"13 Posterunek" - niejeden odcinek charakteryzował się "totalną głupotą", a widz mógł mieć w pełni usprawiedliwione wrażenie, że reżyserowi już nic nie pomoże ;). Historyjka o najbardziej zwariowanym posterunku policji weszła już jednak do klasyki polskich sitcomów. Można by tu "czepiać się" wielu elementów - systematycznie robiącego z siebie coraz większego idiotę Pazury, głupawych nieraz scenariuszy..., ale jednego nie można temu sitcomowi odmówić - potrafi śmieszyć. "13 Posterunek" to niezłe remedium na codzienne troski, pod warunkiem, że nie oczekujemy produkcji ambitnej.

"Boston Public" - mam dziwny, stale powiększający się uraz do amerykańskich seriali o szkole ;), ale akurat ten okazał się wyjątkiem. Poznajemy dylematy i radości uczniów i nauczycieli zza oceanu, przedstawione ze szczyptą ironii, sporą dawką humoru, nutką wzruszenia... Całość ogląda się naprawdę przyjemnie, oczywiście pod warunkiem, że nie potraktujemy filmu jako wierny obraz edukacji w Stanach i spojrzymy na niego z lekkim przymrużeniem oka.

"Czarodziejki" to amerykański serial o perypetiach trzech sióstr. Każda z nich dysponuje stale powiększającą się mocą - Prue potrafi przenosić przedmioty wzrokiem, Peiper zatrzymuje czas, a Phoebe miewa niezwykłe wizje... Kiedy dowiadują się o swych magicznych zdolnościach, nagle okazuje się, że na świecie pełno jest demonów i zła. Siostry pomagają w odkryciu sprawców wielu przestępstw. Nie mogą jednak zdradzić swego sekretu. Tylko policjant Andy, były chłopak Prue zastanawia się dlaczego nazwisko Prue Halliwell pojawia się w prawie wszystkich raportach... Każdy odcinek "Czarodziejek" to nie tylko walka z siłami zła, ale i zabawne sytuacje związane z ukrywaniem mocy, miłość, przyjaźń... Zastrzeżenia budzi jednak pora nadawania (18.00, koniec tuż przed dobranocką [jak widać pisałam ten tekst dość dawno temu]), bo demony często są ukazywane zbyt sugestywnie. Rażą mnie też krótkie i schematyczne zakończenia - Peiper zatrzyma czas, Prue rzuci demona na ścianę, a jeśli to jeszcze nie pomoże, Phoebe wypróbuje nowy cios karate... Oczywiście zdarzają się odstępstwa od tej reguły i to te odcinki są najciekawsze. Szczerze mówiąc jestem ciekawa jak dalej potoczą się losy sióstr, bo w jednym z ostatnich odcinków (a co mi tam, jednak choć częściowo zdradzę finał) Andy w końcu poznaje prawdę...

"Duża przerwa" - chyba jedyny polski sitcom, któego akcja toczy się w szkole. Tym razem poznajemy liceum "od drugiej strony biurka" - o czym rozmawia się w pokoju nauczycielskim na dużej przerwie? ;) Grono pedagogiczne pewnie by polemizowało, ale serial jest zwyczajnie zabawny. Choć już nie jest emitowany, niektóre fragmenty dialogów trudno mi do dziś zapomnieć.
- Czy Ty wiesz, jaką masz szansę na wygraną w Totka?
- 50% - albo wygram albo nie. ;)
Minus znalazłam co najmniej jeden - bohaterowie są bardzo stereotypowi. Mimo to warto trochę się pośmiać, więc jeśli serial zostanie powtórzony, obejrzę go z nieudawaną ochotą.

"Klan" - właściwie to jestem zdeklarowaną przeciwniczką telenowel, ale przyznam się szczerze - kiedyś uwielbiałam "Klan". Obecnie oglądam go baaardzo rzadko i ze smutkiem stwierdzam, że "schodzi na psy". Najbardziej denerwuje mnie, że scenarzyści na siłę próbują poruszyć wszystkie możliwe problemy - to po prostu za dużo jak na jeden cykl. Czego tu nie było - narkotyki, ekologia, alkoholizm, AIDS, audiotele, sekty, elitarne szkoły czy repatriacja... Takie mnożenie tematów wiąże się z ich pobieżnym przedstawieniem. Myślę też, że stopniowo "wyczerpała się formuła" rodziny Lubiczów. Widz chciałby, żeby w końcu bohaterowie "mieli spokój", a nie byli "pakowani" przez scenarzystów w kolejne kłopoty - choroby, romanse... I jeszcze jedno - jak już zauważyłam w telenowelach niezmiernie bohaterowie mają te same lub podobne imiona. Obawiam się, że w wypadku "Klanu" niedługo kalendarz się wyczerpie. ;)

"Król przedmieścia" - zepsucie serialu komediowego z Krzysztofem Kowalewskim w roli głównej graniczy z niemożliwością, więc i w tym wypadku nie udało się tego zrobić, niemniej sitcom "Król przedmieścia" niczym nie zachwyca. Ot, zwykły serial, ratowany wyłącznie przez aktorstwo, bo konceptów (pozwolę sobie zacytować Zagłobę ;)) nie da się zazdrościć. Produkcja przeciętna, dowcipy różnego lotu, ale na deszczowy wieczór powinna wystarczyć. Do tego jeden plus - urywki z planu, czyli komiczne wpadki aktorów itd. Za rok jednak i tak nikt pewnie nie będzie tego pamiętał, noo, chyba że nakręcą drugą serię ;).

"Pełna chata" - kiedyś był to mój ulubiony serial, niestety aktualnie nie jest emitowany, ale zapewne niedługo się to zmieni. Bob po śmierci żony musi samodzielnie wychowywać swoje córeczki. Pomagają mu w tym Jessy i Joe, którzy nie mają jednak zielonego pojęcia jak należy opiekować się początkowo małymi dziewczynkami. Film pełen jest niewymuszonego humoru i ciepła rodzinnego. Właściwie trudno tu doszukać się jakichś konkretnych wad, jeżeli jednak ktoś nie lubi kina "słodko - romantyczno - familijnego" ten serial także nie jest dla niego.

"Plebania" - kolejna polska telenowela. Na początku oglądali ją moi rodzice, później sama zaczęłam zerkać w ekran i - muszę przyznać - nawet mnie wciągnęło. Życie niewielkiej wsi w całości obraca sie wokół tytułowej plebanii. Poznajemy problemy mieszkańców miejscowości - sympatycznego księdza Antoniego, młodego wikarego, jego siostry Wiki, małżeństwa Traczów i wielu innych osób. Właściwe serial jakich wiele, ale na uwagę zasługuje pewna, dość nietypowa dla tego rodzaju produkcji równowaga pomiędzy scenami humorystycznymi i smutnymi. Jednocześnie, choć powstało już wiele odcinków, żaden wątek jeszcze nie nudzi, w przeciwieństwie np. do "Klanu". Podsumowując - serial niezły, ale z całą pewnością nie znakomity. Jeśli akurat nie masz co robić, obejrzyj koniecznie, jeżeli jednak masz 1000 innych rzeczy do roboty, z czystym sumieniem możesz omijać.

"Przyjaciele" - w skrócie: amerykański serial komediowy o szóstce przyjaciół. Dowcipy są bardzo różne i na bardzo różnym poziomie. Ogólnie ogląda się nieźle, a co najważniejsze serial jest śmieszny. Dziwi mnie tylko pora nadawania (około dwunastej w nocy), bo nie miałabym problemu ze znalezieniem w ramówce Polsatu filmów, które ze względu na treść bardziej od "Przyjaciół" zasługują na taką porę emisji.

"Rodzina zastępcza" - sympatyczny polski sitcom. Państwo Kwiatkowcy, którzy mają już dwójkę własnych dzieci, adoptują aż troje! Muszę przyznać, że pod względem aktorskim serial jest znakomity. Świetnie grają nie tylko Piotr Fronczewski, Gabriela Kownacka i Maryla Rodowicz (!), ale także same dzieciaki (ostatnio szczególnie dużo mówi się o najmłodszym - Sergiuszu Żymełce). Trudno też zapomnieć o Alutce (znakomita w tej roli Joanna Trzepiecińska - Anderman) i policjancie... Mnóstwo tu humoru i na szczęście brak irytującego czasem śmiechu z kasety. Generalnie serial bardzo dobry, ale - podobnie jak amerykańska "Pełna chata" - nie dla wszystkich.

"Z pamiętnika Myszki Walewskiej" to kolejny polski "rodzinny" sitcom. Niełatwo go mi oceniać, ze względu na małą liczbę wyemitowanych odcinków. Trudno się jednak powstrzymać od porównywania z "Rodziną Zastępczą" i ze smutkiem muszę stwierdzić, że porównanie wypada zdecydowanie na korzyść "Rodziny". Zupełnie inny "komplet bohaterów" gwarantuje jednak nieco odmienne sytuacje. Tutaj główną bohaterką jest dziesięcioletnia Myszka, która z właściwym sobie "obiektywizmem" i humorem ukazuje życie swej rodziny. Mnie zaciekawiła rola Oli Dymitruk, która dobre kilka lat temu z równym wdziękiem grała taką "Myszkę" w serialu "Rodziców nie ma w domu".

Joanna