Queen - "Made In Heaven"



Płytę rozpoczyna spokojne, w sam raz na wejście, nagranie zatytułowane 'It's A Beautiful Day', które jest naprawdę piekne. Kolejny utwór rozpoczynają już trochę mocniejsze dźwięki uderzeń w bębny, które wprowadzają trochę niepokoju. Rozpoczyna się tytułowy 'Made In Heaven', wypuszczony również na singlu. Bardzo fajny i chyba nie ma osoby, która by go nie znała. Potem jest 'Let Me Live', w którym dużą rolę odgrywa śpiewający tam chór. Na koniec zaś są przepiękne dźwięki pianina. Następnie jest najspokojniejszy utwór na płycie, wpadający czasami w balladę, 'Mother Love', który kończy świetny motyw cofania się w czasie. Na mnie robi to kolosalne wrażenie. Po nim jest nagranie pod tytułem 'My Life Has Been Saved', czyli najbardziej optymistyczne nagranie na całym albumie i chyba moje ulubione, szkoda tylko, że trwa zaledwie lekko ponad 3 minuty. Po nim jest też całkiem dobrze znany utwór, którym jest 'I Was Born To Love You'. Jak dla mnie drugie po poprzedniku optymistyczne nagranie na 'Made In Heaven'. Cholernie podoba mi się końcówka, w której jest nawiązanie do znanego wszystkim utworu 'A Kind Of Magic'. Duży plus za to posunięcie, jak i samo zakończenie utworu. Po tych nagraniach jest troszkę spokojniejszy, jeśli się nie mylę również wydany na singlu, 'Heaven For Everyone'. Najbardziej podoba mi się w nim pewien instrument, którym są najprawdopodobniej cymbałki pojawiające się na krótki moment w tle, po ucichnięciu chórku wyśpiewującego tytuł utworu i jeszcze raz w chwilę później. Wprowadzają one taki fajny, dla mnie wyspiarski klimat, w stylu Karaib czy Hawaj. W każdym bądź razie bardzo mi się podoba. Kolejnym utworem jest jedno z bardziej znanych nagrań z tego albumu - 'Too Much Love Will Kill You'. Wpadający w balladę, ale zdecydowanie porywający i przykuwający uwagę utwór. Kolejny dobry punkt tego albumu. Następnie jest kolejne znane nagranie, które się zowie 'You Don't Fool Me', które, mimo tego, że jest dobre, jest chyba najsłabszą kompozycję całego 'Made In Heaven'. Zaraz potem jest drugie moje ulubione nagranie, 'A Winter's Tale', które wprowadza mnie w taki nastrój, że oczami wyobraźni widzę rozległe pola, całe okryte śniegiem, po których mkną sanie z rozradowanymi ludźmi. Po nim jest jeszcze jeden, teoretycznie ostatni, utwór, którym jest przerobiona pierwsza kompozycja tego albumu, 'It's A Beautiful Day (reprise)'. Niby nie wiedziałem co można było w nim przerobić, ale po wysłuchaniu tegoż już wiem. Ta wersja 'It's A Beautiful Day' jest o wiele ostrzejsza i szybsza, a co za tym idzie, chyba fajniejsza.
I to powinien być w sumie koniec 'Made In Heaven', ale okazuje się, że na albumie tym znajdują się jeszcze dwa ukryte nagrania. Pierwsze ma zaledwie 4 sekundy, a przedstawia nam Freddiego śpiewającego 'Yeah', dlatego też nadałem mu taki tytuł, a po nim jest już coś o wiele większego. Kolejnym ukrytym utworem jest ponad 22 minutowa kompozycja, której nadałem nazwę 'Epopeya' ze względu na długość. Mam dziwne wrażenie, że to co ten utwór prezentuje jest muzycznym przedstawieniem Nieba. Nie wiem czemu mi się tak wydaje, ale tak jest. W większości nagranie składa się z jakiś dźwięków z syntetyzatora i czasami tylko są jakieś wtrącenia. Należą do nich słowa ś.p. Freddiego 'Are you running?' oraz pod sam koniec Jego śmiech. Coś wspaniałego. Zawarty jest w tym nagraniu również jeden straszny moment. Mniej więcej w połowie dźwięki, które towarzyszyły nam do tego czasu zaczynają się jakby urywać i nagle ni z tąd ni z owąt jest szybki, zanikający dźwięk jakiś drewnianych dzwoneczków, czy czegoś takiego (ja sobie tak to określiłem). I ten właśnie moment jest tak niespodziewany, że aż straszny. Jeszcze nigdy nie udało mi się nie przestraszyć tych kilku dźwięków, choć wiem już w którym momencie dokładnie wystąpią i mam je zakodowane w głowie. I tak są straszne. Cały zaś utwór z początku może się trochę dłużyć i być nudny, ale wkrótce, po kilkukrotnym wysłuchaniu na pewno go polubicie.
Ta płyta wzbudziła swoim wydaniem trochę kontrowersji, wiadomo z jakiego powodu, ale okazała się prawdziwym majstersztykiem. I wcale się temu nie dziwię, bo jest naprawdę świetna. Nie ma prawie w ogóle słabych momentów i doskonale przykuwa uwagę słuchającego. Czasami jedynie są miejsca, w których zmarły wokalista Queenu nie zdążył dograć swoich wokali, bądź też tekst został dopisany po jego śmierci. Wtedy zastępują go Brian May oraz Roger Taylor, choć im nie wychodzi to już tak świetnie jak Freddiemu, który był niezaprzeczalnym mistrzem w swoim fachu... -_- Kolejnym ciekawym elementem tego albumu, jest to, że choć jestem ateistą, słuchając 'Made In Heaven' jestem prawie w stanie uwierzyć, że Niebo naprawdę istnieje. Może wam się to wydawać dziwne, ale takie mam odczucia.
A co świadczy o niezprzeczalnym sukcesie tej płyty? Może to, że jest w niej zawarty pierwiastek boski, bo w końcu to jest 'Made In Heaven'... O ile Niebo leży w Meksyku, bo na samym krążku pisze Made In Mexico... :p



© Copyright by MetFan
www.metfan.rapnet.pl