"Władca Pierścieni" - J.R.R. Tolkien


"Świat dzieli się na tych, którzy przeczytali Hobbita i Władcę pierścieni oraz na tych, którzy to zrobią"
- Jest to cytat z okładki jednego z wydań.
Tylko do którego świata ty należysz?

Tutaj powinienem zrecenzować dwie ostatnie części "Władcy pierścieni" jednak nie zrobię tego. Wyda się to dziwne, ale nie będę Was zachęcał do lektury tej wspaniałej książki.

Powiem tylko kilka zdań do siebie, które przepiszę i polecę do Was.

Tej książki nie powinno się opisywać. Jej w ogóle nie powinno się recenzować i ekranizować. Ją każdy powinien Sam prześledzić, wyobrazić sobie całe Śródziemie.

Wielu tutaj stwierdzi, że mam jakieś "złudzenia" lub podobne. Jednak jestem w pełni świadomy tego, co piszę.

Druga i trzecia część była dla mnie pewną zaporą, która nie dopuszczała mnie do świata i na odwrót. Stanowiła ona odrębną część mojego życia, która się zakończyła wraz z książką. Pozwoliła mi Ona wyrwać się z szarości dnia, poznać wiele wspaniałych stworzeń, bohaterów zwiedzić niezliczone krainy.

Kroczyłem przez pustkowia od domu, powoli pozostawiając przyjaznych hobbitów w cieniu Shire'u, minąłem w pełnym pędzie Bree goniąc za Czarnymi Jeźdźcami. Trafiłem także na Wichrowy Czub, a z niego z trudem przedostałem się do Rivendell. Widziałem czarne rumaki porwane przez potok i charczące w ostatnich chwilach swego życia. Podsłuchałem naradę w pałacu i bliżej poznałem starego Bilba, poprzedniego powiernika pierścienia. Prawie się nie zmienił. Zmienił zainteresowania.

Jak cień przemykałem śladami drużyny pierścienia poprzez całe Góry Mgliste. Z trudem nadążyłem za nimi, aby wejść niepostrzeżenie do stolicy krasnoludów. Razem z nimi przeżywałem śmierć Gandalfa, i razem z pozostałymi uciekałem przed orkami. Czułem ich odór za sobą.

Wreszcie trafiłem do pani Lothrien, wspaniałego miejsca. Ujrzałem w zwierciadle swoją przyszłość, była szara. Powtarzała się w tym samym miejscu. Widziałem, że jeszcze wiele razy będę jeszcze do niego spoglądał. Wyruszyliśmy z całą drużyną w dalszą drogę. A rysowała się ona niczym burza na nikłym w zmroku horyzoncie.

Spłynąłem rzeką do Doliny Królów. Widziałem ich stare twarze, jakby obawiały się o przyszłość, która czekała na nas za ich plecami. Mijając ich posągi miałem wrażenie, że jestem mały wobec ich potęgi i wzrostu. Wydawali się wielce, niczym giganci i długowieczni niczym niebo, i obłoki pływające po jego powierzchni.

Za nimi moja dusza rozdarła się na dwoje. Jedna i druga trafiła w mrok. Był on wszechobecny, niczym zapach śmierci. Był wszędzie. Wreszcie po błąkaninie trafiłem sam do Minas Tirthli. Nie zastałem tam nikogo z bractwa. Byłem sam. Wiedziałem o licznych potyczkach na granicy, znałem już zdradę Sarumana. Poznałem także gniew drzew, od których doświadczył kary. Dotąd wspominam ich przywódcę, naradę i wymarsz. Śmierć każdego z nich jest nieunikniona i zbliża się.

Przeżyłem samotnie wiele dni aż do bitwy. Jej ogień na trwałe wypalił mi w pamięci swój obraz. Jedynym zwycięzcą wszystkiego była śmierć, a sama się oznajmiła przeciągłym wyciem. Tak dokonał ducha niezwyciężony.

Niczym we śnie ujrzałem twarze na Trupich Trzęsawiskach. Przeszedłem na jawie wiele mil. Trafiłem do czarnych bram.

W jednym z koszmarów pojawił się On i jego Dziewięciu, byłem taki bliski, jednak daleki od nich. Prowadzony przez ohydnego przewodnika trafiłem do pałacu pajęczycy, gdzie widziałem walkę mężnych ze starą ciemnością. Jednak wkrótce pozostałem sam. Kiedy pojawił się jeden z uskrzydlonych zacząłem uciekać i ponownie trafiłem na ich trop. Doprowadził mnie on do jedynej góry, jednak zbyt wycieńczony, spragniony nie dotrzymałem im kroku. Pamiętam tylko z przedostatniego snu, jak góra wybuchała. To było straszne, prawie zginąłem w ogniu, walcząc ze słabością udało mi się. Dobrnąłem do Króla. Widziałem jego twarz, jednak jej nie poznałem. A przecież to był on. Tak się zmienił.

Po licznych rozstaniach i jednym spotkaniu trafiłem do kiedyś przyjaznych hobbitów. Nie do wiary jak się zmienili. Zupełnie jakbym ich przecież nie znał. Pełno reguł i zadań, jednak tam skończyła się moja droga.

Po dwóch latach od przybycia do Shire'u opuściłem go raz na zawsze. Tak jakbym porzucał marzenie. Moim marzeniem jest powrót do niego. Kto wie? Może nastaną inne czasy, skończy się trzecia era, która jest najdłuższa i wrócę wraz z potęgą elfów do swojej prawdziwej ojczyzny? Teraz pozostało mi tylko czekać, i wspominać to, co przeżyłem sam i w drużynie. Moją jedyną "Wyprawę" (gdzie powstało całe "Bractwo pierścienia"), "Dwie wierze" walczące ze sobą i niezapomniany "Powrót króla". Teraz rysuje mi się na horyzoncie wspomnień Szare Wybrzeże i wzruszające przegnanie. Jak duch uciekający przed dniem tak i ja uciekłem przed trzecią erą.

Wraz ze mną odchodzi Frodo, Bilbo, Gandalf i nieśmiertelne elfy. Chociaż serce się rwie do wiernego Sama i walecznego Perigmina i Meriadoka nie mogę wrócić, wyskoczyć.

To koniec wszystkiego, a zarazem początek nowej ery dla mnie i mojego świata.

Splatch