Siedzisz sobie w foteliku przed telewizorkiem, jakiś Superman czy inny Bond
pokonuje właśnie sto czterdziestą piątą przepaść, zbliża się do sto czterdziestej
szóstej, przymierza się do skoku, odbija i ... widzisz jakąś barwną animację,
słyszysz ten miły uchu sygnał: "Reklama, reklaaama", czasem (zależnie od pory
dnia, roku i stopnia głupoty dyrektora programowego stacji) jakieś "Jingle
bells", szum wiatru... Potem 10 minut reklam, oczywiście edukacyjnych - możesz
się dowiedzieć, w ilu procentach schodzą plamy po proszku X (rzecz jasna w 100%)
albo że Coca Cola jest lepsza od Pepsi (i vice versa). Pasjonujące! No, później
jeszcze reklamy 150 filmów, względnie reality show, które TV XY nada w ciągu
następnych paru tygodni. W końcu wracamy do filmu. Hurra!!! Mniejsza o to, że
nasz bohater zapomniał już o przepaści i aktualnie wspina się na sto
osiemdziesiątą pierwszą górę...
Oczywiście, by żaden czas antenowy się nie marnował, pojawiła się nowa moda...
Pamiętacie ten ekran Polsatu, który, gdy film/serial kończy się i widzimy tylko
napisy, nagle dzieli się na dwie części w gustownych żółto - niebieskich ramkach
(w "odpowiednich" proporcjach)... Irytuje mnie to szczególnie, gdyż lubię
zawsze popatrzeć na te płynące napisy (wiecie, ilu ciekawych rzeczy możne się
z nich dowiedzieć...) i posłuchać towarzyszącej im muzyczki. Może po to, by
choćby na chwilę ocalić nastrój? Cóż, kwestia przyzwyczajenia...
Na razie (ale nie bójcie się, pewnie wkrótce się to zmieni!) telewizja publiczna
nie przerywa programów (choć przypominacie sobie te reklamówki teleturniejów na
dwójce w połowie "Familiady" czy "1 z 10".?), ale z drugiej metody chętnie
korzysta. Choćby taki "Klan". Odcinek dobiega końca, ekran dzieli się... No,
to jeszcze jakoś przeżyję, ile razy można słuchać, że życie jest nowelą, a każda
rodzina jest jak drzewo. Ostatnio jednak przypadkowo trafiłam na "Plebanię".
I tu ... niespodzianka. Z okazji Świąt zamiast serialowej piosenki słyszę
początek kolędy. "Jezus malu - u - sieńki..." - śpiewa zza kadru jakiś kobiecy
głos. Widocznie jednak nie było mi dane usłyszeć dalszego ciągu tego utworu,
bo zamiast tego ujrzałam migawki jakiegoś filmu. Kiedy realizator łaskawie
powrócił do kolędy, usłyszałam już tylko kilka ostatnich akordów.
Doskonale zdaję sobie sprawę, z tego, iż telewizja musi się z czegoś utrzymać,
zwłaszcza, że olbrzymi jest odsetek telewidzów unikających płacenia abonamentu.
Szkoda tylko, że nawet w Święta Bożego Narodzenia liczą się tylko pieniądze i
komercja.
Joanna