CRADLE OF FILTH - "Buitter Suits To Succubi"










Od czasu wydania Midian, Cradle of Filth kazało czekać na swoje nowe, przesiąknięte
przemocą i krwią Zakazane Dzieło tylko osiem miesięcy. Pojawiły się problemy z poprzednią
wytwórnią (Music For Nations), więc najnowszy materiał CoF wydali wkładając w to własne
pieniądze. W ten sposób powstała wytwórnia Abracadaver, pod której szyldem ukazał się album
Buitter suits to succubi, z początku zapowiadany jako EPka,
w końcu jednak wyszedł jako album pełnometrażowy.


Od strony wykonania graficznego żaden z nabywców tej płyty nie będzie rozczarowany.
Cradle of Filth przyzwyczaiło już swoich fanów do dbałości o wykonanie graficzne swoich płyt.
W przypadku Buitter suits... muszę przyznać, że poprzeczka została podniesiona.
Zarówno okładka, jak i cała książeczka zostały wykonane wręcz przepięknie.
Wielbiciele czerwieni będą równie szczęśliwi, co zwolennicy ulegania pokusom diabelskich sukkubów,
kryjących swoje mordercze zamiary pod płaszczem szatańsko pociągającej urody.
Od strony muzycznej Buitter suits... prezentuje się,
przyznaję to z lekkim bólem serca, niezbyt nadzwyczajnie.
Tak przynajmniej wychodzi moje porównanie tej płyty z wcześniejszą Midian.

Z pewnością na uwagę zasługuje pierwszy numer All hope in eclipse. Według mnie jest to
typowy przedstawiciel "kredkowego" stylu grania. Przywodzi na myśl numery z Midian.
Równie mocno i typowo "kredkowy" jest następny, czyli Born in a burial gown, do którego
został również nagrany naprawdę świetny teledysk.
Na Buitter suits... znalazło się też miejsce dla dwóch starych utworów.
Mowa tu o Summer dying fast i The principle of evil made flesh z pierwszej,
identycznie jak drugi z wspomnianych numerów zatytułowanej, płyty.
The principle... uważam, tak swoją drogą, za niepotrzebny na tej płycie i wręcz psujący jej wizerunek.
Fenomenalnie wręcz wypadł cover Sisters of Mercy, No time to cry. Utwór ten, zagrany na
"kredkową" modłę brzmi naprawdę świetnie. Połączenie w nim własnego stylu gry z jednoczesnym
utrzymaniem cech charakterystycznych dla muzyki Sisters of Mercy wypadło bezbłędnie
i jednocześnie udowodniło, że pod szyldem Cradle of Filth kryją się naprawdę dobrzy muzycy.
Następujący po nim Suicide and other comforts, to jeden z moich ulubieńców.
Wspaniały numer, łączący w sobie ponury klimat z morderczą, czystą, brutalną agresją.
Fajnie brzmi, choć nie do końca pasuje do reszty kompozycji, Dinner at Deviant's Palace.
Jest to podlany sosem będącym mieszanką delikatnych, smyczkowych melodii, grzmotów i
piekielnych bulgotów monolog wygłaszany paranoicznie brzmiącym głosem.
Do zniesienia jest The Black Goddes Rises II. Nie powala na kolana, ale też nie odrzuca i
daje się przesłuchać bez większych boleści.
Ostatni na płycie numer. Moim zdaniem najlepszy, najbardziej energiczny i odpalający w
człowieku wszystkie silniki, to Scorched Earth Erotics. Nie będę ukrywał, że takich
kompozycji w wykonaniu tego zespołu chciałbym usłyszeć więcej. Cała tajemnica leży w
klawiszach, które brzmią powalająco. A i zakończenie jest też miłe dla ucha.

No właśnie, trzeba coś napisać na zakończenie. Nie da się ukryć, że fani Cradle of Filth
kupią ich najnowszy album bez mrugnięcia okiem i wydaje mi się, że żaden z nich nie
powinien być rozczarowany. Mamy tu do czynienia z pewną wtórnością, ale przecież za taki
właśnie styl gry jest ten zespół miłowany. Mimo początkowych słów na temat tej płyty,
muszę przyznać, że jednak mam do niej jakiś sentyment.
Dlatego też polecam ten materiał, jako rozgrzewkę przed nadchodzącym,
mającym pojawić się w październiku, nowym wydawnictwem Cradle of Filth.


Eddie