|
W TLE SŁYCHAĆ: no raczej Blind Guardian "A Night At The Opera" - musiałem się czymś inspirować. |
|
Hmmm. Tego mi tu od dawna brakowało. Teraz wiem czemu kącik muzyczny mimo hegemonii metalu z moim ulubionym blackiem na czele wydawał mi się pusty. Brakowało mi w nim mocy. mocy i szybkości power-metalu. A jeśli power to nasuwa mi się tylko jedna nazwa. Panowie i damy* mam zaszczyt przedstawić: "A Night At the Opera" zespołu Blind Guardian Ci którzy zespół znają, a jeszcze płytki nie słyszeli mogą zastanawiać się co tym razem narodziło się w głowach czterech bardów z Niemiec. Jak zapewnie doskonale pamiętamy poprzednia ich płyta "Nightfall In Middle-Earth" został okrzykinięta płytą kultową dla miłośników Blind Guardian, Silmarilliona i fantasy. Na następną produkcję przyszło czekać aż cztery lata. Ale w końcu Bogowie** zlitowali się nad rzeszami oczekujących. Nastał rok 2002, ściślej rzecz biorąc luty, a dokładnie to 19 luty. Nowa płytka znalazła się w polskich sklepach! Na poczatek uwagę zwraca okładka. Jeśli siły wyższe*** pozwolą obejrzycie ją sobie gdzieś w okolicy tego tekstu. Jest podejrzanie kolorowa i choć aż roi się na niej od fantastycznych stworów, to jednak brakuje jej tego klimatu fantasy, któy miały choćby okładki od "Nightfall In Middle-Earth" i "Somewhere Far Beyond". Podoba mi się, znajdujący się z tyłu płyty, czarownik na widowni (dziwnie przypomina Gandalfa) i mały goblin, którego ujrzałem dopiero po odklejeniu ceny. Ogólnie oprawa graficzna na średnim poziomie. Mimo iż wszystkie ozdobniki pasują do tytułu i charakteru płyty to jednak całość wypada słabiej w porównaniu z reszta dyskografii. Może winne temu są zdjęcia muzyków we frakach... Nie wiem (bibliotekarz powiedziałby Uuk?)****. Przejdźmy do sedna. Z tyłu pudełka widnieje 10 tytułów utworów, plus jeden bonusowy. Średnia długość utworu to 6:35 (tak mi Winamp podaje). W sumie płyta ma 70 minut. Miło, że ktoś wykorzystuje praktycznie cały dostępny na CeDekach czas. Nic mnie bardziej nie wkurza niż kupiona za ciężkie pieniądze płyta, mająca 30 minut. Wkładam więc te 70 minut do odtwarzacza. Chwila napięcia. Mocne uderzenia garów rozrywają ciszę. Thomas Stauch pokazuje czemu nazywają go "The Omen". Dochodzi zachrypniety głos i szybka gitara. Dwóch wokalistów rozpoczyna śpiew. Tak zaczyna się pierwszy utwór Precious Jeruzalem. Od razu widać, że Strażnicy nie próżnowali. Płyta jest szybsza, widać to już w pierwszym numerze. Wokale (często dwa naraz) przenikają się ze sobą. Rozbudowano partie chórków, choćby we wspomnianym "Precious Jeruzalem", a także w "Punishment Divine", czy najdłuższej (14:07) prawie-balladzie "And Then There Was a Silence". Napisałem prawie, gdyż na płytce nie ma typowej balladki w stylu "Bard's Song" czy "Bright eyes". Pretendować do tego miana może "And then there..." lub jeden z moich trzech faworytów "The Maiden And the Minstrel Knight", która nie tylko tytułem i tekstem, ale i brzmieniem nawiązuje do poprzednich dokonań Ociemniałych. Echa poprzednich płyt da się też usłyszeć w "Battlefield"(drugi faworyt), "Soulforged" i "Sadly Sings Destiny". Do głosu dochodzą tu agresywne, szybkie gitarki, perkusja i charakterystyczny wokal Hansiego. Trzecim faworytem jest "Under The Ice", nieco eksperymentalny. Czemu nieco. Z powodu zapętlonych komputerowo dźwięków na początku. W ogóle dokładnie wsłuchując się odnajdziesz na tej płycie sporo dxwięków pochodzenia elektronicznego. Co nie znaczy, że Guardiani zaczęli robić jakąs techniawkę czy industrial. Nadal jest to dobry, szybki niemiecki power-metal. Z małym wyjątkiem. Bonusowy utworek (potworek) "Mies Del Dolor" - wolny, refleksyjny, słodkawy i (chyba) po włosku. To według mnie pomyłka. nie mówię, ze sam w sobie jest zły, lecz wypada z klimatu płyty. Dobrze chociaż, że jest na końcu i jest najkrótszy***** (3:39). No i jego mógłbym azwać typowa balladką, ale ponieważ go nie lubię, to nie zrobię tego (bibliotekarz powiedziałby: UUUUK!!!). Cóż więc zrobić. Jeśli jesteś fanem BG - KUPIĆ. Zresztą i tak dawno już to zrobiłeś (tak jak ja). Jeśli lubisz power-metal w stylu Gamma Ray, Helloween, Manowar, Hammerfall - przesłuchaj i kup. Płyta mimo iż różni się od reszty płytek Guardianów, nie jest od nich gorsza. Choć i tak "Nightfall in..." i "Somewhere..." nie przeskoczy. Jest po prostu nieco inna. Już tytuł wskazuje na jej podniosły klimat. Widać, że Strażnicy nabrali trochę ogłady i co ważniejsze zdobyli się na parę eksperymentów. Jest nadzieja, że kolejne płyty będą jeszcze szybsze, mocniejsze i bardziej fantastyczne, a muzycy nie popadna w stagnację twórczą. W końcu nie można przesiedzieć w operze (Chociaż Therion jak wyszedł z blacku i tam wszedł, to do dziś siedzi. Ale im nikt nie dorówna w tworzeniu symfoniczno operowego metalu). * - chyba nie ma wątpliwości, że moją ulubioną
serią książek jest "Świat Dysku" Terrego Prachetta. Verminard
|
|
(c)Verminard Studios, Created in 19.V. A.D.2002 |