*** Halford - "Live Insurrection" ***
Chyba wszyscy znaja choć trochę twórczość Judas Priest, ich były wokalista Rob Halford prowadzi solową karierę. Jej efektem jest między innymi ów album. Został on nagrany podczas Halford's 2000 & 2001 Resurrection World Tour, które jak łatwo się domyśleć jest trasą koncertową albumu Resurrection. Live Insurrection jest albumem dwu kasetowym/płytowym. Na których znajduje się 25 utworów koncertowych i 3 studyjne nagrania. Longplay rozpoczyana się tak jak Ressurection - najpierw utwór tytułowy, który jest podobny do nagrania studyjnego oraz Made in Hell - utwór który przeszedł metamorfoze. Początwszy od świetnego gitarowego początku do chóralnych śpiewów, czyli tego czego oczekuje od koncertówek, gdyż nowe interpretacje utworów, także popisy solowe oraz współpraca z fanami to jest to co pokazuje, że utwór jest udany, świetny. Niestety tego samego nie mogę powiedziec o kolejnych dwóch piosenkach, zarówno I to the pit i nailed to the gun nie powaliły mnie. Zresztą podobnie jak Stained class tylko, że ten utwór uważam za dobry, a nie przeciętny. Lecz już Jawbreaker swoim intrem zachwyca jest to jedna z najlepszych pozycji na pierwszym CD. Po tym świetnym utwórze czas na Running wild. Jest to utwór niezły, na początku można odnieść wrażenie, że Halford i spółka zagraja Wicker Mana z repertuaru Iron Maiden. Lecz na Bruce Dickinsona jest pora później gdy wspomaga Roba w The One You Love To Hate. Jednak przed ta piosenka (która zreszta wyszła chyba lepiej niż na Resurrection) jest Slow Down - świetna ballada. Z numerkiem jedenastym na tej płycie występuje Live in Black, który szczerze mówiąc nie jest czymś specjalnym. Za to Heel's Last Survivor jest niezłym utworem z fajną solówką. Sad Wings to piosenka na poziomie. Ponownie warta jest odnotowania ciekawa partia gitarowa Mike Chlasciaka. Przed ostatnia piosenka na pierwszej płycie to Saviour. Na Resurrection nie była ona jednym z moich ulubionych utworów, lecz podczas koncertów większość piosenek nabiera nowych kolorów, tak też jest z Saviour. Na koniec pierwszej części możemy posłuchać Silent Screams, które jest jedną z moich ulubionych piosenek. Druga płyta rozpoczyna się od kilku sekundowego intra, po którym następuje Cyberworld! Do tylko jednej rzeczy w piosence mogę się doczepić - do głośności gitary podczas solówki, jest ona stanowczo za cicha! Można śmiało powiedzieć, że Cyberworld rozkręcił publike, nastrój ten został podtrzymany podczas The Hellion, a eksplozja energii wypadła na Electrick Eye. Nastrój euforii opada podczas następnych dwóch piosenek - Riding On The Wind i Genocide. Kończy się on na świetnej balladzie Beyond The Realm Of Death. By ponownie rozpalić się na trzy ostatnie piosenki koncertowe - Metal Gods, Breaking The Law oraz Tyrant. Po tych hitach zostały dodane jeszcze trzy utwory studyjne - Screaming In The Dark, heart Of Lion i Prisoner Of Your Eyes. Wszystkie są niezłe lecz czym bliżej końca tym lepiej. Reasumując bardzo dobra płyta, jest kilka niepotrzebnych utworów, lecz są też (w licznej przewadze, szczególnie na drugiej kasecie) hity i to przez duże H!
Ocena: 9/10