ALFRED SZKLARSKI - TOMEK W...


OK, w tym arcie postaram się rozprawić z ukochaną serią wcześniejszego okresu mojej młodości. Możecie mi wierzyć lub nie, ale te marne, zaledwie 300 stronnicowe nowelki wystarczały mi na długie wieczory spędzone z długonogą brunetką, 90-60-.... wróć spędzone z latarką w konspiracji pod osłoną nocy (i kołdry także).

Telenowela ta opowiada sobie o losach imć Tomka Wilmowskiego. Nieszczęśnik ten miał pecha urodzić się w Polsce (o zgrozo!) i do tego pod zaborem (gorzej być nie może?) rosyjskim (może, może!). Tomuś jest półsierotą - matka zmarła przy porodzie, a ojciec w obawie przed represjami Jego Cesarskiej Wysokości (niech mu ziemia lekką będzie) bierze kumpla od rozróby (i od szklanki - rum "Jamajka" a jakże!), niejakiego bosmana Nowickiego i spieprza za granicę ("bądźcie odpowiedzialni za swe czyny" - znacie to ze szkoły?). Tomek zaś zamieszkuje kątem u wujostwa i, by nie umrzeć z nudów, czeka na powstanie narodowe i lekcje jazdy konnej.

Dnia jednak pewnego w domu wujostwa niezwykły osobnik się pojawia i od progu o młodzieńca zboczeniec woła. Od razu jednak okazuje się, że jest to tylko baaardzo bliski przyjaciel tatusia Tomka, który po rozdaniu paru łapówek na lewo i prawo zabiera Tomasza w daleki świat, konkretnie na peron. Stamtąd już wprost do Triestu na romantyczne tete-a-tete ze staruszkiem. Tam dowiaduje się, że został bardzo niezmiernie ważnym członkiem ekspedycji do chwytania dzikich zwierząt (jakby się Greenpeace dowiedział...). Co prawda ani on strzelać umie, ani kangura od strusia odróżnia, ale puszy się, jak nie przymierzając były lider pewnej prawicowej partii pewnego środkowoeuropejskiego kraju (tylko dziurki w podbródku u niego nie uświadczysz.) Po drodze spotyka starca-wróżbitę, który w swej niezwykłej przepowiedni oznajmia chłopcu, że jadzie on do dalekiego kraju (ale wcale nie po nalepce "Australia" na czapce!) i że znajdzie coś czego inni będą szukali (zegarek?), i że zyska przyjaciela, który nigdy nie powie do niego ani słowa. Po tej przyjemnej mistycznej rozmówce (i po zapłaceniu odpowiedniej sumki) wyrusza na spotkanie z kajutą w drodze ku Australii.

Książka strasznie podobała mi się, gdy byłem w podstawówce. Miała duży druk, ładne obrazki, choć z drugiej strony cholernie dużo opisów. Było "szczelanie z stucerów" jak raczyłem napisać w wypracowaniu, były dzikie zwierzęta, byli piraci, kowboje, marynarze, indianie i wszystkie inne postacie, w jakie młody chłopak chciałby się wcielić. Bo właśnie do młodych chłopców książka ta jest adresowana.

UnionJack