Leciał z prędkością trzech machów. Pidgeot
nie męczył się jednak. Był przyzwyczajony. Już całe lata
trening był zawsze ten sam. Tylko zmieniał się ciężar na
jego grzbiecie. Teraz nie musiał już trenować. Był z pewnością
najstarszym
i najpotężniejszym ze swego gatunku. Ilex leciał do swego domu.
Do puszczy,od której wzięło się jego imię. Dęby ostrolistne
były jego przyjaciółmi,podobnie jak wszystkie dzikie Pokemon'y
w lesie. Gdy leciał tak nad morzem zawsze ogarniał go strach.
Nie lubił wody,właśnie za to,że była tak głęboka,że
odbierala mu dech,wprawiała w paniczny lęk,gdy tylko doszła po
szyję.
W końcu ptak wylądował. Spod ogromnych skrzydeł
zostały wudmuchnięte liście i strzępy ściółki. Ilex
zeskoczył i z ulgą skierował się ku swej małej chatce.
Mieszkał tuż koło świątyni ducha lasu - Serebii. Chałupa
prawie rozsypywała się ze starości,ale była wygodna i nadal
piękna. Od lat nie miał tu gości. Powoli kult strażnika
wygasał,ale chłopiec wciąż wierzył
i polerował mieszkanie codziennie.
- Hoothoot! - zawołał.
Z drzew za domkiem sfrunęło stadko Pokemon'ów. Sowy stanęły
wdzięcznie każda na jednej nóżce i wpatrywały się w swego
trenera. Przyjaciela.
- Jak zwykle,Hoothoot,proszę was o mały patrol wokół naszych
włości. Przynieście mi wszystko: każdy porzucony przedmiot i
każdego człowieka. Do tego ostatniego polecenia posyłam z wami
Houndoom'a i jego bandę.
- Hoo,thoo,hoo! - krzyknęła jedna z sówek.
- Ruszajcie. Nie róbcie krzywdy ludziom. Jeśli będą stawiali
opór opanujcie.
Bez odpowiedzi na jego ostatnie słowa Pokemon'y odleciały klucząc
między drzewami.
Ilex otworzył drzwi lekkim pchnięciem. Pidgeot
wskoczył za nim i natychmiast został wciągnięty do PokeBall.
Po kolacji wyszedł znów przed chatkę. Spojrzał na zegarek. Spóżniały
się. Czyżby od wielu miesięcy zagościł tu człowiek?
I to taki,który stawiał opór Hoothoot'om całą godzinę?
W końcu doczekał się. Sowy pierwsze usiadły na
belkach chałupy,drzewach,a kilka najstarszych przed samym
Ilex'em.
- Hoot,hoot,hoo,hoo,hut.
- A więc jednak. Był twardy na tyle,aby wytrzymać godzinę w
lesie.
- Hoot,hut,hootta,hut...
- Wszystko mów. Właśnie,gdzie psy?
- Hoot,hoot,hoooot.
- Nie,nie leć. Dostaną porządną nauczkę. Ale czas przygotować
się na przyjęcie gościa.
Ilex poszedł do świątyni Serebii. Szybko,ale
wyrażnie wypowiadał słowa odwiecznej modlitwy do strażnika
lasu. Gdy skończył statua odsunęła się ukazując kręte
schody prowadzące głęboko pod ziemię. Chłopak zszedł nimi
pewnie i wszedł do windy. W środku przesunął kartę
magnetyczną w szparce czytnika i wybrał piętro. Elewator ruszył
z cichym zgrzytem niosą pasażera w dół. Wyszedł i od razu
lekko zmrużył oczy. Sala była oświetlona wieloma mocnymi żarówkami.
Całe ściany pokryte były regałami pełnymi PokeBall. Każda
kula opatrzona była nalepką z imieniem Pokemon'a,który w niej
siedział. Pod przeciwległym do windy krańcem wielkiego pokoju
stały metalowe szafki na akta. Na środku sali stał posąg
Serebii. Ilex przespacerował się wzdłuż regałów i w końcu
wybrał jeden PokeBall z Chansey.
Wrócił na górę i wszedł do domu,gdzie na
skromnym łóżku leżała już dziewczyna,którą znalazły w
lesie sowy. Wypuścił Chansey i szeptem wskazywał wszystkie
obrażenia na ciele leżącej. Magby znajdował się w PokeBall w
bezpiecznym miejscu.
Pokemon zabrał się do roboty i już wkrótce rany zostały
opatrzone,a kostka solidnie obłożona lodem,ziołami i w końcu
zabandażowana. Ilex pogłaskał Chansey po skończonej pracy,na
co lekarka odpowiedziała głośnymi okrzykami. Chłopiec
natychmiast uciszył ją i zawrócił do PokeBall.
Assunta budziła się z omdlenia. Gdy tylko
otworzyła oczy natychmiast zamknęła je.
- No już,obudż się. Znależli cię w lesie. Dlaczego tu jesteś?
Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w Ilex'a szeroko otwartymi
oczami. Odgarnęła włosy z czoła i lekko podciągnęła się
na łóżku.
- Gdzie ja jestem?
- W mojej chacie. Po co tu przybyłaś?
- Kim jesteś? Uratowałeś mnie?
Zniecierpliwiony Ilex położył dłoń na jej czole. Syknął,gdy
okazało się chłodne.
- Nie masz gorączki,a bredzisz. Jedno pytanie: Po-co-tu-jesteś-?
- Szukam kogoś. Moment,jak mu było? Cholera,wszystko mi się
miesza.
- Słuchaj,szczerze mówiąc to nie możesz być tu zbyt długo.
Mam obowiązki...
- Nie przeszkadzaj sobie. Ja sobie tu tylko poleżę jakiś czas
i spadam. Jak się nazywasz w ogóle?
- Ilex. Słuchaj...nie rozumiesz na czym po...
- Assunta. Czy to las Ilex? Szukam kogoś kto miał tu być.
Dawno temu.
- Tak to ten las. Nikogo tu nie ma od "dawno temu". Leż
sobie i odpoczywaj,a ja skoczę do sklepu. Przynieść ci coś może?
- Sklep w lesie - Assunta przyłożyła dłoń do czoła chłopca
- Szukam mistrza Ilex'a,miał tu być jakiś czas temu. Może
wiesz coś o nim? WIEM!
- Co,na Pokegod?!
- Jesteś jego synem?!
- Nie. Mistrz nie ma dzieci.
- Więc jednak go znasz ! Gdzie on jest? - dziewczyna poderwała
się z łóżka.
- Może najpierw się ubierz? - stwierdził mierząc ją wzrokiem.
Assunta była w samej bieliżnie.
- Zbol. Ty chyba nie...
- Ja chyba tak. Ale musiałem,sama wiesz. Mogłaś mieć rany...
Nie dokończył,bo na twarzy wylądowała mu właśnie z głośnym
plaskiem dłoń.
- Jak widzę,nie zamierzasz się wynieść? -
spytał rano Ilex opalającej się przed chatką dziewczyny.
- Poczekam na mistrza. A gdzie ty byłeś w ogóle?
- A co cię to obchodzi?
- Nic,ale kiedy odchodzisz czuję zagrożenie. Ten las czycha na
mnie,a kiedy weszłabym do niego nie wyszłabym już,prawda?
- Masz rację. Wiesz czym jest ten las? - chłopak przysiadł się
do niej na kocu - To mój dom i wszystko tu zna mnie i ja znam
wszystko. Gdyby ktoś stanął na skraju i wbił nóż w jakieś
drzewo,nie wróciłby cały. Puszcza żyje,a duch strażnika
zawsze będzie jej strzegł. Będzie istniała na zawsze.
- Słuchaj,Ilex? Co to było co mnie ścigało wczoraj?
- To Houndoom i jego banda. Leśni rozbójnicy,jedni z moich
najlepszych przyjaciół,właśnie dlatego,że tak często nie są
posłuszne. Wiesz,staram się dawać każdemu Pokemon'owi wolność,jakiś
wybór i przyjażń. A właśnie,mam tu twojego przyjaciela. Ilex
sięgnął do kieszeni i wyciągnął PokeBall. Kula powiększyła
się i taką oddał dziewczynie. Assunta skinęła mu głową w
geście podziękowania i natychmiast wypuściła Magby'ego.
Maluch przytulił się do niej zaraz,radośnie pomrukując.
- Ma duży potencjał. Jego moc nie ustępuje sile wielu dorosłych
już Magmar'ów. Oczywiście nie może równać się
z Magmar'em mistrza,ale jak na takiego malca...
- Dziękuję,że się nim zaopiekowałeś. Powiesz mi w końcu
gdzie jest mistrz?
- To ja.
- Co ty?
- No,jestem mistrzem.
- Akurat.
- To cię przekona? - odparł zirytowany Ilex rozpościerając poły
koszuli i ukazując oczom Assunty swoje odznaki.
- O,cholera ! Ilex... ty,naprawdę...
- Tak,ale po co mnie szukasz?
- Blaine,mój ojciec,na wyspie Cinnabar,on jest chory.
- Nie ma za dużo aptek na Cinnabar,prawda? - ze zrozumieniem
pokiwał głowa.
- Nie o to chodzi,on umiera idioto!
- Stary Blaine? A,tak,poznałem go kiedyś.
- Pospiesz się,dobra?
- Spokojnie,co ma być to będzie. Nie umrze do mego przyjazdu jeśli
to mu jest pisane.
- Słuchaj,właściwie nie powiedział mi jak ty możesz pomóc...
- Nie zdziwiło cię,że wyglądam młodo jak na tyle odznak i na
taką sławę w pewnych kręgach?
- No,tak,ale...
- Jestem stary. Jak jasna cholera,dziewczyno. Ta puszcza jest
tylko starsza ode mnie. Ruszajmy,bo staruszek gotów nam paść
na tej wyspie. Za godzinę będę gotowy. Idż tymczasem do chałupy
i zjedz coś.
Ilex,z plecakiem,stał przed chatką i czekał na
Assuntę. W końcu wyszła. Również miała na plecach torbę.
Na pytanie Ilex'a co do posiadanych latających Pokemon pokręciła
głową. Miała ze sobą tylko Magby'ego i świeżo schwytanego
Houndour. Chłopak westchnął i wypuścił Pidgeot. Ptak posłusznie
złożył skrzydła na ziemi i pozwolił wsiąść parze.
- Dziękuję,Pidgeot. Lecimy na Cinnabar. Jeśli masz siłę leć
z prędością trzech machów,ale zwolnij kiedy zechcesz.
- Pidgeoot !
- Słuchaj,Ilex. Jak masz zamiar pomóc mojemu ojcu ?
- Zobaczysz. Musisz mi teraz przysiąc,że nikomu nie powiesz jak
mnie znalazłaś. Powiedzmy,że spotkałaś mnie na jakiś gościńcu
koło Azalea.
- Jasne. Galopowałeś na swym Rapidash'u,kiedy ja rzuciłam się
z rozpaczy do wody z mostu i...AAA! - Pidgeot wystartował prawie
nie zrzucając dziewczyny. Nad morzem Ilex wyjął z plecaka
PokeGear. Urządzenie założył na przegub i uniósł rękę do
góry. Po chwili odczytał wynik: równe trzy machy.
- Jest szybki! - przekrzyczała szum skrzydeł Assunta.
- Bardzo.
- Gdzie go trenowałeś?
- W górach. Tajemnica dobrego treningu latających Pokemon tkwi
właśnie w nich. Rozrzedzone powietrze i często zmieniająca się
pogoda uczy je siły,prędkości,zwrotności i wreszcie wytrzymałości.
- CO?
- NIEWAZNE.
Musiała dojść do tego sama. Niewielu trenerów latających tak
trenowało,ale była to z pewnością najlepsza metoda. Po kilku
miesiącach w górach,ptak przestał zwracać uwagę na powietrze
i nie dostawał już zadyszki. Wiele razy też latał w trudnych
warunkach pogodowych. Kilka razy został pokonany przez śnieżyce
i burze. Lecz każda porażka była motywacją dla jego trenera,aż
w końcu wygrali.
< --- Poprzednia
strona Kolejna strona --- >