|
...::: Toksyna :::... |
|
Respirator zaczął przenikliwie piszczeć. Na jego monitorze pojawiła się długa linia, ostatnia fala niknęła poza krawędzią. Zaraz po tym do pokoju wbiegła siostra. Gdy zobaczyła respirator krzyknęła coś niewyraźnie w kierunku korytarza. Po momencie do pomieszczenia wbiegło dwóch lekarzy i kilka pielęgniarek ciągnących sprzęt do elektrowstrząsów. Zrozpaczeni lekarze przyjrzeli się bladej wysuszonej skórze dziecka. Teraz tuż po ustaniu akcji serca wydawała się niebieska. Jeden z lekarzy nie czekając i nie pytając zaczął resuscytację. Drugi, aby mu pomóc zastąpił go przy masażu serca. Rozległ się krzyk pierwszego lekarza. Epinefryna! Lekarz nie zastanawiając się za wiele, wbił strzykawkę w klatkę piersiową dziecka, po czym zaczął obserwować respirator. Elektrody! Do rąk lekarza trafiły dwie prawie płaskie powierzchnie, które właśnie się ładowały. Doświadczona załoga reanimacyjna odeszła od łóżka i z nadzieją spoglądała na skupionego lekarza. Przyłożył metaliczne powierzchnie do ciała, te targnięte nagłym impulsem rzuciło się w górę i opadło. Akcja serca wciąż stała. Lekarz ponowił próbę jeszcze dwa razy, kiedy do sali wpadł kardiochirurg. Spojrzała na respirator, na jednego i drugiego lekarza. Ci widząc jego minę, oraz znając doświadczenie odstąpili od łóżka. Skalpel! Siostra wykonała posłusznie polecenie i podała lekarzowi ostre narzędzie. Chirurg sprawnym cięciem rozciął skórę na mostku. Przez klatkę piersiową przechodziła czerwona linia. Bez obaw wsunął palce w powstałe nacięcie i z całych sił rozszerzył ranę, tak aby mógł włożyć do niej rękę. Cholera! Coś tutaj nie gra! Po czym zaczął usilnie uciskać serce ofiary. Czując jeszcze jego ciepło zastanawiał się, ile przeżyło to dziecko. Trzy wylewy, dwie reanimacje, niewydolność nerek. Wszystko w niecały tydzień. Kardiochirurg spojrzał na respirator. Linia jakby powierzchnia morza była płaska i niewzruszona. Zrozpaczony tym obrócił nieco rękę, po czym poczuł, że na jego dłoni coś się osadziło. Wyjął dłoń, i stwierdził przerażony że spoczywa na jego ręce część mięśnia sercowego. Spalona, podziurawiona i czarna tkana zaczęła krzepnąć na rękawiczkach. Tym oto miniopowiadaniem zakończyłem żywot jednego z wielu dzieci zakażonych bakterią Eschericha coli. Kolejna ofiara przemysłu mięsnego, która zachorowała po spożyciu zwykłego hamburgera! Jeżeli szukasz powodu, aby przejść na wegetarianizm to przeczytaj tę książkę, gwarantuję iż wyzbędziesz się tęsknoty za wszelakimi fast-foodami. Akcja książki ma miejsce w bliżej nie określonym czasie, w jednym z licznych miast Stanów Zjednoczonych. Zrozpaczony lekarz, którego córka zachorowała po spożyciu mięsa w jednej z przydrożnych autostrad, wypowiada wojnę przemysłowi mięsnemu. .............................. chwila ciszy ku pamięci wszystkich zmarłych na zatrucia pokarmowe. Tak właśnie działa ta powieść. Autor w perfekcyjny sposób ukazał zależności panujące w USA. Instytut rolnictwa, producenci, rzeźnie i przetwórcy, wszyscy przeciwko jednemu. Nasz bohater jest wspaniale przedstawiony, jego mentalność, rozterki i nerwy. Gdyby wszystkie książki jakie czytam miałyby taki klimat już bym nie żył. Przestałbym jeść :). Zdecydowanie na plus można policzyć długość {i to mówi facet? Kobiety! Pamiętajcie: długość nie ma znaczenia! ;)}. W ciągu tych 380 stron nie czuć nic oprócz ciekawości, grozy, niepokoju. Ideał, jeżeli chodzi o fabułę, treść dialogów, stopniowanie akcji. Jak w klasycznym dramacie, napięcie rośnie, aż w końcu następuje punkt krytyczny. Bardzo spodobał mi się opis choroby jednej z bohaterek. W ogóle wiele rzeczy zawartych w książce jest godnych uwagi, jednak w tej chwili nie jestem w stanie tego ująć. Po prostu mowę mi odebrało. Myśląc czego się czepić miałbym zajęcie do końca szkoły. Wierzcie mi, absolutnie nic do zarzucenia. Ideał. Ocena szkolna: 6 [i wyróżnienie dla autora, którego polecam!] Splatch
|
|