|
W OBRONIE JERZEGO ŁOZIŃSKIEGO |
|
Władca Pierścieni to lektura znana chyba wszystkim. Podobnie znani są jej tłumacze - Maria Skibniewska i Jerzy Łoziński. Pierwsza z tych osób stworzyła przekład uznawany dziś za kanon, natomiast drugi człowiek wzbudza wiele kontrowersji swoim niecodziennym podejściem do świata Śródziemia. Do tej pory Jerzy Łoziński był krytykowany ze wszystkich stron, ale ja odważę się stanąć publicznie po jego stronie.* "Władcę..." rozpoczyna wstęp, w którym autor objaśnia pokrótce historię Śródziemia, zwyczaje hobbitów i dzieje Pierścienia. W tymże fragmencie powieści, jak można zauważyć, znajduje się więcej przypisów pana Jerzego niż w pozostałej części. Tutaj też wyjaśnia on dlaczego przekład wygląda tak, a nie inaczej. Powołuje się na wskazówki dane przez samego Tolkiena przyszłym tłumaczom jego dzieła, co usprawiedliwia jego niecne poczynania. Myślę, że spolszczenie większości nazw to świetny pomysł, a J.R.R. wiedział, co robi dając porady jak je zrealizować. W ten sposób możemy zapomnieć, że jest to książka pisana w języku angielskim i rzucić się w wir jej akcji. Nie myślimy przy tym "jak się wymawia tę nazwę?", co stanowi problem dużej części czytelników, głównie starszych, uczonych tylko gaworzyć pa ruskie. Poza tym niektóre nazwy w naszym dialekcie brzmią dość dziwnie, żeby nie powiedzieć śmiesznie. I tak Hobbiton może kojarzyć się z jakimś obiektem sportowym, ewentualnie czymś nowoczesnym, ale nie z wiochą zamieszkaną przez stada leni. Poza tym nazwa kończąca się na -on oznacza zwykle coś raczej dużego, pompatycznego, jak np. Erechtejon, Panteon. A to z kolei pochodzi z Grecji, gdzie nie praktykowało się magii niczym Gandalf, lecz wierzono w wielu znanych powszechnie bogów, co nie pasuje bardziej do klimatu opowieści niż pojawienie się w niej Tytusa, Romka i Atomka. Tutaj Jerzy Łoziński proponuje nazwę brzmiącą Hobbtów. Czy to nie lepsze? Od razu maluje się przed oczyma widok kilku domów i ogólnej sielanki, co nieznacznie odbiega od wyobrażenia Tolkiena. Następna nazwa to Shire, czyli po łozińskiemu Włość. Także tutaj rozwiązanie tłumacza zdaje się lepsze. Ludowi Shire przypomina Anglię, arystokrację, kulturę, a nie wspomnianą już wieś, tzw. zapupie. Także rozwiązany został problem "jak to wymówić?". Typowy zrusyfikowany n-latek powie "s-h-i-r-e", co bardziej rozeznani "szire", ale konflikty będą powstawać. A tak problemu nie ma. Osobny akapit należy się tłumaczeniu imion. Te także brzmią "polsko". Oczywiście nie psuje to klimatu, a imiona charakterystyczne (Gandalf, Aragorn, Boromir) zostawiono. Natomiast z Merry'ego (nawet źle się to odmienia) mamy Radego, czyli Radostka, co świetnie opisuje wsiowego chłopaka. Nazwisko Baggins, brzmiące jak nazwa supermarketu, przemianowano na Bagosz. Ród Sama to Gadułowie, a Proudfuci są Dumnostopczykami. Krasnoludy stały się krzatami, co ma swoją przyczynę. Otóż "dwarves" (w oryginale) nie mają polskiego odpowiednika. A z krasnoludami nie mają wiele wspólnego, gdyż ani nie są krasne (czerwone), ani nie przypominają człowieka (ludy). Krzaty - wprost idealne rozwiązanie. Według mnie takie tłumaczenie imion to wersja dla zwykłych ludzi, a maniacy to i tak czytają "Władcę..." w oryginale. Na razie same pochwały, ale muszę przyznać, iż nie wszystko w przekładzie Jerzego Łozińskiego przypadło mi do gustu. Po pierwsze - Obieżyświat, czyli Łazik. Właśnie, Łazik. Brzmi to dość... dziecinnie? Jest i na to wytłumaczenie, mianowiecie takie, że to określenie obrażało nieco Aragorna, który nie mógł ujawnić swego prawdziwego ja. Ale można było to rozwiązać inaczej, np. Tułacz czy Wędrowiec, ewentualnie Włóczykij. Dalej, Rivendell. Nazwa tego ośrodka, czy też miasta, została oczywiście przetłumaczona na... Tajar. Na jakiej podstawie? Nie wiem. Toż to kompletne odejście od oryginału! Tutaj nie mam własnych propozycji, ale z chęcią usłyszę Wasze. Kolejna irytująca sprawa to nieco zbyt polskie imiona. Niestety, nie wiem jak po angielsku (lub w wersji pani Skibniewskiej) brzmi nazwisko Kmić Chętka, ale na pewno lepiej. Sumując, przekład Jerzego Łozińskiego ma więcej zalet niż wad, a to dobrze o nim świadczy. Kiedy pomyślę o niektórych tłumaczeniach książek z serii "Star Wars to... Falcon Tysiącletni, Sokół Tysiąclecia, Laser (czyli blaster...) to kilka przykładów. Resztę dopiszcie sobie sami. A na koniec jedna rzecz. Ktoś uważa, że jestem zagorzałym zwolennikiem każdego przekładu Łozińskiego i nie oceniam go obiektywnie? To uważajcie: NIE LUBIĘ "WŁADCY PIERŚCIENI"!!! Tutaj pewnie zagrzmi sto harmat i runie w popioły cały Śląsk aż po Bałtyk, ale tak jest. Użyłem określeń "dzieło" itp. w stosunku do powieści Tolkiena, ponieważ jeśli tylu ludzi ją ubóstwia, to widać coś w tym jest. Ostatnia wypowiedź miała być dowodem na moją obiektywność. Może ktoś jest ciekaw moich zarzutów do WP? Proszę: przede wszystkim cukierkowatość. Co? Moria? Mordor? Mroczniej jest w krainie czarów razem z Alicją. W takiej Lotalorii brakuje tylko wróżek latających wokół elfów. Mogłyby być też króliczki ze skrzydełkami i serduszkami. Dobra, koniec tego, moja krytyka to temat na następny art, ale wątpię, czy ktoś by się nim zainteresował. Dlatego też żegnam słowami: dalszego ciągu nie będzie. military police* drętwy wstęp, nieprawdaż?
|
|