"Mała filozofia"
Jak ja to widzę
Teraz (gdy to piszę), trwa luty. Nie przypomina on miesiąca zimowego. Jest szaro
i mokro, ani śladu śniegu. Te okoliczności skłoniły mnie do refleksji. Zacząłem
myśleć o wielu sprawach, a wynik macie nieco niżej.
Pierwszym tematem moich rozmyślań było życie. Życie jak życie, dla jednych to
niekończące się pasmo tryumfów, a z kolei dla drugich klęsk. Jednak zauważyłem,
że nasze życie nie ma żadnej alegorii (innego odpowiednika). Jest ono długie, ma
jakiś cel (prawie zawsze płytki), i zawsze je z kimś dzielimy, trwamy w
rzeczywistości. Nie mam na myśli przyjaciela ani kolegi a innego człowieka.
Nasza natura jest taka, że nie możemy żyć sami, choćby nie wiem w jakich
warunkach. Człowiek samotny, jest człowiekiem. Jednak jego trwania na ziemi nie
można nazwać życiem a egzystencją, a dlatego że człowiek sam dla siebie nie
potrafi żyć. Dla przykładu, biznesmen mający dużo pieniędzy, z samochodem i
pięknym dużym domem, jednak bez rodziny. W pewnym momencie wszystko znika,
ludzie, ich zachowania, wszelki ślad po nich. Wtedy traci całą satysfakcję z
majątku, nie ma komu nim imponować, kim się z nią dzielić (choćby najmniejszymi
pieniędzmi, choćby samą możliwością spojrzenia na jego nowe auto). Z drugiej
strony pozostaje człowiek romantyczny, kochający i jednocześnie cierpiący. Dla
kochanego i kochającego największą możliwą stratą jest strata drugiej bliskiej
osoby (choćby z dalekiej rodziny). A wyobraźmy sobie zakochanego (kochającego)
gdy straci wszystko, nie będzie miał możliwości spotkań, rozmów i podobnych z
innymi. W tym momencie taka osoba traci sens życia, nie ma z kim się dzielić
uczuciami. Jeszcze po środku wypada mi postawić gracza. Dla niego całym światem
jest pokój i komputer. Załóżmy, że jest to scenowiec, no ogólnie twórca. Zawsze
się tworzy dla ludzi, nawet (i zwłaszcza) Jan Matejko nie malował dla siebie.
Jeśli jest to prawdziwy malarz, rzeźbiarz tworzy tylko dla ludzi, a starcza mu
sama satysfakcja spowodowana miłymi reakcjami na temat jego dzieła.
Przeciwieństwem dla tego typu jest typ drugi. Poczciwy (często) zaniedbany
gracz. Dla niego liczy się wygrywanie, jednak i on gra dla ludzi, a pozostaje mu
tylko satysfakcja i duma. Choćby nie wiem co w końcu znudzi mu się gra dla
samego siebie, to oczywiste, wystarczy trochę poczekać.
Drugim tematem jaki trafił na moje fałdy są pieniądze. Pieniądz jest potrzebny
do życia, ale on najwięcej tego życia zabiera. Tak, tak, w pogoni za nim
człowiek nie zwraca uwagi na nic innego. Starałem sobie wyobrazić świat bez
pieniędzy, było to bardzo trudne ponieważ od zawsze istniała jakaś forma
zapłaty. Pieniądze pozwalają na władzę, one są jej motorem. Bo gdyby ich nie
było, nie było by czym rozporządzać. Co więcej o nich można powiedzieć?
Niezależnie w jakiej formie, zawsze są cenne. Zawsze coś kosztują, od
poświęcenia po życie. Jednak z drugiej strony (jaką rozpatrzyłem) właśnie one
pozwalają na utrzymanie świata. Bo cóż by miał rolnik z hodowli zwierząt,
samowystarczalność? Zawsze w jakimś głębszym rozpatrzeniu dopatrzymy się
pieniędzy (oprócz miłości), czy jako źródła szczęścia lub (z ich braku)
nieszczęścia. Tym sposobem wynikło z moich rozmyślań, w pewnym sensie, że
pieniądze są złe. Jednak ja tak nie sądzę, myślę że są one potrzebne do
utrzymania jako takiego ładu. Jednak podział tych pieniędzy jest nieco
niesprawiedliwy. Dla wszystkich cel jest wspólny, więcej, więcej. Wiadomo,
bezdomny ma rację tak samo jak bezrobotny (moim zdaniem powinien starać się
znaleźć pracę choćby najgorszą -jednak żeby była płatna i nie godziła w godność
osobistą), tak samo duża rodzina, lub ktoś kto chce się przeprowadzić do
lepszego mieszkania. Ale nie mogę zrozumieć ludzi mających wszystkiego w bród,
po co im więcej. W ten sposób powstaje wyścig, który nie ma końca, ale jeden
efekt -coraz większe zubożenie. Dobrze wiadomo "jak pierwszy dostanie to drugi
dostanie mniej lub nic".
Z kolei postanowiłem rozpatrzyć zachowanie ludzi (w moim i podobnym) wieku. Nic
tylko chaos mi się nasuwa na myśl, kojarzę bezkształtny tłum, a w środku kilku
ludzi wskazujących kierunek -on! Tym sposobem wielu się krzywdzi, właściwie i
tylko przez zachowanie. W tym miejscu zamiast jakiś opisów sytuacji zaserwuję
wam "osąd". Wiadomo każdy chce być oryginalny, każdy chce być inny. Jednak
bardziej innych tłum "niszczy" (a teraz przykład). Jest w mojej szkole zwykły
chłopak, jednak większość ludzi (z tłumu i obrzeży) go zna. A tylko dlatego, bo
nie chciał się wybić, ani pokazać. I to się właśnie inny nie spodobało. Nie
chciał, to było inne, niespotykane, i jednocześnie niepożądane, bo mogłoby się
rozprzestrzenić, i co w tedy? Grupa wpływowych "władców i dobroczyńców" tłumu
straciłaby wpływy, a walka właśnie o to się toczy. O wpływ na innych, o to czy
kolega poświęcił by się dla nas w sytuacji krytycznej bo nasz wpływ w
kształtowanie historii jako jednostki jak na razie jest nikły, tylko grupa może
coś zdziałać, i ona potrafi najwięcej zniszczyć. Pod jej wpływem często się
zmieniamy, dla naszych potrzeb -po to aby się przystosować. Przystosowanie się
nie jest grzechem, jednak z czasem ulegamy wpływom innych, i tym samym nasze
przystosowanie zostało wykorzystane i zniszczone.
Jeśli jestem przy zachowaniu to i kolegach oraz przyjaciołach też muszę ich
wspomnieć. Bo właściwie dzięki nim istniejemy. Cóż znaczy człowiek odosobniony,
samotny w tłumnie? Nic! Absolutnie nic! Nawet gdyby był on bardzo mądry (bardzo
a to dla tego, że nie ma ludzi nieomylnych), ktoś mu musi pomóc gdy zachoruje
lub stanie się mu coś złego. Właściwie przyjaciół ma się po to aby mieć pewność
siebie. To oni po części gwarantują nasze bezpieczeństwo. Jeśli ktoś w to nie
wierzy, niech się przeprowadzi do innego, obcego miasta. Jest spokojny i
ostrożny, zanim nie znajdzie przyjaciół i kolegów. Jak każdy wie przyjaciół
można podzielić na dwa rodzaje- dobrych i fałszywych (złych). Bardzo trudno
odróżnić pierwszych od drugich, dopiero w biedzie się ujawnią (tutaj powinno być
bardzo mądre i znane stare przysłowie "(...)")
Jak myślicie, czym by było życie bez bliżej określonego celu? Właśnie życie bez
celu.
Na samym końcu (co nie znaczy że jest to najmniej ważne, bo wręcz przeciwnie!)
postanowiłem rozważyć miłość. Długo nad tym myślałem, i nie doszedłem do niczego
logicznego, pozostaje mi zacytować fragment z pewnej książki,
"Nie lubię wielkich słów -powiedział.- A nie używając wielkich słów nie da się
tego nazwać." *)
Od siebie jeszcze mogę dodać,
"Nie lubię wielkich słów, chociaż bez nich nie da się tego wyrazić, wciąż jestem
mały."
A nie co inaczej,
"Nie mogę tego wyrazić bo do tego są potrzebne wielkie słowa, a ja czuję się
wciąż mały wobec ich potęgi."
Łukasz
19:35 02-02-14 2002
*) oczywiście cytat pochodzi z "Wiedźmina"