego utworu bije pewna "chora" atmosfera, która jeszcze bardziej uświadcza nas w przekonaniu, iż mamy do czynienia z kapelą naprawdę nietuzinkową. Wyróżnia się też "Spiders", zagrana z niesamowitą ekspresją ballada. Tankian wznosi się tutaj na absolutne wyżyny. Praktycznie w każdym utworze znajdziemy jakiś smaczek urozmaicający i tak świetny patent (np. piękna solówka w "Soil" czy śpiewanie na dwa głosy w "P.L.U.C.K.").

Ogólnie rzecz biorąc na debiucie SOAD znalazła się muzyka, w której słychać inspiracje różnymi nurtami, ale talent muzyków oraz ich nietypowe pochodzenie sprawia, że jest to muzyka oryginalna, wprowadzająca trochę świeżości na współczesną scenę metalową.

OCENA: 8,5/10


*** "Toxicity" ***

Po trzech latach muzycy wydali drugą płytę - "Toxicity", która szybko stała się jednym z najczęściej kupowanych albumów w Stanach i nie tylko. Jeśli chodzi o samą zawartość tej płyty, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest jeszcze lepsza niż na debiucie. Zmieniło się przede wszystkim brzmienie (chociaż producent ten sam - wspaniały Rick Rubin). W odróżnieniu od surowej "jedynki" jest klarowniejsze i po prostu miażdżące. Posłuchajcie głównego riffu w "X" - wgniata w ziemię! Albo pojedyncze uderzenia instrumentów na początku "Prison Song". Jednak najbardziej cieszy widoczny (słyszalny) rozwój muzyków. Najlepiej obrazuje to pierwszy singiel z tego albumu - "Chop Suey!".Bogato zaaranżowany (bałałajka, smyczki), z czętymi zmianami tempa (od niemal deathmetalowego wygrzewu akcentowanego świetnymi pauzami do fragmentów balladowych).

Ogólnie jednak pomysł na muzykę się nie zmienił - znajdziemy tu wiele utworów nawiązujących do poprzedniego albumu, zwłaszcza na początku płyty ("Prison Song", "Needles" czy "Bounce"). Jednak jeszcze więcej jest tu elementów orientalnych, widać, że muzycy nie wstydzą się swojego pochodzenia. Słyszalne jest ono już nie tylko w liniach wokalnych Tankiana (który śpiewa jeszcze lepiej niż na debiucie), ale także w liniach basu, skomplikowanych strukturach kompozycji. Tu i ówdzie słyszymy bałałajkę (wspomniany "Chop Suey", "Deer Dance" z twardo akcentowanym śpiewem) czy swojskie "hej!" w "Needles". Ale nic chyba nie przebije pięknego, ludowego fragmentu "Science" wspaniale stapiającego się z czadowym riffem. Tak, w wykorzystywaniu tradycyjnej wschodniej melodyki chłopaki osiągnęli mistrzostwo. Cieszy też większa ilość spokojniejszych kompozycji, w stylu "Spiders" - "Atwa", "Toxicity" czy przede wszystkim piękny "Aerials" na koniec.

Druga płyta Ormianów jest świadectwem rozwoju ich muzyki, której nie da się już porównać z żadną inną. Naprawdę blisko ideału.

OCENA: 9,5/10


Jak można zauważyć nawet po samych ocenach moje podejście do zespołu jest bardzo pozytwne, ale muszę zaznaczyć, że nie każdemu ta muzyka może się podobać. Dla niektórych drażniący może być śpiew Tankiana, wykorzystywanie orientalnych elementów itp. Muzykę SOAD można lubić albo nie (czego dowodem recenzja "Toxicity" z 18 numeru KM), ale nie można przejść obok niej obojętnie. Polecam wszystkim, którzy poszukują w rocku oryginalności i świeżości.

PS. Cytat pochodzi ze 121 numeru "Tylko Rocka" (wrzesień 2001).


© Risk