Słońce jeszcze nie dawało ciepła. Las osnuty
był oparami,które z lubością tuliły się do korzeni i pni
drzew. Ptaki śpiewały swe poranne pieśni,ale były to niemrawe
trele zakończone zazwyczaj skrzekiem. Był to Ilex Forest. Las złożony
w całości
z ostrolistnych dębów. Drzew,które trwały całe wieki,a ich
korony rozrastały się do niewiarygodnych rozmiarów. Pod nimi
zawsze panowała szaruga. Słońce docierało tu tylko w takim
stopniu,aby drzewa nie obumarły oraz po to,żeby ściółka mogła
nadal wydawać kolejne dęby na świat.
Gdzieś w głębi puszczy stała mała świątynia
Opiekuna Lasu. Dawne legendy mówiły,że jest nim nieśmiertelna
istota,dla której nic nie ma znaczenia. Strażnik podróżował
po wszystkich czasach,wszystkich przestrzeniach i nie było
miejsca,do którego by nie zawitał. Wielu ludzi mówiło,że
Opiekun to Pokemon. Krążyły pogłoski,że nazywa się Serebii
i można go zwyczajnie złapać i wytrenować,ale prawie nikt nie
chciał rezygnować z mistycyzmu lasu i jego magii. Dotychczas
nie poznanej puszczy Ilex.
Niewielu podróżnych odważyło się chodzić pomiędzy
drzewami. Ale dzisiaj szła ścieżkami czarnowłosa dziewczyna.
Odziana była jak zwyczajna nastolatka i na taką właśnie wyglądała.
Proste włosy były rozpuszczone. Miała na sobie adidasy,błękitne
jeans'y i T-shirt,na który narzuciła czarną kurteczkę. Szła
pewnie i szybko. Nie zważała na mroki i dziwne odgłosy
wydawane przez dzikie,nocne Pokemon'y.
Dziewczyna nie wiedziała,że ktoś ją śledzi. Pomiędzy
drzewami przemykały cienie i od czasu do czasu przeświecały
jarzące się kolorowo oczy. Krótkie i ciche warknięcia tworzyły
jakby tajemną mowę śledzących. Niekiedy zeschłe liście
kruszyły się z trzaskiem pod naciskiem wielu łap. Po chwili
warknięcia nasiliły się,aby przemienić się w szczekanie i
wycie. Kiedy dziewczyna stawała lub zwalniała wszystko cichło.
Nagle odwróciła się w stronę szczeknięć,które
natychmiast ucichły. Dziewczyna otworzyła usta,aby coś
powiedzieć,ale zaniechała tego. Zebrała się w sobie i zawołała
:
- Jestem Assunta z wyspy Cinabar. Jeżeli czegoś chcesz,wyjdż i
powiedz to.
Cisza. Nic nie poruszyło się wśród drzew. Ale las poszarzał
jeszcze bardziej. Między pniami zawarła się solidnymi ścianami
ciemność. Nie było to naturalne.
Nagle rzuciła się biegiem przed siebie. Z trudem
kluczyła między drzewami. Za sobą słyszała tupot wielu miękkich
łap,pojedyncze warknięcia i nawoływania w postaci wycia.
Assunta wbiegła na polankę i stanęła na środku. Drżącymi rękami
otworzyła plecak. Suwak nie chciał ustąpić. Z przekleństwem
na ustach szarpnęła i w końcu rozpięła. Wyjęła pasek
z PokeBall'ami. Zapięła go szybko na biodrach i czekała,bo znów
było cicho. Zza kurtki wysunęła PokeDex. Założyła kosmyk włosów
za ucho i skierowała urządzenie w stronę lasu.
Przez chwilę kamera szukała celu i w końcu rozległ się dżwięk
"pik",a póżniej głos:
- Houndour. Dziki pies Pokemon. Porozumiewa się z członkami
swego stada za pomocą
warknięć i szczekania. Zamieszkuje okolice Ilex Forest,Celadon
City. Typ mroczny,lecz ogniste ataki nie są dla niego przeszkodą.
Skrajnie niebezpieczny. Szczególnie w sforze.
- Cholera! Teraz mi to mówi - powiedziała Assunta.
Czarne kształty zaczęły powoli wypełzać spod osłony drzew.
Warknięcia nasiliły się. Musiała uciekać. Znów ruszyła,ale
nogi odmówiły posłuszeństwa. Usiadła na trawie i zaraz
podniosła się. Houndour podchodziły coraz bliżej. Widać już
było ich świecące jasno zęby.
- Nie zbliżać się,kundle ! Mówię,ani kroku ! - Assunta wołała
panicznie z wycelowanym w kierunku psów palcem. Nie posłuchały.
Zacisnęła dłoń na pustym PokeBall.
- PokeBall ! Idż !
Kula schwytała jednego z Pokemon'ów. Kiwała się na ziemi,a światełko
jarzyło się czerwono. Assunta biegła już nie zwracając
uwagi,czy złapała go czy nie. Z zaskoczeniem przyjęła fakt,że
PokeBall dogonił ją i wcisnął się w rękę. Sfora,po stracie
jednego ze swych członków, zaskowyczała i ruszyła w pogoń.
Assunta czuła już,że nie ucieknie. Nagle krzyknęła,gdy kły
szarpnęły jej jeans'y. Nogawka została wzbogacona o trzy małe
dziurki. Dziewczyna kopnęła w biegu któregoś z napastników.
Pies zaskamlał,ale nie stracił prędkości. Ugryzł zajadle całkowicie
rozszarpując lewą nogawkę. Poniżej łydki spodnie były w
strzępach. Łzy zaszkliły się na rzęsach Assunty.
Krzyknęła z bólu,ponieważ całe uda miała rozpalone od długiego
biegu. We włosy wplątane miała liście i małe gałązki.
Nagle upadła. Poczuła wilgoć przy kostce. Krew zabrudziła
buty. Assunta uderzyła jednego z psów na odlew w skroń. Szybko
wypuściła z PokeBall Magby'ego. Dziecko Magmara rozejrzało się
wokoło i,gdy tylko zoczyło atakującą sforę,zacisnęło pięści.
- Magby - wyszlochała Assunta - zapal ściółkę wokół nas. Płomienny
krąg!
Maluch zaczął wypluwać na podłoże rozrzażone węgliki. Liście
natychmiast zapaliły się. Kilka Houndour'ów z piskiem odbiegło
od płomieni. Teraz stały kilka metrów od ognia. Warczały.
Niektóre lizały oparzenia. Magby przytulił siędo trenerki.
Assunta pogłaskała go po gorącej głowie i po chwili wyjęła
z plecaka jakieś ciuchy. Porwała na strzępy i owinęła
zranioną kostkę.
Psy cofnęły się na przeciwległy skraj lasu. Nie
było ich widać,ale były tam. Krąg z ognia powoli malał i był
coraz słabszy. Magby postąpił kilka kroków w kierunku prześladowców,ale
dziewczyna powstrzymała go.
- Przegrasz,Magby.
- Mag ! - zawołał Pokemon i wyszarpnął się spod dotyku
trenerki. Ruszył z zaciśniętymi piąstkami w kierunku sfory
ukrytej wśród drzew.
- Magby ! Mag,mag ! - powiedział malec.
- Houn !
- Mag ! By!
Wtedy właśnie psy ruszyły do ataku. Pięć pierwszych w mig
dopadło dziecko. Płomienie odrzuciły je na bezpieczną odległość.
Dłonie Pokemon'a płonęły. Wyskoczył w powietrze i rzucił w
sam środek małej grupki śmiałków dwie ogniste kule. Jeden
Houndour padł,a drugi uciekł z piskiem,gdy jego ogon zaczął
się tlić.
- Magby ! Rotafireyken !
Pokemon uśmiechnął się i rzucił do ataku. Ogniste pięści
raziły przeciwników w super tempie.
Kilka Houndor'ów padło bez jednego pisku. Magby stanął na
pobojowisku. Mięśnie mu drżały,a w oczkach płonął ogień
podsycany przez ducha walki. Ostatnie całe psy pobiegły pod osłonę
drzew. Przez chwilę rozlegało się głośne szczekanie
niedobitków.
Assunta podeszła do małego wojownika. Ten spojrzał na nią i
wydmuchnął z nozdrzy obłoczki pary.
- Ruszajmy. Mogą zaraz wróćić - stwierdziła dziewczyna.
Magby przytaknął i powoli ruszyli. Oboje byli słabi. Kostka
trenerki lekko broczyła krwią. Była blada. Pytającym gestem
pokazałą Pokemon'owi jego kulę,ale ten pokiwał głową.
Assunta przeszła już jakieś pięćset metrów. Opadła na
kolana. Po chwili zagłębiła także dłonie w liściach. Magby
położył łapkę na jej plecach.
- Magby.
- Nic mi nie jest.
Wstała i poszła dalej. Cały czas opierała się o
konary drzew. Cały czas las wyglądał tak samo. Mimo to,wiedziała,że
już niedługo osiągną jego skraj. Nie słyszała ani szczeknięć
ani żadnego innego odgłosu. Powoli uspokajała się,ale wiedziała,że
nie wytrzyma już długo. Magby dyszał ciężko. Jego ognista
energia wyczerpywała się. Na Cinnabar był nazywany żywym żarem,a
jego atak specjalny - rotafireyken,był znany na całej wyspie.
Teraz przypominał iskrę pod grubą pierzyną popiołów.
Wtem za nimi rozległo się wycie. Nie należało do Houndour,ale
do czegoś większego i potężniejszego. Assunta obejrzała się
nerwowo i chciałą przyspieszyć kroku,ale jej się to nie udało.
- Nie ! Mam dość. Nie pójdziemy już dalej,Magby. Jeszcze
trochę i zemdleję. A wtedy nie obudzę się już. Wiesz o tym.
Patrz,ile krwi... - wskazała palcem na kostkę.
- Mag,magby !
- Nie możesz. Jesteś za słaby. Nie wydobędziesz płomienia.
Pokemon zwiesił głowę. Naokoło słychać już było odgłos
kilkunastu spadających liści,ale były to lekko stąpające
psie łapki.