|
OSKAR WILDE - THE IMPORTANCE OF BEING EARNEST |
|
Dawno, dawno temu, a konkretnie w zeszły piątek zaszczyt kopnął mnie niezwykły - miałem bowiem możliwość z rodzicem moim do najbliższego większego miasta pojechać, czyli konkretnie do Poznania. I w tym oto Poznaniu zaszedłem do mojego ulubionego domu uciech wszelkich, czyli księgarni anglojęzycznej. Po odgarnięciu pajęczyn (i pająka krzyżaka z rodziną) z półki z klasyką angielską przedarłem się przez grube podkłady kurzu, który zdawał się pamiętać niejednego towarzysza sekretarza. I cóż pokazało się przed mymi żądnymi wrażeń oczyma? Żółte papiery wołowej karkówki? Zbiorowa autobiografia Brytney Spears i Fox Muldera o chwytnym tytule: "I'm a virgin. - I want to believe"? Świadectwo ukończenia podstawówki przez obywatela Andrzeja L.? A może oskarżenie przeciw panu Andrzejowi L. w sprawie sfałszowania świadectwa ukończenia podstawówki? Aczkolwiek bynajmniej. Ponieważ bowiem w łapskach mych trzymałem niewielką, acz foremną książeczkę pana Wilde'a pod wielce znamiennym tytułem "The Importance of Being Earnest." Tytuł ów znamienny nie mówił mi ni cholery, toteż tym chętniej dokonałem transakcji pieniężnej, czyli po prostu kupiłem ten rulonik papieru. I po kilku pierwszych stronicach stwierdziłem, że mi to się, proszę Ciebie, podoba tak że aż WOWuWOW, jakby to zaśpiewał artysta StachurskY (Czy któś mi wytłumaczy po jakiego tam to Ygrek na końcu stoi? Pod popularność stażystek artysta się podszywa?!). Trafiłem bowiem do krainy sarkazmu i parszywej ironii, złośliwości i typowo angielskiego dowcipu, czyli po prostu umarłem i trafiłem do raju, co raczej w normalnych możliwościach nie byłoby możliwe (powiadam Wam: NIGDY nie noście koszulki Iron Maiden na lekcji religii. Chyba, że należycie do Polskiego Stowarzyszenia Fetyszystów...). Książka ta (a tak po prawdzie to sztuka teatralna) opowiada o angielskiej klasie średniej. Jeden z bohaterów - John - planuje wspólnie życie z istnym aniołem. Aniołek ten ma jednak, jak to u istnych aniołków bywa, małe zboczenie - marzy wprost, by poślubić faceta o romantycznym imieniu Ernest (a Michał to co, kurde blaszka brzydkie?!). John zaś za cholerę imieniem Ernesta poszczycić się nie może. Utrzymuje jednak, że przyjaciel jego zwie się Ernest. Jego przyjaciel zaś, który w życiu Ernestem nie był i nigdy już nie będzie, wyobraźcie to sobie, też kocha kobietę (w dodatku chrzestną Johna), też ponad życie i też życie chce z nią spędzić podrywając ją na swego niezwykle chorego przyjaciela pana Bunburego, która ma nieszczęście w ogóle nie istnieć. I żeby to BSE zgąbczyło, epidemia w tej Angli jakaś, bo i ona na podobne zboczenie cierpi - jest bowiem w stanie oddać swą rękę tylko mężczyźnie o imieniu Ernest, współczując wszystkim kobietom, które marnują swe życie żyjąc z mężczyznami, którzy inaczej na imię mają - stąd wynika tytułowa ważność bycia Ernestem. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie parszywy zbieg okoliczności - cała czwórka spotyka się w jednym domku. Co z tego wszystkiego wyniknie - o tym przekonajcie się sami. A naprawdę warto. Nie będę dużo pisał, ale jeśli lubicie ironię to jest to książka dla Was. Znajdziecie w niej wiele jej pokładów (Wieliczka przy tym odpada), nie tylko tych oczywistych, ale także tych przemyślnie ukrytych. Będzie też trochę dowcipu sytuacyjnego, refleksji na temat prawdomówności, krztyna krytyki klasy średniej (za którą to krytykę klasa średnia dłużna mu nie pozostała) , a także tak żywotnych kwestii życiowych, jak to, czy gdy życie Ci się wali, taktownym jest jeść muffiny i popijać je ciepłą czekoladą, azaliż jest to "fo pa" i zwykłe, za przeproszeniem, skurwysyństwo. Aspekt kulinarny nie jest jednak najważniejszym akcentem tej książki. Motto odczytajcie sami - jedyne co mogę podpowiedzieć, to to, że czai się ono w samym tylko tytule. Odnajdźcie je, bo jest ono, jak to zwykle z mottami bywa, nadające się do codziennego użytkowania i całkiem w sumie sensowne. W przeciwieństwie do tej recenzji. UnionJack
|
|