HOMO NIE ZUPEŁNIE SAPIENS
Pasibrzuch
      W informacyjnym szumie panującym wokół nas mało kto zwraca już uwagę na wiarygodność doniesień czy źródła informacji. Pojęcia dowodu, poszlaki, motywu, faktu i zeznania już dawno wymieszały się tworząc informacyjną lawinę przetaczającą się przez media i umysły ludzi. Ile bzdur niesie ona na swej powierzchni - tego nikt już nie jest w stanie ocenić.
ŚMIECI ZEBRANE W TEORIĘ
      Refleksje takie nachodzą mnie w chwili, gdy słyszę rozsądnych (zdawałoby się) ludzi opowiadających o potworach z Loch Ness, UFO, telepatii etc. Wszystko w co wierzą to jedna wielka bzdura ułożona z odpadów informacyjnych: tu szwankują urządzenia pomiarowe, tu ktoś miał zwidy a tam "jedna pani drugiej pani powiedziała, że". W ten sposób powstaje pewien margines zdarzeń, które nie do końca zostały zaobserwowane i których nie można wyjaśnić. Na tym żeruje gigantyczny przemysł "zjawisk paranormalnych", który kształtuje odpady informacyjne na swoją własną modłę, systematyzuje je, układa w "logiczną" całość i wyjaśnia.
      To oczywiste, że liczni ludzie gotowi są złapać się w tą pułapkę. Pracownicy wież kontrolnych mogą tłumaczyć, że niewyjaśnione przypadki obiektów latających to zaburzenia atmosferyczne, błędy przyrządów pomiarowych lub zwykłe przeoczenia ludzi. Ale owe pokrętne tłumaczenia bledną wobec prostych (prostackich?) teorii trafiających na grunt prostych (prostackich??) umysłów.
FAKTY I "FAKTY"
      Wielokrotnie czytywałem namiętne artykuły wyznawców UFO, którzy z głośno bijącym sercem wmawiali mi, iż mają dowody na potwierdzenie swoich przypuszczeń. Na prośbę o ich przedstawienie rzucają cytatami z jakichś książek, zeznaniami rzekomych świadków itd. Żaden z nich nie dostrzega, że nie są to dowody. Wycinek z gazety z 1933 nie stanowi dowodu na istnienie potwora z Loch Ness, podobnie jak dowodu na istnienie UFO nie stanowią tony walających się po Internecie zdjęć niskiej jakości z plamami na niebie. Sfabrykowanie takiego "dowodu" jest dziś dla przeciętnie rozgarniętego piętnastolatka prostsze niż rozwiązanie zadania z matematyki.
      Kiedy Lepper zaczął wysypywać swoje asy z rękawa - absurdalne historie o wągliku w Klewkach, Talibach i Platformie - media eksplodowały gromkim śmiechem a politycy odetchnęli z ulgą. Dla większości ludzi jednak nie ma znaczenia czy historie Leppera są prawdziwe, czy nie - liczy się informacyjny szum, który sprawia, że "kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą" i przekonanie zwykłych ludzi, że jak ktoś z uporem powtarza te same bzdury przez lata to "coś tam musi być na rzeczy".
      Prosty argument, że w dobie niczym nie skrępowanej wolności słowa napisać można wszystko i wygłosić każdą brednię, nie przemawia do ludu. Prostą prawdę, że nakład dziennika, który zmieszcza głupstwo w niczym nie przybliża kłamstwa do prawdy, znają nieliczni. I tak ogromne rzesze ludzi stają się marionetkami w rękach mediów, które w ogromnym stopniu kształtują nasz obraz rzeczywistości, nierzadko ją fałszując.
POWIEDZ MI, CO WIESZ O LE PENIE...
      Weźmy trochę zakurzony, ale wprost idealny przykład: francuskie wybory prezydenckie i Jean Marie Le Pen. Większość środków masowego przekazu dokonała zręcznej, brutalnej i profesjonalnej demonizacji tego człowieka. Po fali obrazów i słów, jakie przelały się przez media i ludzkie umysły, mało kto nie krzywi się na widok Le Pena. Każdy przeciętnie zorientowany Polak wie, że to faszysta, ksenofob i zagrożenie dla Republiki Francuskiej. Jeśli kiwnąłeś ze zrozumieniem głową na te słowa, drogi czytelniku, to proszę cię teraz uprzejmie: powiedz mi jaki jest program Le Pena? Stawiam whisky przeciw stokrotkom, że większość nie wydusi z siebie nawet kilku słów. Dlaczego? Bo nikt nie zwrócił uwagi na program Le Pena, bo nikt nie skrytykował jego politycznych poglądów, nikt ich nie przedstawił! Uczyniono z niego szaleńca bez użycia choćby jednego konkretu. Wystarczyło do tego kilka wypowiedzi jego politycznych wrogów, kilka migawek z antylepenowskich pochodów i już. Niech teraz Le Pen udowadnia, że nie jest wielbładem!
      Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie bronię tu Le Pena, bronię prawdy, która przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Słysząc głosy oburzenia, dziwny niekonkretny bełkot mediów zabrałem się za poszukiwanie faktów. Proszę mi wierzyć - dotarcie do konkretnych, obiektywnych informacji na temat Le Pena graniczy z cudem. Wszędzie tylko wrzask, histeria, kolorowe relacje-ogłupiacze i obsesyjne antyfaszystowkie apele. I nigdzie ani okruszka programu Le Pena, który ponoć jest tu głównym bohaterem.
      Tak się dziś robi informacje. Nie ważne co się stało, nie ważne gdzie i kiedy - ważne jak zostanie to pokazane. Mało kto zwrócił uwagę, że wszystkie relacje na temat Le Pena są zbiorem opinii i kolorowych obrazków, pośród których występuje podejrzany wręcz niedobór faktów. Ludzie nie zwrócili uwagi, iż program Le Pena przemilczano - wysłuchali opinii o jego faszyzmie i ksenofobii przyjmując to wszystko ze pewnik, bez krzty zainteresowania skąd takie opinie.
LUDZIE-GRAMOFONY
      Problem jest daleko poważniejszy niż wielu mogłoby przypuszczać. Miażdżąca większość społeczeństwa jest zupełnie biernym odbiorcą informacyjnego szumu. Mało kto próbuje informacje segregować, mało kto bawi się w oddzielanie faktów od opinii, dowodów od pogłosek. Wszystko zlewa się w jeden wielki ocean bełkotu, w którym wszystko ma jednakową wartość.
      Wizyta papieża, Talibowie w Klewkach, faszyści u władzy, zjednoczona Europa, spory w koalicji, wybory samorządowe, prognozy mówią, że lato będzie upalne... Każdy potrafi wypowiedzieć te kilka słów kluczy i dorzucić parę zdań rozwinięcia. Osiągnięcie tego poziomu uznaje za osobisty sukces, polityczne obycie i wyrobienie. I jest to wielki błąd, bo każda z opinii jest tylko głuchym echem słów wypowiedzianych w serwisie informacyjnym, wyrecytowaną garścią frazesów przeczytanych w Trybunie. Człowiek, któremu się zdaje, że ma tak wiele własnych sądów jest w istocie człowiekiem-gramofonem, powtarzającym mechanicznie zasłyszane wczoraj plotki i robiącym to bez udziału procesów myślenia. Taki człowiek, przeciętny obywatel dzisiejszych czasów, jest marionetką w rękach mediów, żyjącym w poczuciu pełnej wolności faktycznym niewolnikiem tych, którzy zdobyli monopol na mówienie mu o świecie i którzy wyręczają go z jakże przykrego obowiązku każdego homo sapiens - myślenia.
      Taki świat, w którym nie myśli nikt, oprócz wąskiej grupy ludzi serwujących masom swoją wizję rzeczywistości, jest szalenie niebezpieczny. Pół biedy, jeśli światem władają średnio niebezpieczne plagi politycznej poprawności czy socjalistycznej nowomowy. Prawdziwe zagrożenie może dopiero nadejść, gdy środki masowego rażenia, pardon - przekazu, zechce wykorzystać jakowyś szaleniec. Pora zacząć myśleć, jak przystało na homo sapiens. Jutro może być za późno, gdy naiwne masy pójdą za głosem swoich guru, jak owce prowadzone na rzeź...
Pasibrzuch