| |
Kwoczewscy
Pewnego czerwcowego dnia pan Piotr wychodz±c z pracy spotkał swojego najlepszego przyjaciela.
- Cześć, Wojtek. - Powiedział.
- Cześć, Piotrek. - Odpowiedział Wojtek.
- Nie mam na imię Piotr! - Zdenerwował się Piotr. - Mam na imię Anastazy! Rozumiesz?! Anastazy!
- No dobra, dobra, Anastazy, ale w twoim dowodzie jest napisane Piotr Kwoczewski. Sam widziałem.
- Bo mnie rodzice źle nazwali!
- No dobra, Anastazy, mam dla ciebie propozycję.
- Jak±? - Zapytał z zaciekawieniem Piotr, to znaczy Anastazy. Był tak zainteresowany, że nie zauważył staruszki, do której się zbliżali.
- Mam ładny domek jakieś 50 kilometrów od miasta. Cisza, spokój. Mógłbyś tam zamieszkać przez wakacje. Słyszałem, że s±siedzi podejrzewaj±, że dom nie ma właściciela i mog± sobie z niego zabrać co chc±. Gdybyś tam zamieszkał, powstrzymałoby to ich.
- Napraw... - zacz±ł Anastazy i nie dokończył, ponieważ przerwała mu staruszka, na któr± wpadł i wysypał jej jabłka z siatki.
- Jak tak można?! Co za chamstwo! Niby to dorośli ludzie, a tak się zachowuj±! Jak tak można?!
- Przepraszam, nie zauważyłem pani...
- Co za bezczelność! Jak człowiek niski, to taki jeden z drugim myśli, że może sobie powiedzieć "nie zauważyłem" i to załatwia sprawę! Jak tak można?!
- Przepraszam, pomogę pani pozbierać... - Powiedział Anastazy sięgaj±c po jabłko, ale nie dokończył, gdyż zdenerwowana staruszka znowu mu przerwała:
- Aha, jabłek mu się zachciało! Wynoś się st±d, chuliganie, wynoś się st±d!!!
Słysz±c to Anastazy uznał, że rzeczywiście pora się wycofać i wszedł w najbliższ± uliczkę. Wówczas spostrzegł, że jego przyjaciel już poszedł i postanowił pójść do domu.
W domu czekała już na niego żona.
- Cześć. - Powiedziała.
- Cześć kochanie. - Odpowiedział. - Mam dla was niespodziankę.
- Zaczekaj chwilę. - Przerwała Świętosława. - Zawołam dzieci. Saturku! Mściusiu! Chodźcie! Tatuś ma dla was niespodziankę!
Pierwszy przybiegł Saturnin. Natomiast jego brat przyszedł w bardzo złym humorze.
- Mamo! - Powiedział. - Nigdy nie nazywaj mnie Mściusiem! Mam na imię Mścisław! Czy ty byłabyś zadowolona, gdyby tato mówił do ciebie Święciusiu?! Dlaczego nikt...
Przemowa Mściu.. to znaczy Mścisława trwałaby zapewne jeszcze długo, gdyby nie przerwał Saturnin:
- Co to za niespodzianka, tato?
- Wyjeżdżamy na wakacje do domku na wsi! Cisza, spokój, a co najważniejsze, całkiem za darmo!
W tym momencie nast±piło to, czego s±siedzi Kwoczewskich nie lubi± najbardziej: rodzina zaczęła wydawać nieartykułowane dźwięki będ±ce oznak± radości.
Przez resztę dnia cała rodzina się pakowała. Obyło się bez poważniejszych problemów i wypadków. Z wyj±tkiem oczywiście rzeczy dla tej rodziny zwyczajnych, na przykład gdy Mścisław szedł do łazienki wrzucić do pralki brudne skarpety, po drodze wystraszył go Saturnin, wskutek czego skarpety wyl±dowały na nosie ojca.
Nazajutrz rano Anastazy złapał taksówkę, rodzina władowała do niej bagaże i wszyscy wsiedli.
- Przepraszamy, że tak dużo bagaży, ale... - Zacz±ł Anastazy.
- Nie ma problemu, szefie, ten wóz dużo wytrzymał, tyle bagaży to dla niego pestka! Dok±d, szefie?
- Proszę jechać do Twarożnej, a potem za miasto.
- A konkretniej, szefie?
- Cel podróży leży jakieś 50 kilometrów za miastem. Proszę ruszać.
- Się robi, szefie.
Kierowca taksówki przez cały czas żuł gumę. Żucie gumy nie przeszkadzałoby Anastazemu gdyby nie to, że gdy taksówkarz mówił, Anastazemu wydawało się, że guma w każdej chwili może wyl±dować na jego nowym swetrze. Sweter ten był dla niego bardzo cenny, ponieważ długo na niego polował. Chyba każdy wie, jak trudno jest dostać czerwony sweter w niebieskie krówki i zielone świnki!
Po kilku godzinach wreszcie dojechali.
- Pięćdziesi±t sześć siedemdziesi±t dwa, szefie. - Powiedział taksówkarz.
- Proszę. - Powiedział Anastazy wręczaj±c pieni±dze.
Kierowca przeliczył i odjechał.
- Kochanie, ktoś idzie. - Zauważyła Świętosława.
- Rzeczywiście, to pewnie s±siad. - Stwierdził Anastazy. - Dzień dobry.
- Pfklh! - Odpowiedział radośnie s±siad. - Jepfem fafyp f±ściapef, che, che, che, pflkhstmkhf!
- To musi być jakiś regionalny język. - Powiedziała Świętosława spogl±daj±c na męża.
- Pewnie tak. - Odpowiedział niepewnie Anastazy.
S±siad widocznie zorientował się, że go nie rozumiej±, gdyż poszedł do swojego domu. Rodzinka tymczasem podzieliła się pomieszczeniami i każdy wnosił swoje rzeczy do swojego pokoju.
Gdy wszyscy wnieśli do swoich pomieszczeń bagaże i wygonili stamt±d szczury i karaluchy, cała rodzina zgromadziła się w kuchni. Anastazy usiadł na krześle i zacz±ł czytać gazetę sprzed dwóch tygodni, co widz±c Świętosława zaproponowała, żeby j± wyrzucił i kupił dzisiejsz±. Anastazy jednak postanowił nie wyrzucać gazety, dopóki jej nie przeczyta do końca. W końcu wydał na ni± 1,37zł! Świętosława nie była przekonana, czy rzeczywiście warto w ten sposób oszczędzać, lecz stwierdziła, że ma ważniejsze sprawy na głowie. Zaczęła więc przygotowywać obiad, co chwilę przypominaj±c sobie kolejn± mniej lub bardziej istotn± rzecz, któr± zostawiła w domu. Mścisław tymczasem zainteresował się naczyniem wypełnionym jak±ś dziwn±, półprzezroczyst±, żółtaw± ciecz±. Nie miała ona zapachu (ani smrodu), ale wydawała się stara, ponieważ na dnie zd±żyły już się wytr±cić niebieskawe kryształki. Saturnin zaś zainteresował się wielk±, metalow± misk±. Gdy próbował ści±gn±ć j± z szafy, spadła na podłogę z wielkim hukiem. Gdy rodzina to usłyszała, wszyscy chóralnie przez piętnaście minut wrzeszczeli na Saturnina.
Nazajutrz rano Świętosława obudziła się jak zwykle pierwsza.
- Anastazy! Wstawaj! - Powiedziała.
- Eee... już wstaję... - Powiedział Anastazy, po czym zasn±ł.
Świętosława tymczasem poszła budzić dzieci.
- Mściu... Mścisławie, wstawaj! Już póź... - Zaczęła Świętosława, i nie dokończyła, ponieważ przeraziło j± to, co zobaczyła za oknem. Wrzask mamy podziałał na Mścisława lepiej niż najnowocześniejszy budzik. Gdy uświadomił sobie, że mama nie jest przerażona tym, że już tak późno, a on jeszcze śpi, zacz±ł zastanawiać się nad przyczyn± jej przerażenia. Patrzała ona na okno, więc skierował tam swój wzrok i zobaczył... podwórko. Zwyczajne podwórko. Tu i ówdzie trochę błota, tam parę kawałków drewna, i nic poza tym. Gdy tak rozmyślał, co tam mogło być przerażaj±cego, Świętosława nie przestaj±c krzyczeć wybiegła z pokoju. Gdy Anastazy j± usłyszał, natychmiast się obudził.
- Już wstaję, wstaję, nie musisz tak wrzeszczeć! - Powiedział.
- T... tto... nie... tt... tttyyyyyy...
- Nie?! To dlaczego tak wrzeszczysz?!
- ona... tam... b... b... była...
- Kto ona... Co?! Nie! To niemożliwe! Chyba nie Ofelia?! Bo jeśli tak, to ja się wyprowadzam! Jeśli ta gruba baba zwaliła się nam na głowę, będziemy musieli albo j± wyrzucić, albo zakopać lodówkę w piwnicy! Zawsze wyżera nam wszystkie...
- To... nie... ona... to... lo...dó... wka...
- Co?! Lodówka?!
- Tak! Sama widziałam! Była tam, mówię ci, naprawdę tam była! To było okropne!
- Co?! Co okropnego może być w lodówce?! I gdzie ona była?!
- Na... podwórku. Rozumiesz?! Była tam i zjadła psi± budę! Widziałam, jak deski pękały jej w pysku! To było okropne! Jak krzyknęłam, to ona zwiała. Nigdy bym nie przypuszczała, że lodówka potrafi tak szybko biegać!
- Kochanie, uspokój się! Musiałaś wieczorem zjeść coś nieświeżego i miałaś koszmary i halucynacje. To się zdarza.
- To nie były żadne halucynacje! Ja to widziałam naprawdę!
- Wobec tego to pewnie s±siad przebrał się za lodówkę! Przecież lodówki same nie chodz± na podwórko straszyć ludzi.
- Mówię ci, że to była lodówka! Przecież rozpoznałabym przebranego s±siada!
Anastazy chciał odpowiedzieć, ale przeszkodził mu Mścisław, który właśnie wpadł do pokoju.
- Co się stało? - Zapytał.
- Nic, mama tylko zobaczyła... lodówkę.
Po długiej naradzie w kuchni wszyscy zgodzili się, że trzeba niezwłocznie przeszukać podwórko w poszukiwaniu śladów. Świętosława zaprowadziła ich w miejsce, w którym ostatnio widziała lodówkę.
- Rzeczywiście, tu s± ślady! - Powiedział zdziwiony Anastazy. - Kochanie, chyba zaczynam ci wierzyć. Takich śladów nie mógł zostawić żaden człowiek ani zwierzę. Rozdzielmy się i sprawdźmy, sk±d i dok±d prowadz± te ślady!
Saturnin i Anastazy poszli w jedn± stronę, a Mścisław i Świętosława w drug±. Z pocz±tku obydwa ślady strasznie kluczyły i wiły się po okolicy, ale później obie grupy z przerażeniem spostrzegły, że spotykaj± się u progu domu, w którym mieszkali.
-To znaczy, że ona wyszła z naszego domu i wróciła! - Stwierdził przerażony Mścisław.
- Spójrzcie! Jeden ze śladów urywa się na progu! Ciekawe, czy to pierwszy, czy powrotny? - Zapytał Saturnin.
- Urywa się, ponieważ lodówka nie mogła odcisn±ć śladów w podłodze, a przed wyjściem nie mogła zrobić śladów z błota, takich, jak te powrotne. Obawiam się, że prowadz± one do piwnicy! - Powiedział przerażony Anastazy, gdyż tam właśnie trzymał cały zapas piwa!
- Anastazy, pójdź sprawdzić, czy ona tam jest! - Powiedziała Świętosława, popychaj±c męża w stronę wejścia do piwnicy. Anastazy, chociaż, jak wszyscy, bał się, odważnie otworzył drzwi - w końcu chodziło o jego piwo! Po otwarciu drzwi przekonał się, że w piwnicy panowała nieprzenikniona ciemność. Po chwili, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zauważył, że na suficie jest lampa, z której zwisał strasznie długi i gruby sznurek.
- To wygl±da na starożytny wył±cznik. Spróbuję zapalić światło. - Oznajmił czekaj±cej z niecierpliwości± przy wejściu rodzinie, po czym poci±gn±ł za sznurek. Gdy zapaliło się światło, zobaczył cał± piwnicę, ale nie było tam żadnej lodówki. Odetchn±ł z ulg± - piwo było bezpieczne. Gdy zacz±ł się zastanawiać, co w takim razie stało się z lodówk±, usłyszał wrzask Świętosławy i krzyk Saturnina:
- Tato, padnij!
Jednak było już za późno. Sznur od lampy zakręcił mu się wokół szyi i zacz±ł dusić. Na szczęście Świętosława miała przy sobie swoje ulubione kiszone ciasteczka. Podbiegła do męża i podstawiła lampie jedno ciasteczko pod klosz. Po trzech sekundach, gdy lampa poczuła, przepaliła jej się żarówka, a ona sama uciekła w najciemniejszy k±t piwnicy. Gdy rodzina zamykała drzwi od piwnicy, usłyszeli upiorny śmiech i przerażaj±cy głos, który mówił:
- To jeszcze nie koniec!!!
Cała rodzina udała się na naradę do kuchni. Pierwszy głos zabrał Mścisław:
- Więc to nie tylko lodówka, ale i lampa!
- Mnie się jednak wydaje, że to ani lodówka, ani lampa. Mamy tu do czynienia z czymś innym, o wiele bardziej przerażaj±cym i niebezpiecznym! - Powiedział Anastazy.
- Z czym?
- Z czym? - Przerwały mu dzieci.
- Dzieci! Nie przeszkadzajcie ojcu! Zajmijcie się czymś! Tylko nie wychodźcie z kuchni!
- Moim zdaniem tu straszy. I to wyj±tkowo wredna zmora, wredniejsza, niż - nie s±dziłem, że to kiedykolwiek powiem - niż Ofelia! Potrafi się przemieniać w lodówkę i lampę, a nie wiadomo w co jeszcze!
- Co w takim razie zrobimy? Proponuję natychmiast wrócić do domu!
- Chcesz tu wszystko zostawić?!
- Nie! Przecież zanim przyjechałaby taksówka, moglibyśmy się spokojnie spakować!
- A sk±d wiesz, że nie spakowalibyśmy zmory? Przecież nie wiemy, w co ona potrafi się zamieniać!
- Rzeczywiście! Czy mamy więc bezczynnie czekać, aż nas wykończy?!
Gdy dorośli się kłócili, Mścisław przyniósł naczynie z półprzezroczyst±, żółtaw± ciecz±.
- Tato! - Powiedział. - Jak przyjechaliśmy, to nie było tego napisu!
Anastazy ostrożnie podniósł naczynie, przyjrzał mu się uważnie, po czym z min± znawcy powiedział:
- Hm, rzeczywiście wcześniej tego nie widziałem. To dość dziwny napis. Litery wygl±daj± jak z poprzedniej epoki.
- Co tam jest napisane?! - Wykrzyknęła zniecierpliwiona Świętosława.
- Coś... dziwnego. Posłuchaj:
Jeśli pomóc trzeba komu
Kogo straszy tu, w tym domu
Jeśli straszy i na dworze
Wypij to, to ci pomoże.
- Ciekawe, kto to napisał. Z pewności± nie miał zbyt dużego talentu.
- Istotnie, na poezję to nie wygl±da. Ale z tego napisu wynika, że ten płyn to nasza ostatnia deska ratunku.
- Możliwe, że ton±c chwytamy się brzytwy.
- Nie wywołuj wilka z lasu!
- Lepiej dmuchać na zimne.
- Do odważnych świat należy! A zatem twoje zdrowie! - Powiedział Anastazy, po czym wypił zawartość naczynia. Wtedy stało się coś nadzwyczajnego i strasznego zarazem. Otóż z piwnicy wybiegł śmiej±c się jakiś chudy mężczyzna w średnim wieku, wygl±daj±cy jak poborca podatkowy, a Anastazy znikn±ł. Zamiast niego na krześle pojawił się półmisek. Czerwony półmisek w niebieskie krówki i zielone świnki.
- Co się stało? Gdzie ja jestem? - Zapytał głos Anastazego wydobywaj±cy się z półmiska.
- Anastazy? - Spytała niepewnie Świętosława.
- A kto? - Odpowiedział półmisek.
- Kochanie?
- Co?
- Dlaczego wygl±dasz jak półmisek?
- Tak lepiej? - Odpowiedział półmisek, w tej chwili już jako stare żelazko. - Podoba ci się?!
- A nie możesz wygl±dać jak człowiek?!
- Nie! Nic żywego! Mogę zamieniać się jedynie w artykuły gospodarstwa domowego!
Anastazy zacz±ł zamieniać się w różne rzeczy, przy czym gdy zamienił się w szafę, zgniótł krzesło. Przez pięć minut demonstrował swoje ogromne możliwości, po czym w mieszkaniu rozległ się złowieszczy dźwięk dzwonka. Zadzwonił pięć razy, przerwa, siedem razy, dłuższa przerwa i raz. Anastazy od razu poj±ł, co się święci, zamienił się w półmisek i pomkn±ł do lodówki. Świętosława też wiedziała, na co się zanosi. Tylko jedna osoba dzwoniła w ten sposób
- Ofelia. - Powiedziała grobowym tonem.
Słysz±c to Mścisław zerwał się i z przerażeniem krzykn±ł na brata:
- Saturnin! To ciocia Oferma! Chowaj cukierki! Wszystko!
- P... pójdę otworzyć. - Powiedziała Świętosława. Podczas gdy dzieci i Anastazy próbowali ocalić chociaż część zapasów, ona otwierała drzwi. Gdy to zrobiła, ukazała się jej postać ogromna, szeroka, tłusta, z której oczu wyzierał bezgraniczny głód.
- Och, Świętosławo! Jak się cieszę, że cię widzę! Ty masz takie dobre jedzenie! - Zawołała Ofelia, po czym pobiegła do lodówki. Jak zawsze, odnalazła j± bez trudu. Choć Kwoczewscy za każdym razem ustawiali lodówkę w innym miejscu, Ofelia zawsze odnajdywała j± za pierwszym razem. Tak, była ona prawdziw± zmor± tej rodziny.
- O! Jak miło! Widzę, że przygotowaliście dla mnie cały półmisek. - Powiedziała. Na nieszczęście, półmiskiem tym był Anastazy. Gdy Ofelia otworzyła lodówkę, zdawało mu się, że już po nim. W końcu nieraz zostawiała po sobie jedynie potłuczone zgliszcza naczyń. Anastazy leżał na samym spodzie, a Ofelia zaczynała jedzenie od górnych półek. Gdy do zjedzenia została jej tylko półkilowa paczka kiełbasy, Anastazy podj±ł rozpaczliw± próbę uratowania siebie i resztek jedzenia. Gdy Ofelia schyliła się po ostatni kawałek kiełbasy, wyskoczył z lodówki, prześlizgn±ł się pomiędzy jej nogami i pomkn±ł w stronę piwnicy. Gdy Ofelia zorientowała się, co się dzieje, natychmiast ruszyła za nim, demoluj±c wszystko, co zastawała na swojej drodze. Gdy Anastazy wbiegł do piwnicy, z powodu ciemności Ofelia straciła orientację i zgubiła trop. Anastazy miał więc czas, żeby zaplanować dalsze działanie i ukryć się. Najpierw zaszył się w najciemniejszy k±t, a potem zamienił się w garnek. Teraz Ofelia nie mogła go potłuc jak półmiska. Po chwili jednak uświadomił sobie, że z garnka można jedzenie po prostu wyj±ć, więc zamienił się w szafkę. Jednak szafkę można otworzyć... wobec tego zamienił się w szafkę z zamkiem. Przeszło mu przez myśl, że lepszy byłby w tej sytuacji zamek z szaf± w środku, jednak w piwnicy nie było dość miejsca, zadowolił się więc zamian± w niewielki sejf. Ofelia zaś zeszła do piwnicy i zaczęła węszyć. Anastazy miał nadzieję, że hermetyczny sejf jest wystarczaj±co zapachoszczelny, ale pomylił się. Ofelia nieomylnie skierowała się w jego stronę. Gdy była już przed nim twarz± w, nooo... powiedzmy, przedni± ściankę, chwyciła gruby, żelazny dr±g. Był on tak mocny i wytrzymały, że mogłaby nim rozwalić nawet sejf bankowy. Anastazy przeraził się jeszcze bardziej, gdy Ofelia wpatruj±c się w niego, zgięła ten dr±g! Zatem mogła rozerwać Anastazego na strzępy nawet gołymi rękami! Przez chwilę stała, jakby zastanawiaj±c się, jak najlepiej zaatakować, po czym rzuciła się na niego i już miała go rozszarpać, gdy znieruchomiała. Zaczęła węszyć, puściła go i powiedziała jedno słowo:
- Cukierki!
Węch jak zwykle jej nie mylił. To Mścisław i Saturnin wysypali cukierki aby ratować tatę. Obolały Anastazy przypełzł do nich i powiedział:
- Dzięki, dzieciaki. Byłoby po mnie.
- Tato, musisz o czymś wiedzieć. - Powiedział Saturnin. Te cukierki rozsypaliśmy od piwnicy w stronę drzwi i...
- To bardzo dobrze! Mam nadzieję, że rozsypaliście je jak najdalej od domu!
- Ale... Wiesz tato, to trochę perfidne...
- Trochę? - Przerwał mu Mścisław.
- No... nie aż tak trochę, ale... ostatni cukierek daliśmy s±siadowi.
- Co?!
- Co prawda jego żona, taka chuda, koścista zmora, chciała mu go wyrwać, ale on się nie dał i zjadł.
- No cóż, biedni ludzie... Ale pozbyliśmy się Ofelii!
W tym momencie do piwnicy przybiegła Świętosława.
- Wiecie, co się stało?! - Wykrzyknęła. - Ofelia zbieraj±c coś z ziemi pobiegła do s±siadów! Żona tego nieszczęśnika, wiecie, ta koścista Ksantypa, jak j± zobaczyła, to uciekła! Wiecie, co?! Chyba Ofelia spodobała się jej mężowi!
- Spodobała?! Ofelia?! - Wykrzykn±ł Mścisław. - Ależ ta zmora musiała być okropna! Znaczy ta Ksantypa, czy jak jej tam...
- Ale jak on z ni± teraz wytrzyma?!
- Może przywykł już do towarzystwa krów.
- A nie będzie mu ich brakowało?
- Kogo? Krów? To myślisz, że Ofelia je sprzeda?
- Nie, myślę, że je zje żywcem!
Pomimo tego, że było to jak najbardziej prawdopodobne, cała rodzina wybuchła śmiechem.
Później zaś Anastazy i Świętosława zaczęli się zastanawiać, co robić dalej.
- Zadzwonię do brata. - Zaproponował Anastazy.
- Co? Do Ambrożego?! I co mu powiesz? Żeby przyjeżdżał natychmiast? Tak jak ostatnio, kiedy przyszedł dwa tygodnie później, chociaż miał do nas pięć kroków? Wtedy też obiecywał, że będzie natychmiast!
- Teraz na pewno się nie spóźni.
- Tak jak wtedy, gdy przyjechał do umieraj±cej babci w rok po pogrzebie, mówi±c, że bardzo się spieszył, żeby się z ni± pożegnać?! Zastanów się! Ambroży spóźniłby się nawet na własny pogrzeb!
Pomimo, że Świętosława podała Anastazemu siedemdziesi±t sześć przykładów spóźnień Ambrożego, wygl±dało na to, że za jakiś czas będzie znała siedemdziesi±ty siódmy. Jej m±ż właśnie do niego dzwonił. Anastazy wykręcił numer, czekał, czekał, i czekał, i czekał...
- Mogłam się spodziewać. Do telefonu też się spóźnia. - Stwierdziła Świętosława.
- Nie kracz! - Powiedział Anastazy.
- Halo, kto mówi? - Odezwał się wreszcie w słuchawce głos.
- Tu Anastazy. Stało się coś strasznego. Zabierz nas st±d.
- Co się stało?! Huragan? Powódź? Trzęsienie ziemi?
- Gorzej. - Powiedział Anastazy grobowym tonem.
- Zlodowacenie? Czy... czy może wizyta Ofelii?
- No właśnie.
- Wyruszam natychmiast. Nie traćcie nadziei! Zaraz będę na miejscu. - Obiecał Ambroży, po czym dodał: - Aha, Anastazy, czy możesz mi coś wyjaśnić?
- Co takiego?
- Twój głos... wydaje się jakiś taki... porcelanowy. Wiesz, jakbym gadał z półmiskiem.
- To pewnie kwestia poł±czenia. - Odpowiedział smętnie Anastazy i odłożył słuchawkę.
Ambroży przyjechał po pięciu godzinach oczekiwania. Gdy Świętosława wreszcie zdołała mu wytłumaczyć, że Anastazy nie jedzie z nimi, opuścili wreszcie to miejsce. Kiedy byli już w domu, Świętosława nie mogła powstrzymać się przed wyrażeniem swojego zdumienia.
- Czekaliśmy na niego pięć godzin! Był po prostu zadziwiaj±co punktualny! To niewyobrażalne!
- W końcu to mój brat! - Stwierdził z dum± półmisek. - Muszę wam coś powiedzieć. - Dodał poważnym tonem.
- Co? - Spytała Świętosława
- Coś strasznego. Będę półmiskiem czy czymś tam jeszcze przez siedemdziesi±t osiem lat. Wtedy będę mógł zrobić tak± gleję z kryształkami jak ta, któr± wypiłem. Wtedy ktoś inny stanie się po wypiciu upiorem.
- Nie można tego zrobić wcześniej?!
- Można. Razem z now± postaci± otrzymałem trzy noże. Po jednym dla każdego świadka mojej przemiany. S± wykonane z drewna, ale wystarczy małe draśnięcie, aby was zamienić w upiory. To moja jedyna szansa. Spojrzał na nich groźnie, po czym... wrzucił wszystkie noże do ognia płon±cego na kominku. - Ale jesteście moj± rodzin±. Nie mógłbym tego zrobić.
Noże płonęły. Im bardziej się spalały, tym półmisek był bledszy i bledszy, a gdy z ostatniego noża została tylko garstka popiołu, znikł zupełnie. Jednak na jego miejscu pojawił się Anastazy. Ten sam Anastazy, który jakiś czas temu zaproponował rodzinie wyjazd na wieś, ten sam, który tropił lodówkę w piwnicy i ten sam, który wypił podejrzany napój dla ratowania rodziny. Rzucili się sobie w objęcia, po czym znowu nast±piło to, czego s±siedzi Kwoczewskich nie lubi± najbardziej: cała rodzina zaczęła wydawać nieartykułowane dźwięki będ±ce oznak± radości. Następnie odezwała się Świętosława:
- Mścisławie, zobacz, co z chomikiem? Mam nadzieję, że jeszcze żyje.
- Racja, idziemy zobaczyć, jak tam Fredzio! - Zawołał Saturnin, po czym pobiegł z bratem na górę.
- Kochanie? - Powiedział Anastazy
- Co takiego?
- Jeśli ktoś przestaje być potworem, staje się nim zawsze ktoś inny. Tak się zastanawiam, kto nim jest teraz?
Chwilę później z pokoju Mścisława dało się słyszeć głos:
- W klatce nie ma Fredzia! S± za to dwa pojemniki na żarcie, z których jeden próbuje się wydostać...
Prof. Ogóra$
Przewodnicz±cy
Zwi±zku Demonicznych
Warzyw
|