Lektury szkolne - zło konieczne?

Z lekturami szkolnymi odkąd pamiętam było tak, że mało kto je czytał. W pierwszych klasach podstawówki oczywiście czytało się wszystko. W miarę upływu lat książki stawały się coraz grubsze i nudniejsze. Tak sądzi wiele znanych mi osób. Czy ja też tak myślę? O tym napiszę poniżej.

Mój stosunek do lektur szkolnych można określić jako obojętny. Nie przepadam za nimi, ale też nie neguję ich istnienia. Chciałbym natomiast przedstawić sytuację jak to się rozchodzi, jeśli chodzi o czytanie lektur. Jak już wspomniałem we wstępie, lektury towarzyszą nam od początku szkoły. Na początku czytaliśmy "Opowieści o pilocie Pirxsie", później było " W pustyni i w puszczy", następnie "Mały książę", "Lalka" i tak dalej. Jedne książki zostaną nam w pamięci na długo, rzecz można, że na zawsze. O innych chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć. Dlaczego? Ano dlatego, że były one okropnie nudne i niedobrane do naszego ówczesnego poziomu umysłowego. Obecnie zauważyłem, że ta sytuacja się zmienia. Lektury stają się coraz bardziej przyjazne. Słyszałem nawet, że niektórzy nauczyciele sięgają po pozycje, które ostatnio biją rekordy popularności wśród młodzieży ("Władca Pierścieni"). 
Kiedyś było jednak inaczej. Do dnia dzisiejszego wspominam sytuację ze szkoły podstawowej, gdy mieliśmy przerabiać "Pięć przygód detektywa Konopki". Znałem tę książkę doskonale. Mimo młodego wieku (miałem wtedy 11 może 10 lat) przeczytałem ją już chyba 6 razy. Bardzo się cieszyłem, że w końcu będę mógł w szkole przerabiać moją ulubioną lekturę. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że z Konopki nici, wiem tylko ja sam. Nauczyciele tym działaniem sami zniechęcili mnie do lektur. Przynajmniej w szkole podstawowej. W liceum sytuacja była trochę inna. W pierwszych 2 latach nauki lektury nie były takie długie jak pod koniec podstawówki, ale były to głównie utwory liryczne lub dramatyczne ("Kordian", "Antygona"). Kiedy weszliśmy w Pozytywizm sytuacja się zmieniła. Utwory znowu pisane były czysta i zrozumiałą epiką. Jednak nie mogło być aż tak dobrze. Dobre 1000 stron "Lalki" skutecznie hamowało zapędy, co bardziej radośnie nastawionych do życia ludzi. Ale nie zawsze było tak źle. Kilka dni temu skończyłem czytać "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego i złego słowa o tej lekturze nie mogę powiedzieć. Czytało mi się ją miło i przyjemnie. Co innego ,,Lord Jim" - utknąłem na 100 stronie i nie wiem czy skończę lekturę. 
Rozwodząc się tutaj nad lekturami szkolnymi doszedłem do wniosku, że tak jak w życiu, każda lektura ma swoich zwolenników jak i przeciwników. Z doświadczenia wiem, że tych drugich niestety jest więcej. W dzisiejszych czasach po książkę sięgają już tylko nieliczni. Statystyki są przerażające. Większość uczniów woli obejrzeć lekturę w telewizji lub po prostu mówiąc slangiem "olać ją" i nie czytać w cale. Jest to oczywiście złe postępowanie. Książki rozwijają wyobraźnię, intelekt, a w najgorszym przypadku uczą ortografii. Moim skromnym zdaniem lektury powinny być bardziej "nowoczesne". Wtedy z pewnością byłoby więcej ich amatorów. Nie należy oczywiście zapominać o strych wysłużonych pozycjach - każdy powinien znać klasykę literatury. 
Liczę na to, że coś pod tym względem się ruszy. Już doszły mnie słuch, że "idzie ku dobremu" (jak to mawia Małysz). Pożyjemy - zobaczymy. Teraz zabieram się do kolejnej lektury - myślę, że zdążę ją przeczytać przed końcem roku szkolnego :). 

Kamil