Z cyklu HAMskiego reda: Lektury by =rH=


Szkoła się skończyła, do następnych wakacji oczywiście. Można usiąść chwilę i porozmyślać nad książkowymi tematami. Jush bez stresu, nikt nam ocen za to stawiać nie będzie. Więcej! To my dzisiaj wystawimy ocenę tym, którzy są w ww. urzędzie odpowiedzialni za krzewienie literatury. Czy będzie ona obiektywna? Sami zobaczcie.

Zapewne żaden z Was czytelnicy nie powie, że uczelnię można kochać. Nawet mi na samą myśl o niej cierpnie skóra i pojawiają się te straszne wzory fizyczne... Brrrrr! Nie, nie na tym miałem się skupić. Dzisiaj zadaję sobie i Wam pytanie: czy stosunek szkoły do książek jest odpowiedni?

Paradoksalnie, uczniowie choć czytać w większości nienawidzą, to czytają najwięcej. Co z tego, że są to opracowania, albo krótkie nowelki? I tak w stosunku do reszty społeczeństwa jest to "wielkie zwycięstwo". Czy jednak zastanawialiście się, dlaczego czyta się streszczenia, a i to z bólem głowy? W czym leży wina? Może w przekorze ucznia, który zwykle nie chce sobie przyswoić to, co powinien? Na pewno tak, ale czy tylko? No właśnie...

Ogółem wszystko sprowadza się do kadr pedagogicznych, które zielonego pojęcia nie mają o tym, jak zmusić podopiecznych do chętnego wertowania tomów. Wiem, że w tym momencie niejako usprawiedliwiam tych leniuchów, którzy nawet to czytają prawdopodobnie z przymusu. Nie bierzmy tego jednak pod uwagę, w tym arcie chodzi mi tylko o kompetencję nauczycieli. Przecież to oni powinni najlepiej wiedzieć, co zrobić aby przełamać niechęć uczniów i oddać im informacje na temat lektur w taki sposób, aby chcieli słuchać. Bo, przyznać się bez bicia, rzadko kto słucha, gdy omawiana jest książka na lekcji...

Zacznijmy od wierszy. Liryka jest jak wiadomo sztuką tworzoną przez osoby zagubione, nierozumiejące świata i odrzucone przez niego. Często posługuje się ona przenośniami, epitetami itp., co równie często może być niezrozumiałe dla przeciętnego człowieka. "Po co ubierać w bawełnę coś, co można powiedzieć wprost?" - typowe podsumowanie każdego wiersza przez ucznia. Taka reakcja wynika z niechęci młodziaka, którą zaszczepił mu... nauczyciel! Oczywiście nie twierdzę, aby wykładowca był przyczyną całego, wielkiego "zła", ale niewątpliwie uczestniczy w tym procesie. Karmiąc klasę głodnymi kawałkami ludzi zbuntowanych, nierozumianych, czyli ogółem poetów, powoduje bulwersację ogółu i popadanie w skrajność. Zresztą o czym tu dużo ględzić, spróbujcie zanalizować wiersz pt.: Namuzowanie, nie pamiętam jush jakiego autora (tak w ogóle to staram się cały zapomnieć, ale nie udaje mi się)...

Lektury właściwe. Nie powiem, takie rzeczy jak "Kamienie na szaniec", "Chłopcy z placu broni", czy "Dziady część IV" czyta się świetnie, ale reszta? Jeśli jush ktokolwiek po inne książki sięgnie, to po kilku stronach powie, że zasnął, bo to było takie nudne i infantylne. Sam pamiętam jak nie chciało mi się brać do ręki "Krzyżaków". Wolałem poskubać sobie w zębach niż otworzyć na stronie, na której dzień wcześniej skończyłem. Teraz uważam, że najwyraźniej przegapiłem ciekawą lekturę, ale wtedy czułem coś innego. Podobnie jest z resztą społeczeństwa szkolnego. Ze zwykłej niechęci nie czytają praktycznie nic. Czemu? A i tu znowu pojawia się nauczyciel, który twierdzi uporczywie, na dodatek nie podając żadnych argumentów, że to co teraz przerabiamy to żywa klasyka piśmiennictwa. Klasa tymczasem jest odmiennego zdania, z przekory. Jeśli wcześniej czytane tomy były wręcz idiotyczne i mniej frapujące niż chociażby telewizja to i ten nie jest zapewne wyjątkiem. Ogółem uważam, że niektóre lektury wprowadzane są za wcześnie, albo za późno. "Krzyżacy", poważniejsze wiersze (czyt. te Norwida) nie są książką, która mogłaby wywołać pozytywne emocje wśród młodych czytaczy. Oni póki co potrzebują czegoś co powinno im zastąpić telewizję, a nie dostają tego. No bo w sumie to Calineczkę można sobie pooglądać w telewizji i do tego nie potrzeba wysilać się nad książką i wyobrażać sobie wszystkiego...

Dorośli nauczyciele znają wartości tomów, ale nie potrafią jej objawić uczniom. Są bezsilni wobec entuzjazmu młodości i rozpierającej siły. Prawda jest taka, że nastolatka bardziej zainteresowałoby coś "żywego" niż tłumiące jego fantazję siedzenie i wchłanianie textu. Zadaniem pedagoga pracującego w szkole jest pokazanie takiemu delikwentowi, że i na kartkach może znaleźć to, czego szuka. Nauczyciel jednak nie robi tego. Po prostu każe przeczytać, bez wcześniejszego zarekomendowania zalet lektury, a młodzi nie chcący mieć obowiązków, najpospoliciej w świecie odrzucają na bok to, co powinni w tej chwili podziwiać.

Problem cały sprowadza się do tego, że ignorancja młodych wobec książek i nauczycieli wobec pokazywania świata młodym jest olbrzymia. Jak na razie nie zmieni tego nic. Czym skorupka za młodu... itd.

=red HAMter= Członek SMMF
Mitologia oddaje kształty, przez które bezkształtny
kształt kształtów może być poznany. (J. Campbell)

http://ixds.p.lodz.pl/~gmork & http://smmf.rpg.info.pl