*** Jak narkotyk ***
Dziesiąty, co drugiego miesiąca. Ooo sądny dzień! Wtedy to, co sił w nogach pędzę do Boxu (to taki malutki, ale i najlepszy sklep muzyczny w mojej mieścinie) przyklejam się do lady a Daniel (właściciel sklepu) podaje mi z prędkością światła coraz to lepsze produkcje chwaląc w niebogłosy swych muzycznych bogów. Ja tymczasem śliniąc się coraz bardziej mam mętlik w głowie i osobę Daniela przed oczyma. Biorę do rąk mych spragnionych po kolei wszystkie płyty, a kiedy czuje, że jedna z nich pali mą skórę, wtedy zaciskam na niej me pełne pożądania dobrych płyt paluchy. Płace za nią pośpiesznie. I jak torpeda wracam do mej pieczary. Wkładam płytę w wysłużony odtwarzacz i cała swą uwagę skupiam na muzyce, która wypełnia mnie dla innych nie zrozumiałą rozkoszą.
Ooo! Zaprawdę powiadam wam muzyka uzależnia.
Poczęłam się dziś zastanawiać skąd bierze się me chorobliwe pożądanie dobrej muzyki.
Odkąd sięgnę pamięcią, zawsze w moim życiu była muzyka. Do niedawna jeszcze (teraz już nie, bo jak mówią wiek im na to nie pozwala) moi rodzice łazili w pociętych spodniach i koszulkach z naszywkami Ironów, NIRVANY, czy Led Zeppelin. Od kołyski był mi puszczany rock i gatunki pochodne. Przyzwyczaiłam się do tego. Kiedy trochę podrosłam zaczęłam szuka własnej muzycznej ścieżki . Podróżowałam od NIRVANY, (którą do dzisiaj ubóstwiam) po Black Sabath. Następnie nastał czas, Offspringów i powrót do korzeni w postaci Pink Floyd. I w tym miejscu nastąpiło przełomowe dla mnie wydarzenie. Trafiłam do mojej obecnej klasy i kiedy zobaczyłam zastępy s8 ścisnęło mnie w gardle wypadłam ze szkoły i niechcący zderzyłam się przy wyjściu z chłopakiem, który jak się potem okazało jest świetnym kumplem (Arti, jeśli to czytasz a czytasz na pewno wiedz, że twoim płytką Dethu nic nie jest) zmierzyłam go niepewnym wzrokiem. Chłopak był wysoki, ubrany na czarno, włosy do karku. Uśmiechnął się podał mi rękę i wtedy musiał zobaczyć naszywkę NIRVANY na moim rękawie, bo przemówił swym zachrypniętym głosem:
- Słuchasz tego?
- Czeg... Aaa! Chodzi ci o naszywki? Jasne!
Ten człowiek pokazał mi świat blacku i dethu. Mówię wam cóż to było za przeżycie, kiedy pierwszy raz nałożył mi na uszy słuchawki i włączył Tearsów w pierwszej chwili wywrzeszczałam:
- Wyłącz to gówno!!
- Chwile mała. Posłuchaj jeszcze trochę.
I posłuchałam. A po pięciu minutach wiedziałam, że to jest to.
Zdaje sobie sprawę z tego, że jestem początkująca i moje przeżycia wydawać się mogą śmieszne. Ale jednego jestem pewna: MUZYKA UZALEŻNIA
PS: GRUNGE IS NOT DEAD!