Erich Segal - "Doktorzy"


Jest przynajmniej 12 powodów, dla których przenigdy nie zdecyduję się na bycie lekarzem. Jednym z nich jest zupełny brak powołania, a drugim zerowy wskaźnik umiejętności poświęcania się. Pozostałych dziesięciu nawet nie chce mi się wymyślać :)

A jednak - są ludzie, którzy rezygnują z normalnego życia, poświęcają mnóstwo czasu na naukę, aby potem nie sypiać po nocach i zmagać się z chorobami oraz pacjentami. I właśnie o nich opowiada książka Ericha Segala pod zagadkowym :) tytułem "Doktorzy".

Tytułowymi doktorami są uczniowie, a później absolwenci harwardzkiej szkoły medycznej, rocznik 1958.

Segal opisuje nam różne momenty kariery lekarskiej - począwszy do pierwszego roku studiów, kończąc na własnej praktyce lekarskiej. I te wszystkie, tak emocjonujące dla przyszłego lekarza chwile - wizyty w prosektorium, pierwszy odebrany poród, pierwszy zmarły pacjent i rzecz jasna, pierwsze kolokwium :) Spotykamy się tam też z "dyżurnymi" historiami o miłości, przyjaźni, dyskryminacji i wojnach (akcja rozgrywa się w USA, od lat 40 do 70, więc zawarto w niej sporą dawkę (ach, ta medyczna terminologia :D) historii - IIWW, Wietnam, walkę o zniesienie segregacji rasowej itd, nawet holokaust się zmieścił). Tomisko jest przez tą dużą liczbę wątków dość opasłe (moje wyd. ma 767 str.) - ale to naprawdę szybko i przyjemnie się czyta (niecałe 2 dni).

Wielkim plusem dla książki jest jej autentyczność (lub umiejętność jej udawania). Autor stworzył obraz pracy lekarzy prawie bez zbędnego idealizowania. Czytamy więc o młodych ludziach, którzy rezygnują z normalnego życia na rzecz pracy i ambicji (często chorych) - całonocna nauka, praca i życie ciągnące tylko i wyłącznie dzięki kawie i narkotykom. Segal dość cynicznie kreśli nam pracę nad lekarstwami, w której najmniej liczą się chorzy ludzie, a wielcy naukowcy są gotowi podłożyć świnię najbliższemu współpracownikowi, aby tylko na nich spłynęła chwała z odkrycia oraz, oczywiście - pieniądze. Bo ludzie z tytułem doktor medycyny, naprawdę mogą sporo zarobić (nawet w Polsce :)).

Kolejną sprawą, jest kwestia moralności. No i... hmm, autor sugeruje, że przysięga Hipokratesa jest już tylko frazesem...a ten poświęcający się dla pacjentów (!) doktor, tylko mitem. Na szczęście - prawnikom też się dostało :) Wniosek płynący z lektury jest taki, że żyjemy w naprawdę zniekształconym (miało być inaczej, ale pewnie cenzura i tak by wycięła :))) świecie. A propos moralności - nieźle ujęty został problem eutanazji - a właściwie jeden z jej aspektów. Warto się nad tym chwilę zastanowić, choćby po to, by dojść do wniosku, że nie czujemy się na siłach wydawać żadnych osądów.

Na koniec - polecam jako lekturę obowiązkową każdemu człowiekowi z aspiracjami medycznymi - to powinno was wyleczyć :) Mały cytacik : "Statystycznie liczba samobójstw wśród nich [lekarzy] jest ośmiokrotnie większa niż średnia krajowa. Procentowo rzecz ujmując, nadużywanie leków i narkotyków jest stukrotnie większe aniżeli wśród reszty populacji. Boleśnie zdają sobie sprawę z tego, że nie są w stanie spełnić naszych oczekiwań i to zwiększa jeszcze niepomiernie ich frustracje".

Książka podobała mi się ogromnie, wyjąwszy koniec. Moim zdaniem, należałoby wykluczyć happy end, podkreślając tym niemoc człowieka i bezsens jego starań w walce z chorobami. Ale, niech będzie - wierzmy w cuda!

Caroosea