"Dzień tryfidów" John Wyndham


Bohatera tej książki poznajemy w dość nietypowej sytuacji, kiedy to stara sobie przypomnieć, jaki też mamy dzisiaj dzień. Nie do końca jest pewien, czy jest środa czy tez inny dzień tygodnia.

Powodem, dla którego nie może sobie przypomnieć, jaki jest dziś dzień tygodnia jest - chwilowa - utrata wzroku i przytomności. Później jednak, jesteśmy powoli wprowadzani w świat, który to - to są tylko domniemania bohatera, ale wszystko wskazuje na to, że dzięki "uprzejmości" owych tryfidow świat jest taki, a nie inny, to znaczy większość - około 99,5 % - ludzi jest ślepych, a nieliczni którzy ocaleli, starają się w jakikolwiek sposób wegetować.

Tak samo nasz bohater. W książce doskonale jest oddany klimat człowieka, który wiedząc, że nie ma praktycznie najmniejszych szans na przetrwanie, stara się jakoś to życie sobie ułożyć. Początkowo istnieją grupki ludzi widzących, którzy aby przetrwać, posuwają się do tego, co kiedyś było nie do pomyślenia.

Początkowo z oporami, później śmielej zaczynają okradać sklepy z żywnością, niezbędnymi materiałami takimi jak odzież, bron - także przeciwko tytułowym tryfidom, etc. Bohater nasz początkowo nie chce uwierzyć w to co widza - jeden z nielicznych szczęśliwców - jego oczy, które są materiałem deficytowym. Podczas tułania się po mieście, ratuje z opresji dziewczynę, która jak się okazuje także widzi, lecz została złapana przez niewidzącego.

Tak oto - brzmi jak z jakichś tandetnych kryminałów - nasi bohaterowie zaczynają ciężką i jak się początkowo wydaje walkę z góry skazaną na niepowodzenie. Jednak nie bylibyśmy sobą, jeśli nie spróbowaliśmy przetrwać w tak ekstremalnie trudnych warunkach. To zastanawiające, jak taka krucha istota jak nasz gatunek, może się przystosować do przeróżnych warunków.

Nawet jeśli warunki nie są - by nie rzec nie ma najmniejszych szans - sprzyjające i tak znajdziemy jakiś przyczółek, od którego zaczniemy stopniowe i powolne kolonizowanie danego środowiska. W książce jest ukazany rozkład społeczeństwa. Jak się sami przekonacie, upadek ludzkości, możemy zawdzięczać sobie samym. To my - to znaczy bohaterowie książki, wyhodowali tajemnicze tryfidy, które nie dość że zabijają jakimiś tajemniczymi wyrostkami, to jeszcze chodzą (sic!), a na dodatek, nasz - jakże pomysłowy - gatunek robił z nich olej.

Znajdują się także tacy, którym w obliczu wszechobecnej zagłady, zbiera się na erudycję. Zbierają - bardziej prawidłowym określeniem było by wcielanie siłą - nielicznych widzących, aby ci, jako przywódcy grupki niewidzących, wraz z nimi zbierali zapasy jedzenia i materiałów codziennego użytku. Jak można się domyśleć, działanie takie z góry jest skazane na niepowodzenie. Jeden widzący, a z nim około dwudziestu niewidzących.

I choć ci ostatni starali się robić wszystko, aby być jak najbardziej pomocni, próby ich pomocy spełzały w najlepszym wypadku na niczym. Ci z widzących, którzy spotkali się w budynku uniwersytetu, aby opracować plan działania na przyszłość, oraz aby wynieść się jak najdalej od tryfidow i wszechobecnej śmierci - po pewnym czasie, wśród niewidomych, a przynajmniej wśród większości, zaczyna występować choroba, której meritum działania jest śmierć - uzgadniają, że do każdego widzącego mężczyzny - jakoś się tak stało, że płci pięknej jest więcej - oprócz widzącej kobiety będzie także przydzielonych parę niewidzących kobiet. Także tutaj, ich pomysł zostaje storpedowany przez co bardziej purytańskich ludzi.

Nawet w obliczu wyginięcia gatunku, aby zrozumieć, że do jego przedłużenia jesteśmy zmuszeni do największych poświęceń - " (...) to może inaczej, powiedzmy że jakąś na ciebie leci, ale ty nie bardzo. Chemia nie tak jest. (...)" Z jakiego to filmu ? - mowa tutaj o bigamii, to i tak znajdą się ludzie, którzy czy to z przekonania, czy też wiara, nie pozwala im do takich czynów.

Czy rozpad naszej cywilizacji będzie podobny, jak w książce, o której opowiadam ? Czy może - przez niektórych szumnie nazywani homo sapiens sapiens - w końcu zrozumie, bo od czego to sapiens, przecież nie z kosmosu, że w takim tempie, w jakim podąża ekspansjonistyczny rozwój naszego gatunku, nie grozi to zagładą nas samych ? Czy może potrafimy uczyć się na błędach innych, także gatunków, które zamieszkiwały nasz glob przed nami, że musimy się dokładnie zastanowić, quo vadis homo?

Paradoks, jak zwykle, polega na tym, że pchamy się, jak to my, nie wiadomo gdzie, a nie jesteśmy przygotowani na zagrożenie kolejnego dnia. Jeśli grozi nam podobna zagłada jak w tej książce, to ja dziękuję, wysiadam i poczekam na kolejna cywilizację, która będzie na tyle rozumna, że będzie bardziej dbała o siebie, niż o podbój nieznanego.

szametu@wp.pl