|
Joseph Conrad - "Lord Jim" |
|
"Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem - i tak zawsze, aż do końca". Powyżej widnieje bodajże najbardziej znany cytat pochodzący z książki, o której chce dzisiaj napisać kilka zdań. Słowa te przekazują niebanalną treść, ale zapewne dla części polskiej młodzieży są symbolem ślęczenia nad pustą kartką papieru, a nazwisko autora, Anglika polskiego pochodzenia - Josepha Conrada, wywołuje dzikie żądze mordu w niektórych mieszkańcach naszego kraju. Lecz niestety taki już los pisarzy, których utwory były na tyle wartościowe, aby znaleźć się wśród kanonu lektur szkolnych. Po wstępie należałoby przejść do zasadniczej części recenzji, którą powinno się zacząć od krótkiego przedstawienia fabuły, aby mieć podstawę do pseudo-błyskotliwych dywagacji. Jest jednak pewien problem: akcja "Lorda Jima" potrafi trzymać w napięciu i nie chciałbym powiedzieć o wydarzeniach zbyt wiele, aby nie zepsuć przyjemności z ewentualnego czytania. Jeśli zdecydujesz się - czy to w pełni dobrowolnie, czy też pod wpływem belfrowskiego "dopingu" - sięgnąć po polecany przeze mnie tytuł, niejednokrotnie zdarzy się tak, że będziesz oczekiwać pewnego wydarzenia, które wzmiankowane już było kilkanaście stron wcześniej, wokół którego budowane były wszelkie dialogi i komentarze narratora, będziesz snuł domysły i nawet zdobędziesz pewność, że wiesz co nastąpi, a nagle okaże się, że wszelkie domniemania były jak najbardziej błędne i że autor zmyślnie sobie z ciebie zadrwił. Ale: miałem króciutko wspomnieć o fabule, a rozpisałem się o - jakże jednak cennej - umiejętności zaskakiwania czytelnika. Głównym bohaterem jest Jim - młody marynarz, bardzo uczuciowy, marzący o przygodach rodem z powieści, czekający na okazję, aby - tak jak jego ulubieni bohaterowie - wykazać się odwagą i sprytem. W końcu taka okazja się nadarza... Jeśli chcecie wiedzieć jak postępuje i jakie są tego konsekwencje, odsyłam was do książki. Narrację przez większą część powieści prowadzi Marlow - znajomy Jima. Opowiada on jego historię kilku znajomym podczas poobiedniego odpoczynku. Wypowiedzi swoje często okrasza jakimiś epizodycznymi historiami, które z pozoru mają bardzo niewiele wspólnego z akcją, ale w gruncie rzeczy dopełniają wymowy książki. A ta jest - nie da się ukryć - niebanalna. Nie chcąc Wam jednak psuć przyjemności odkrywania i zagłębiania się w niej, zmuszony jestem ją przemilczeć. Elementem tej powieści, który bardzo mi przypadł do gustu jest genialnie oddana psychika bohaterów. Conrad przeprowadził m.in. doskonałą analizę zachowania człowieka w sytuacji, w której stawką jest jego własne życie. Myśli i uczucia bohaterów są ukazane w sposób niezwykle wiarygodny i - co najważniejsze - nakłaniający nas do rozmyślania o tym, co my byśmy zrobili w sytuacjach, w których oni się znajdują. Jim podjął dwie arcyważne decyzje, które zaważyły na całym jego życiu. Można się starać je ocenić, ale właściwie nie ma kryteriów, bo nie zawsze można się kierować rozumem, nie zawsze można się kierować uczuciami. On jest bohaterem tragicznym, jak Antygona i nie ma obiektywnego sądu co do wyborów, jakich dokonał. Każdy z nas musi sam podczas czytania, zanurzania się w treści, zastanowić co by wybrał i przez to dowiedzieć się wiele o sobie. "Lord Jim" to jedna z książek, dzięki której możemy wejrzeć w siebie, a zwłaszcza w tę mroczną część duszy, w tę, którą ukrywamy przed światem, a nawet przed samymi sobą. "Lorda Jima" czytałem w dość dziwny sposób... Powieść składa się bowiem z dwóch części i w przerwie pomiędzy nimi zapoznałem się (i to zapoznałem dogłębnie, z uczuciem i bez pamięci) z "Rzeźnią numer pięć" Kurta Vonneguta. Wspominam o tej książce, gdyż uważam ją za genialną, aczkolwiek nigdy nie podjąłbym się zadania jej zrecenzowania (autor pracował nad nią około dwudziestu lat i musiałbym co najmniej tyle czasu ją studiować, aby móc napisać coś, co nie raziłoby ignorancją i dyletanctwem). Tak samo było zresztą z powieścią Marqueza pt. "Sto lat samotności"; po prostu - istnieją książki, o których można powiedzieć tylko tyle, że są fenomenalne, a jakiekolwiek próby opisania tej wyjątkowości byłyby usiłowaniami ujęcia w słowa absolutu, co z góry jest skazane na niepowodzenie. Te trzy wspomniane przeze mnie powieści pozostawiły we mnie głęboki ślad i - przede wszystkim - wielki niedosyt. Ale tak to już jest z tytułami, które mają w sobie coś magicznego - czasem można książkę znienawidzić za to, że była tak krótka. Pomijając już moje wielce "odkrywcze" uwagi, chcę powiedzieć tylko jedno: polecam wam "Sto lat samotności", "Rzeźnię numer pięć" i "Lorda Jima". Phnom Penhphnom_penh@pf.pllub urzędowy amksiazki@go2.pl
|
|