ZA WOLNOŚĆ WASZĄ I NASZĄ?

Wiele razy, na religii na ten przykład, wpajano mi w mą łaknącą niczym pijawka krwistego towarzysza główkę, że umierać w obronie Ojczyzny to chluba i chwała. Kazano patrzeć na Kościuszkę co stoi i hołduje, na Sobieskiego (bez filtra) na Turków "za wolność Waszą i naszą" szarżującego, na czwórkami idących żołnierzy Westerplatte i na szarżę konnicy na wredne bolszewickie czołgi polską z dziada pradziada ziemię tratujące. Mój umysł, młody wówczas i niedoświadczony nie postawił sobie pytania - po jaką cholerę nam to wszystko?
Spójrzmy za siebie? I co? Ściana...? OK, a teraz metafizycznie: Wielką i Ukochaną Rzplitą mamy juz dawno za sobą, zamiast tego rządzą nami, zależnie od szczęścia car, lub jeden z dwóch cesarzy. U cesarzy w sumie źle nam nie jest, polskie szkoły mamy, całkiem dużą autonomię. Co więc robimy, by nam za dobrze nie było? Próbujemy sprawe ulepszyć. A więc szable w dłoń, chajże na Prusaków. Żeby chociaz przygotowani... A po co? Wróg przeciez wzruszy sie romantyzmem powstania, rozczuli sie wymową ataku kosą na armaty, rozczuli, ukorzy i Polskę nam wróci. Nie będzie masakrował dzielnych (choc nieprzygotowanych) powstańców - to w końcu byłoby nieromantyczne. Co z tego, że tuz za granicami Królestwa Polskiego stoi stutysięczna carska armia? My, Polacy wyzwań sie nie boimy...
W czasie mojego (niezbyt owocnego zresztą) cierpienia zwanego edukacją dziesiątki razy słyszałem ten sam utarty slogan "moralny sukces powstania". Ja zaś chciałbym wiedziec, bo za najjaśniejszą cholerę nie wiem, jak ten moralny sukces ma wyglądać. Czy moralny sukces to jest budowanie cytadeli? Czy to niepokorne pieśni w drodze na Sybir? Czy krótka notka na 9 stronie "New York Times" (jeśli juz istniał) pod chwytnyum tytułem: "Znowu zażynają Polaków"? Jeśli tak to jesteśmy chyba najbardziej zwycięskim moralnie narodemm na świecie.
Szkoda tylko, że poza moralnymi zwycięstwami "wychwalającymi imie orężą polskiego na świecie" innych zwyięstw doszukać się nie sposób. W szkole usłyszalibyśie zapewnie, że powstania przypominały o sprawie polskiej. A trzeba tak było? Spójrzmy na Czechów. Naszym południowym sąsiadom jakoś świat sie nie zawalił, tylko dlatego, ze nie mieli w zwyczaju organizować nieudanego powstania średnio raz na ćwierćwieku. I jakoś nikt o nich nie zapomniał. A o nas mimo naszego wspaniałego romantyzmu Francuzom i Anglikom jakoś się zapomniało.
Polacy bowiem (uwaga wielką prawde Wam objawiam przy której wszelki innego prawdy zbledną i mizernymi się zdawać będą!) jakoś nigdy nie mogli dojść do wnoiosku, że lepiej być wygranym, bogatym i nękającym inne narody niż pobitym, biednym i nękanym. Nie powinno jednak nas dziwić, że Niemcy, Austriacy i Rosjanie wybrali odpowiedź nr 1. Historia pokazała bowiem, że lepiej wyszli Ci, którzy walczyli o własny dobrobyt, niż romantycy walczący "za wolność Waszą i naszą".

UnionJack@wp.pl