Ilex wylądował na dziedzińcu domu Blaine'a.
Podał rękę Assuncie,a kiedy zsiadła z ptaka natychmiast zawrócił
go do PokeBall. Zdumieni służący natychmiast otoczyli ich kręgiem.
Kilka kobiet zasypywało pytaniami dziewczynę. Ilex bez słowa
przepchnął się do drzwi domu,ale został zatrzymany przez
lokaja.
- Nie wchodziłbym na pana miejscu.
- Dlaczego?
- Pokemon mistrza jest strasznie rozżalony i atakuje każdego
kto spróbuje zbliżyć się do naszego pana.
- Magmar zna mnie i niedługo przekona się ile mogę zrobić dla
Blaine'a.
- W takim razie niech pan idzie,ale proszę pamiętać: ostrzegałem.
- Dzięki.
Assunta bez słowa przysłuchiwała się tej rozmowie i z uśmiechem
weszła za chlopakiem do domu. Willa była urządzona bardzo
bogato,ale bez przesadnej dekadencji. Na ścianach hallu wisiały
obrazy ukazujące wiele ognistych Pokemon. Okna wpuszczały wiele
światła.
W jednym z pokoi na piętrze leżał rozpalony Blaine.
Przy drzwiach stał Magmar. Wpuścił Ilex'a i Assuntę,po czym
razem z nimi stanął przy łóżku chorego. Na zaczerwienionych
policzkach mistrza widniał pot. Córka ostrożnie otarła jego
twarz wilgotną szmatką i przyłożyła mu do czoła lód.
- Magmar,czy chciałeś pomóc mistrzowi dając mu trochę płomienia?
- spytał Ilex.
- Magmar! Mag,mag,ar,ar,mag,mag-mag,mar.
- Okazał się zbyt słaby - stwierdził chłopiec.
- Mag.
- W takim razie,Assunto,musimy przenieść twego ojca na stadion.
Ja i Magmar zostaniemy z nim i spróbujemy uleczyć. Blaine oddał
całe życie opiece nad ognistymi Pokemon,teraz one odwdzięczą
mu się oddając mu trochę swoich płomieni. Moja wiedza wpomoże
ich starania i na pewno uda nam się. Ale musisz zostać za
drzwiami na arenę. Z twoim tatą mogę zostać ja i Pokemon'y.
Nikt więcej. A teraz każ sługom przynieść wszystkie jego
Pokemon.
- W porządku. Wiecie co robić. Wszystkie PokeBall'e mistrza mają
się znależć zaraz na stadionie - zwróciła się do wyczekujących
służek. Kobiety pobiegły natychmiast.
- Nie odchodż jeszcze Assunto. W gabinecie ojca...Jest tam może
lutnia? Taka gitarka,jakby. Z tyłu ma wypalone lupą płomienie?
- Widziałam coś takiego. Tata nigdy nie pozwalał nikomu na
niej grać. Zawsze uważał,że i tak nikt nie zdoła zagrać tak
jak trzeba,cokolwiek to ma znaczyć.
- Przynieś ją na stadion. Ty,Magmar - zwrócił się do
Pokemon'a - idż na arenę,wypuść wszystkie Pokemon'y i objaśnij
im sytuację. Zaraz przyjdę z mistrzem.
- Mag,magmar.
Gdy został sam Ilex przysiadł się na łóżku Blaine'a.
Pogładził jego rzadkie już włosy. Dawniej
nazywany mistrzem zagadek,teraz leżał zmożony chorobą. Słaby
i wycieńczony ciągle miał w duszy ogień. Kiedyś trenowali
razem. Ilex uczył młodego Blaine'a jak obchodzić się z ogniem.
Płomienie mogły strawić wszystko,ale odpowiednio pokierowane
potrafiły stworzyć cuda. Potrafiły dać nowe życie. Każdy
inny żywioł mógł zniszczyć ogień. Woda zagasić,wiatr
zdmuchnąć,ziemia przysypać i zgasić,ale ogień trwał dalej w
duszy i sercu. To właśnie decydowało o potędze płomienia.
Nigdy nie gasnął tak naprawdę i do końca.
Chłopiec odpiął z paska PokeBall i wypuścił
Pokemon'a. Był to Abra. Po powitaniu Ilex chwycił łapkę
stworka i rękę Blaine'a. Wyobraził sobie stadion na
Cinnabar,we wnętrzu wulkanu,z kupką PokeBall i lutnią na środku.
Gdy obraz był w pełni ukształtowany,szepnął:
- Abra,wizualizacja.
Po dwudziestu sekundach ciszy i skupienia,w których to Pokemon
pobierał bezspośrednio z mózgu mistrza obraz,z ust Ilex'a
wyrwała się kolejna komenda:
- Teleportacja!
Abra rozwarł oczy,które teraz zaświeciły się czerwono.
Najpierw Pokemon,potem Ilex,a na końcu chory zamienili się w
niebieskie pionowe kreseczki,które znikły tak szybko jak się
pojawiły. Po chwili cała trójka wylądowała na brzegu
stadionu. Służba i Assunta,stojąc na schodach otworzyli
szerzej usta na widok materializujących się kształtów. Na
znak dziewczyny wszyscy wyszli. Córka lidera odwróciła się w
drzwiach posyłając pełne powagi spojrzenie na spotkanie uśmiechu
Ilex'a. Chłopak uniósł do góry kciuk. Assunta zamknęła
drzwi i odeszła wraz ze służkami.
Ilex skinieniem głowy powitał stojące w szeregu
Pokemon'y Blaine'a. Były to: Ninetails,Arcanine z dwoma
Growlith'ami na potężnym grzbiecie,Rhydon,Charmander,Ponyta i w
końcu Magmar,który był najsilniejszy z obecnych. Był
pierwszym Pokemon'em mistrza.
Nagle drzwi otworzyły się jeszcze raz. Ilex odwrócił się ze
zmarszczonymi brwiami. W progu stała Assunta.
- Przepraszam,pomyślałam,że może się przydać - powiedziała
rzucając do chłopaka PokeBall.
- Dzięki,ale teraz idż już naprawdę.
Wypuścił Magby'ego kiedy tylko usłyszał trzask zamka. Maluch
popędził drobnym kroczkiem do Magmara,który przywitał go jak
ojciec i podniósł z ziemi. Pokemon mistrza wzmógł płomienie
tak,że jeden z jego palców zapałił się jak zapałka. Dziecko
z lubością wessało płomyczek.
Ilex zmierzył wszystkie Pokemon wzrokiem. Tak jak
przypuszczał nie będą wystarczające silne,szczególnie że
Blaine prawie umierał. Mistrz leżał na ciepłej płycie
stadionu,od spodu podgrzewanej przez zwały płynnej lawy.
Oddychał równo,również jego powieki były spokojne,ale były
to tylko pozory.
Wziął do ręki lutnię leżącą w pobliżu chorego. Delikatnie
pogładził ornamenty na tylniej części instrumentu.Brzdęknął
jedną ze strun na próbę. Kiedy ton zadowolił jego uszy,chwycił
pewniej przyrząd. Stanął na środku stadionu i zaczął grać.
Piękna melodia zaczęła otaczać nie tylko wulkan,ale całą
wyspę. Dżwięki przedarły się pod drzwiami niosąc ukojenie służkom
i Assuncie. Wiatr ustał nad morzem jakby oczekiwał na coś. Z
kilku palm spadły kokosy,które jeszcze przed chwilą były zupełnie
niedojrzałe. Owoce w sadach zarumieniły się,a kilku starszych
ludzi rozbolała głowa pod naporem silnego słońca. Było gorąco
na całym Cinnabar. Nadeszło nagłe lato pogłębiając i tak
wysoką temperaturę w tych rejonach. Nagle przez niebo
pozbawione chmur przemknął dziwny,czerwono-pomarańczowo-żółty
promień i pod kątem prostym skręcił wlatując przez krater do
wulkanu.
Ilex przymknął oczy oddając się cały muzyce płynącej
z lutni. Blaine otworzył oczy i uśmiechnął się widząc chłopca.
Jego Pokemon'y stały nieopodal i przyglądały mu się z radością.
Nawet jeśli przyjdzie mi umrzeć,będę szczęśliwy - pomyślał
lider Cinnabar. Ilex nagle przestał grać. W kraterze zapanowała
cisza. Wlot wulkanu został zasłonięty przez ogromnego ptaka,który
ciągnął za sobą warkocz ognia. Moltres wylądował gładko
przed samym grającym.
Przewyższał chłopaka wzrostem i wagą o jakieś pięć razy,jeśli
nie więcej. Jednak on nie bał się.
- Szlachetny Moltresie. To ja Ilex Dainties. Dawno nie widzieliśmy
się,całe dziesiątki,jeśli nie setki lat. Oto leży tutaj
Blaine,twój przyjaciel. Jak pamiętasz uratował cię przed złem
kiedy ja nie zdążyłem. Ten młody wówczas chłopak omal nie
przypłacił życiem swego poświęcenia i miłości do
wszystkich Pokemon. Teraz ja proszę cię,abyś pomógł i ocalił
go tak jak on kiedyś ocalił ciebie.
- Moooooollltreees! - ptak załopotał skrzydłami i kilka rozżarzonych
iskierek spadło na cały stadion. Wyglądał jak feniks,nieśmiertelny,legendarny
Pokemon.
- Moltresie,musisz pomóc mi zagotować pewną ciecz,która
uratuje życie Blaine'a. Ale jak już powiedziałem: ten płyn
musi się gotować. Nic na całym świecie nie jest w stanie
wprawić jej we wrzenie,oprócz twego ognia. Nawet ty będziesz
musiał skorzystać z pomocy obecnych tu Pokemon. Zgadzasz się?
- MOOLTREES !!! - ściany wulkanu zatrzęsły się od tego krzyku.
Za drzwiami na arenę Assunta i służący zatykali uszy nie mogąc
wytrzymać hałasu. Kilka słabszych Pokemon na stadionie padło
na ziemię zasłaniając uszy. Blaine był zbyt słaby żeby to
zrobić,więc tylko zmarszczył brwi. Ilex wytrzymał i po chwili
już wyjął z plecaka garść ziół i małego Pokemon'a.
Był to młody Kabuto. Do małego kociółka wsypał świeże zioła,po
czym postawił go na środku stadionu,przed Moltresem. Mały
Kabuto posłusznie siedział mu na ręku. Teraz jednak zeskoczył
i wszedł do garnka.
- Teraz,Kabuto. Wysil się do granic. Musisz dać mi trochę
swego oleju. Pamiętasz swoich braci? Dali mi całe setki
dalszego życia dzięki olejowi. A po wydzieleniu go spotka cię
nagroda. Staniesz się Kabutopsem,któremu nie straszne nic na lądzie
i pod wodą.
Pokemon siedział w kociołku. Nagle jego czerwono rozjarzone
oczy zapaliły się uderzającą purpurą. Nikt nie mógł w nie
spojrzeć na dłużej niż kilka sekund. Przerażający dżwięk
wydawany przez Kabuto zastąpił przepiękną muzykę wygrywaną
na lutni Moltresa. Ilex i wszystkie Pokemon'y zatkali uszy. Chłopak
przyskoczył do leżącego Blaine'a,aby owinąć jego uszy
i głowę koszulą. W końcu krzyk osiągnął apogeum. I zelżał.
Potem ucichł,a cisza była nie do zniesienia. W końcu Ilex
podszedł ostrożnie do garnka i zajrzał. Na samym dnie pośród
ziół było małe jeziorko bursztynowej cieczy. Chłopak wyjął
małego Kabuto i uniósł go wysoko na wyciągniętych rękach.
Pokemon zaczął się przekształcać. Z uścisku Ilex'a zaczęły
zwisać dwie kosy oraz długie łapy,które po chwili dosięgły
ziemi. Kabutops stał już sam. Ilex bez słowa wskazał mu drzwi.
Potężny,przewyższający go o głowę,Pokemon skłonił się
krzyżując ostrza i odszedł. Towarzyszyły temu krzyki służek
i głośne westchnienie Assunty.
- Teraz Moltres. Ten kociołek zawiera w sobie olej Kabuto.
Musisz sprawić,aby wrzał. Kiedy użyjesz swego płomienia,twa
moc,choć wielka,zaraz osłabnie,dlatego też twoje ciało spowiją
płomienie tych tutaj Pokemon. Do roboty,przyjaciele - Ilex odsunął
się na bezpieczną odległość i machnął ręką. Wszyscy
podbiegli do Moltresa i zionęli ogniem na jego skrzydła
rozpostarte jak żagle. Tylko Rhydon stanął obok chłopca. Ten
pogłaskał go po twardej skórze.
Płomienie Moltresa ogarnęły malutki kociołek.
Zioła płonęły wydzielając duszący zapach i dym. Często
opary przybierały dziwne kształty,niektóre oplatały ciało
Blaine'a. Staruszek wyginał się wtedy jak przypalany żelazem.
Wszystkie Pokemon'y ziały ogniem z pełną mocą. Ptak machał
skrzydłami potęgując jeszcze siłę wzniecanej burzy ognia.
Magmar starał się
i rzeczywiście jego miotacz był najsilniejszy,wyrażnie
wspomagał Moltresa. Ilex obserwował,że do jego ciała i
Magby'ego cały czas zmierzają smugi drobinek energii. Oba
Pokemon'y pobierały ją z płynącej pod stadionem lawy.
Nagle dwa Growlithe'y upadły z wyczerpania,chwilę potem w ich
ślady poszedł Ninetails. Natychmiast Magmar i jego dziecko
wzmogły atak,ale Magby ledwo trzymał się na nogach. Ilex odwołał
leżących do PokeBall. Miał zrobić to także z maluchem,ale
powstrzymał się. Osmalone ciałko było napięte do granic.
- Rotafireykien - stwierdził Ilex.
Magby usłyszał to i odskoczył od Moltresa. Jego łapki zapłonęły
i po chwili zaczął miotać ogniste kule. Pociski uderzały w
skrzydła Moltresa i natychmiast niknęły.
- Wzmocnij atak.
Magby był już tak szybki,że wydawało się jakby miał co
najmniej osiem rąk. Kule śmigały w powietrzu i wspomagały słabnącego
już ptaka. W tej chwili,gdy Magby zaczął się słaniać padł
Arcanine. Ogromny Pokemon chwiał się na samym brzegu stadionu i
pewnie by wpadł w lawę,gdyby nie zawracający promień wysłany
przez Ilex'a. Ciche westchnienie wyrwało się z dzioba
Magby'ego,gdy padł na twardą płytę areny. Zawrócił go również.
Zaklął pod nosem,bo i Magmar opadł na kolana. Ale usmiechął
się też,gdy zobaczył kilka bąbelków pojawiających się na
powierchni oleju. Zioła spłonęły całkowicie,ale dym z
nich,krążył wokół Blaine'a. Błogi wyraz twarzy chorego był
spowodowany halucynogennymi właściwościami ziółek.
Moltres wyrzucał z siebie coraz słabsze strugi płomieni.
Wreszcie Ilex podszedł do kociołka i wziął go w ręce. O
dziwo nie parzył w dłonie. Wrzący płyn wlał Blaine'owi do
gardła. Żaden grymas bólu nie zagościł na twarzy lidera
Cinnabar. Moltres usiadł na jednej z półek wulkanu jak na grzędzie.
Magmar stał wyczerpany obok Ilex'a obserwując uważnie swego
mistrza. W końcu,gdy cały olej znikł z garnka,a po ziołach
nie pozostał nawet popiół,chłopak podniósł się i położył
dłoń na ramieniu Pokemon'a.
- Jest już zdrów,Magmar. Twój pan powrócił do życia,a będzie
żył długo. Może nawet kolejne osiemdziesiąt lat? Jego ciało
jest teraz młodsze. Niedługo zmieni się na twarzy,znikną
zmarszczki.
- Magma,mag,magmar!
- Jest za co. To potężny i zapomniany rytuał. Nie możesz
nikomu,nawet jemu - wskazał palcem leżącego wciąż lidera -
opisać co tu widziałeś,chyba że sam przyjdę i poproszę o to.
- Mag.
- Dobrze. Teraz czuwaj przy nim. Pamiętaj też,abyś opiekował
się Magbym. Jego siła jest wielka i kto wie do czego
dojdzie,jesli będzie odpowiednio trenowany - Ilex włożył w
gorącą dloń Pokemon'a kulę z dzieckiem w środku.
- A teraz żegnaj.
Podszedł pod półkę z siedzącym Moltresem.
- Ognisty ptaku,zanieś mnie do puszczy Ilex. Od teraz ja jestem
twoim przyjacielem. Będę mógł cię wezwać w najwyższej
potrzebie. Biorę ten instrument jako zapłatę za jego życie.
Kolejne życie.
- Moltres - stwierdził feniks i delikatnie opadł na płytę
stadionu. Ilex wskoczył pewnie na jego pochylony grzbiet.
Ogniste ciało i pióra z płomieni nie parzyły zaufanego
przyjaciela Moltresa.
Z lutnią w dłoni i z plecakiem Ilex wyleciał z
wulkanu przez krater. Pomachał jeszcze Magmarowi,po czym Moltres
popędził z prędkością światła do puszczy. Na zawołanie
Magmara przez drzwi wpadła cała gromada służących i Assunta.
Dziewczyna rozejrzała się,ale nie znalazła Ilex'a ani lutni
ojca. Za to on sam powoli podnosił się na powitanie córki.
Przypadła do niego szlochając. Blaine przytulił ją i objął
drugą ręką Magmara.
- Mistrz był tu?
- Tak,ojcze.
- A więc,córko mam przed sobą kolejne życie. On sam żyje już
setki lat dzięki lekarstwu,które mi dał. Ale na pewno będzie
chciał zapłaty...
- On już ją wziął. Zabrał twoją lutnię.
- CO?
- Wziął twoją lutnię.
- Cholera. Już zapłaciłem. Kto wie,czy nie czymś cenniejszym
niż życie. Ale nie,kolejny byt z tobą,Assunto,jest warty
wszystkiego.
- Do czego służył ten instrument?
- Teraz to już nie ważne. Nie sądzę,abyśmy kiedykolwiek go
jeszcze zobaczyli.
- Jest silny?
- Jest prawie PokeGod. A ten status jeszcze nikomu nie należał
się tak jak jemu.
- A więc odnajdę go i stanę się jeszcze silniejsza.
Blaine pogłaskał ją tylko po głowie i uśmiechnął się.
Kolejne zmarszczki wygładziły się jak za sprawą czarów.